8 rzeczy, które irytują imigrantów w życiu w RPA

RPA nie jest najłatwiejszym krajem do życia. Jest więc wiele rzeczy, które irytują przybywających tu imigrantów. Dziś opowiem wam o 8 najważniejszych. Pamiętajcie, że człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić i nie ma miejsc idealnych. Chodzi o to, żeby żyć w takim miejscu, które pasuje nam. A mi RPA pasuje bardziej niż Polska.

Trzeba też pamiętać, że ja opowiadam o perspektywie człowieka z kraju “Zachodniego” (ten cudzysłów jest bardzo potrzebny jak się to piszę będąc z Polski, ale dobra). Dla wielu osób przeprowadzających się do RPA z innych krajów, gdzie żyje się gorzej, poza bezpieczeństwem te kwestie są znane, a nawet w RPA mniej dokuczliwe.

1. Bezpieczeństwo

Jak już mówiłam w poście o bezpieczeństwie dla turystów jest tu spoko na dwa czy trzy tygodnie. Jednak przy mieszkaniu w RPA bezpieczeństwo to kwestia numer jeden. Mieszkając w dużym mieście, gdzie nie ukrywajmy większość imigrantów mieszka, trzeba liczyć się z wieloma ograniczeniami.

Dom powinien być zabezpieczony podobnie jak domy sąsiadów. W zależności od miejsca, zabezpieczenia mogą obejmować kraty w oknach, ogrodzenia elektryczne, kamery, prywatną firmę ochroniarską, wysokie płoty czy nawet altanę z kratami. Mieszkania tak samo. Dodatkowo popularne są grupy sąsiedzkie, gdzie ludzie informują się o najnowszych przestępstwach i wspólnie pracują nad swoją paranoją w tym temacie.

Poza tym trzeba wiedzieć, w jakiej okolicy się znajdujemy. Tam, gdzie jest większa przestępczość należy na siebie dużo bardziej uważać. Ogólnie poza miejscówkami na wyjścia wieczorne raczej nie chodzi się po zmroku. Nawet w ciągu dnia człowiek też dwa razy pomyśli zanim wejdzie w pustą, wąską uliczkę.

Jak żyć? Na autopilocie. W Polsce przyzwyczajamy się np. do tego, żeby szukać kosza na śmieci pod zlewem. Nikt o tym nie myśli, ba, to zwyczaj, od którego za granicą trzeba się długo odzwyczajać. Tak samo człowiek automatyzuje inne zachowania i nawet o tym nie myśli.

2. Loadshedding

Za tą tajemniczą nazwą kryją się planowe cięcia w dostawie prądu. Loadshedding ma różne poziomy, a od poziomu zależy, ile razy w ciągu dnia zostanie wyłączona elektryczność. Okienko na wyłączenie elektryczności to zazwyczaj 1,5 godziny do 2 godzin. Każda strefa wie, kiedy elektryczność zostanie wyłączona, można się przygotować.

Loadshedding jest uciążliwy, bo trzeba pamiętać o ty, żeby zawsze mieć wszystko naładowane. Urządzenia powinno się wyłączyć samemu, zanim loadshedding nadejdzie, ale łatwo zapomnieć. Niestety czasem coś się może zepsuć przez to włączanie i wyłączanie. Nam raz poszedł się j*bać telewizor :/ Loadshedding przychodzi i odchodzi, zmienia poziomy, raz jest lepiej, raz gorzej. Tak średnio jest to kilka dnia na dwa-trzy miesiące.

Czy można to przetrwać? Loadshedding, jak wszystko, najbardziej uderza w osoby bez pieniędzy. Gdy się pieniądze ma (normalne, typu klasa średnia), można się zabezpieczyć. Inwestuje się w powerbanki do telefonu, do laptopa, UPS podłączony do modemu zapewnia internet podczas cięć. Niestety dużo ludzi zamiast szukać rozwiązań woli marudzić i być wiecznie zaskoczonym. Tak już marudzą od 10 lat, bo od tylu loadshedding jest stałym punktem programu życia w RPA.

3. Wizy

Wizy to koszmar każdego imigranta. Nie ma znaczenie czy jesteś ekspatem, który przyjeżdża z super duper umiejętnościami czy kimś zupełnie innym, jeśli nie masz opcji złożenia papierów w ambasadzie ten temat Cię dopadnie. Co za problem składać papiery w ambasadzie? Ambasady nie są obcykane z wieloma typami wiz. Poza tym dochodzi koszt lotu i czas czekania poza granicami RPA, nawet kilka tygodni. Nie każdy może sobie na to pozwolić.

Imigrantom zostaje więc niesławny urząd imigracyjny, czyli Home Affairs. Oczekiwanie na wizy potrafi trwać miesiącami, a nawet latami. Stały pobyt to także prawdziwa odyseja, a obywatelstwo w tej chwili to już w ogóle zapomnij. Na spotkaniach imigrantów ludzie marudzą na wizy i lubują się w opowiadaniu strasznych historii. Tych ostatnich jest sporo, bo urząd często odrzuca podania, w których wszystko gra.

4. Słaby rynek pracy

Kiedy człowiek się gdzieś zadomawia, chciałby się też spełniać zawodowo. Niestety rynek pracy w RPA jest słaby, bo jest olbrzymie bezrobocie. Oczywiście wszystko zależy od branży, bo nie znam żadnego dewelopera, który marudzi. Ogólnie rzecz biorąc czy marketing, czy tłumaczenia czy zasoby ludzkie, ludzie mówią, że mało opcji. Jak się złapie pracę, która opłaca ubezpieczenie medyczne, plan emerytalny i jeszcze daje jakieś inne fajne benefity to ciężko ją zmienić, nawet jeśli jej nienawidzicie. A jak was zwolnią? No to wtedy ciężko znaleźć coś innego sensownego.

Dodatkowo obcokrajowców na wizach (w tym małżonków obywateli) nikt nie chce zatrudniać, bo na wizy czeka się długo i ogólnie sporo zachodu z tym wszystkim. Poza tym rynek lubi osoby z krajów anglojęzycznych do prac innych niż językowe/w turystyce. Nie ma znaczenia jak dobrze mówicie. To moim zdaniem jest większy trend, bo podobne zachowania widzę w stosunku do ludzi z RPA, dla których angielski nie jest pierwszym językiem.

5. Biurokracja

Wizy i problemu okołowizowe wpisują się w większy trend okropnej RPAńskiej biurokracji. RPA ma piękne prawodawstwo, które w teorii sprawia, że wszystko jest cacy, ale w praktyce kreuje masę problemów i opóźnień. Załatwienie czegokolwiek oznacza bardzo długie kolejki i czasami miesiące absurdów.

Obcokrajowcy mają jeszcze gorzej. Wiele urzędów określa warunki uzyskania danego dokumentu np. prawa jazdy czy załatwienia czegoś, dla dwóch najpopularniejszych wiz – studenckiej i pracowniczej. W związku z tym osoby na innych wizach muszą się strasznie gimnastykować, żeby coś załatwić. Nie pomaga ogólny strach przed obcokrajowcem, że coś chachmęci, bo może w kraju jest nielegalnie albo kradnie i potem będą kłopoty? Lepiej odesłać go z kwitkiem.

6. Podejście do zwierząt

Ten temat jest bardzo złożony. Myślę, że łatwo sobie przyjechać z Anglii i oceniać, jak tu wielu ludzi traktuje zwierzęta. Niestety często ludziom żyje się tragicznie i trudno oczekiwać, żeby mieli empatię dla bezdomnych zwierząt. Upadlające warunki życia upadlają człowieka. Łatwo sobie mówić, że my byśmy byli inni, ale sądzę, że to tylko myślenie życzeniowe.

Poza tym w RPA bardzo widać, że gdy ludzie mają pieniądze, niezależnie od czynników kulturowych traktują zwierzęta jak członków rodziny. Z drugiej strony i w największej biedzie widać ludzi, którzy o dobrobyt zwierząt walczą. Ja wiem, że długo owijam w bawełnę, ale chodzi o to by nie stygmatyzować biedy i nie wyciągać np. krzywdzących wniosków kulturowych. A jeśli myślicie, że w Polsce zwierzętom się dobrze żyje to zapraszam na profile społecznościowe Dioz.pl.

Więc co jest nie tak z tym podejściem? Psy w dzielnicach z dużą przestępczością traktuje się tylko i wyłącznie jako maszyny obronne. Takie zwierzęta są często źle traktowane, żyją na łańcuchu, czasem nie mają schronienia czy wody. Jest też masa bezdomnych psów i kotów, które rozmnażają się w błyskawicznym tempie. Sterylizacja kosztuje i w ogóle kogo to interesuje. Walki psów to kolejny problematyczny trend.

7. Podejście do drugiego człowieka

Mimo różnorodności i ogólnej tolerancji w RPA, nazywanego Tęczowym Narodem, ludzie grupują się wedle przynależności kulturowej, religijnej czy językowej. Nie mówię tu o pracy, bo w pracy wszyscy się dogadują i w ogóle wszystko cacy. Poza pracą jednak widać, że kraj nie jest wcale taki otwarty. Małżeństwa mieszane, nawet tyle lat po upadku apartheidu, dalej są raczej wyjątkiem od reguły. Jest dużo stereotypów i krzywdzących przekonań idących w różnych kierunkach.

Dla obcokrajowców nie do końca świadomych tego wszystkiego jest to dziwne. Najbardziej zróżnicowane grupy, które znam, to zawsze grupy z obcokrajowcami. Lokalsi w takich grupach często żyli lub mieszkali za granicą, mają partnera z zagranicy, są otwarci na ludzi bo mają jakąś pasję czy hobby albo po prostu są bardziej przyjaźni niż typowy RPAńczyk, który najlepiej czuje się z kulturowo jednolitą paczką z liceum. Znam też wykładowców, którzy nie pozwalają się studentom grupować do pracy w grupach, żeby ich trochę wyciągnąć z własnych baniek.

8. Bezdomność i bieda

Podczas mieszkania w RPA bieda w oczy kole. Na początku człowiek chce każdemu pomóc, wszystko zmienić, psioczy na miejscowych za znieczulicę. Jednak prędzej czy później i jego ta znieczulica łapie. Inaczej nie da się tu żyć. Myślę, że najlepszym kompromisem jest rozsądne pomaganie i udzielanie się w różnych organizacjach bez jednoczesnego kłócenia się z tym czy innym miejscowym, który nie robi nic.

Oczywiście ze względu na apartheid bogate dzielnice są daleko od tych biedniejszych, ale biedę widać wszędzie na przykład przez bezdomność. Bogaci ludzie dalej chcą odpychać od siebie problem i udawać, że żyją w Szwajcarii, ale prawo jest coraz bardziej pomocne w stosunku do bezdomnych i nie traktuje ich równie strasznie, co kiedyś. Choć dalej zdarzają się przymusowe relokacje.

Mam nadzieję, że ta lista była ciekawa. W następnym poście opowiem wam, co obcokrajowcy w RPA lubią. Macie jakieś pytania? Co z wyżej wymienionych byłoby wam najciężej znieść? Dajcie znać w komentarzach.

Fajne pomysły z RPA – co tu ułatwia życie

Na każdy kraj można marudzić albo wychwalać go pod niebiosa. Prawda jest taka, że gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, coś nam nie będzie pasować. Trzeba po prostu wybrać taki kraj, gdzie w miarę odpowiada nam zestaw plusów i minusów. Oczywiście najłatwiej jest, gdy tym krajem jest nasz rodzinny, ale życie jest jedno, więc jeśli tak nie jest, warto rozważyć opcje.

Okej, nie będę już dziś więcej filozofować 😀 Zamiast tego, opiszę wam fajne RPAńskie pomysły ułatwiające tu życie. Oczywiście fajność też może być subiektywna, ale to jej można oczekiwać od formy takiej jak blog 😉 Post jest zainspirowany filmikiem Joanny Strózik, bo wiele rzeczy, o których wspomina w Australii zgadza się z tym, co mamy tutaj. Podejrzewam, że to wszystko brytyjskie wpływy kolonialne.

1. Kranówka w restauracjach

Może jestem dziwna albo mam jakiś wydyganych rodziców, ale ja w Polsce byłam uczona, żeby wody z kranu nie pić. Jeden rodzic miał w pewnym momencie w domu filtr do wody, inny inwestował w butelkowaną mineralną. Jeśli wybucha wam mózg po poprzednim zdaniu to dwa domy wynikają z tego, że moi starzy są po rozwodzie.

Anyway. Tutaj kranówkę piję się normalnie. Jest też powszechnie dostępna w restauracji w stylu francuskim, czyli można o nią poprosić i jest za darmo. Jeśli macie ochotę ugasić pragnienie darmową kranówką, prosi się o tap water i kelner nam przyniesie. Większe pasożyty cyfrowo-nomadyczne po zamówieniu jednej kawy piją tylko to, pracując z kawiarni i zajmując stolik całymi godzinami.

Co ciekawe, gdy w 2018 moja prowincja borykała się ze straszna susza, przestano podawać wodę z kranu w wielu restauracjach w Kapsztadzie i okolicach. Dostępna była wtedy tylko woda butelkowana, co bardzo oburzało klientów przyzwyczajonych do tej opcji kranówki. Susza była wtedy naprawdę straszna i przewidywano, że Kapsztad w Dniu Zero zostanie pierwszym miastem na świecie, w którym skończy się woda. Nie skończyła się tylko dzięki różnym interwencjom technologicznym i opadom, które w końcu nadeszły.

2. Płatności bezgotówkowe

Karty dotykowe znacie na pewno i z własnego podwórka. W RPA rozwinęły się także inne opcje płatności bezgotówkowych, zwłaszcza płatności apkami takimi jak SnapScan czy Zapper. Jest to bardzo popularne na wszelkiego rodzaju marketach i w bardziej nowoczesnych miejscówkach, ale z tej opcji korzystają też sklepy internetowe i organizacje dobroczynne. Dodatkowo coraz więcej miejsc w miastach decyduje się na całkowite wycofanie gotówki jako formy płatności i informują klientów “We’ve gone cashless!”. Wbrew pozorom jest to mało irytujące, bo człowiek jednak prędzej zapomina portfela niż telefonu.

Taka forma płatności jest bardzo wygodna. Po zeskanowaniu kodu QR danej restauracji na rachunku czy specjalnym stojaku, wpisujecie sumę, dodajecie napiwek i tyle. Można też szpanować i płacić smart zegarkiem, jak mój mąż. Olbrzymim pomocnikiem w rozwoju tej dotykowej technologii była oczywiście pandemia. Nawet przed nią jednak dużo biznesów widziało w niej jej wartość. Miejsca, które nie mają gotówki są naturalnie mniej narażone na napady rabunkowe, które niestety się zdarzają. W miejscach, gdzie wciąż trzymana jest gotówka często widać informację, że kasjer nie ma klucza do sejfu, aby zniechęcić różnych gagatków.

3. Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem

Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem, czyli uwierzytelnianie jest tu super łatwe. Potrzebny jest wam commissioner of oaths, a wielu pracowników zaufania publicznego ma ten tytuł. Najłatwiej pójść na policję z oryginałem i kopią i poprosić o takie poświadczenie. Tutaj nazywamy to certified copy.

To uwierzytelnienie jest potrzebne dość często przy załatwianiu spraw urzędowych, tak samo jak oświadczenie pod przysięgą (affidavit). Kiedy coś wyjaśniacie, wiele urzędów prosi was o oświadczenie na piśmie pod przysięgą. To jest tak na wszelki wypadek, żeby było wiadomo, że mówicie prawdę. Może to być np. oświadczenie, że mieszkacie z mężem, bo sam fakt małżeństwa tu nie wystarcza. To też załatwicie na posterunku policji.

4. Zakupy online i prywatne usługi kurierskie

Zastanawiałam się, czy dodać ten punkt, bo to, że prywatne usługi pocztowe działają super wynika z tego, że poczta tradycyjna jest beznadziejna 😀 W każdym razie prywatne usługi pocztowe i kurierskie są ekstra rozwinięte. Można dostać coś z innej części kraju czy od osoby prywatnej czy od biznesu, nawet w ciągu 24 godzin. Oczywiście to zależy kto i co, ale jak wam zależy na czasie to naprawdę bardzo pomaga w życiu.

Świetne usługi kurierskie to też zachęta do wszelkiego rodzaju zakupów online. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poszłam do sklepu po coś w stylu czajnik, toster, farba do włosów czy nawet szampon. Najbardziej opłaca się zamówić online i nie trzeba długo czekać. Czasami pobierana jest opłata manipulacyjna, ale zazwyczaj sklepy mają minimalną kwotę zamówienia, przy której wysyłka jest darmowa. Tak kupujemy też jedzenie i bardzo to sobie chwalimy, jeśli chodzi o oszczędzanie czasu.

Jeszcze jedna ciekawostka pocztowa: kody pocztowe przypisywane są do całej dzielnicy lub nawet całego małego miasteczka, a nie do ulic.

5. Pomoc w domu

W RPA tzw. klasa średnia i wyżej jest przyzwyczajona do zatrudniania kogoś, kto pomaga w domu. Najbogatsi mają cały szereg osób, kiedyś np. uczyłam francuskiego dziecko, którego rodzina zatrudniała au pair, korepetytorów, ogrodnika, sprzątaczkę (na stałę) i osobę od obowiązków domowych (np. od planowania i kupowania jedzenia). Pani domu nie pracowała z wyboru i myślę, że miała fajne życie, robiąc to, co lubiła.

I w przypadku kurierów i tutaj, to wszystko jest możliwe dzięki niskim zarobkom osób wykonujących prace nie wymagające specjalnych kwalifikacji. Dlatego moim zdaniem bardzo ważne jest, żeby nie płacić ludziom ustawowej stawki minimalnej w wysokości 23.19 randów (6 PLN) za godzinę, tylko wynagradzać ich godnie. My się zawsze tego trzymamy. Dobra, odrobione sygnalizowanie cnoty na dziś. To był sarkazm. Serio to jest super ważne w każdym kraju pomyśleć o człowieku, a nie tylko o pieniądzach, oczywiście w miarę własnych możliwości!

Mimo przydługiego wstępu, uważam, że społeczne przyzwolenie na pomoc w domu jest mega pozytywne. Często widzę panie w polskim internecie przekrzykujące się tym, która się bardziej poświęca dla domu i rodziny i ośmieszające kobiety, które mają kogoś do pomocy. To samo słyszę tu… ale tylko od kobiet z Europy Wschodniej. Moim zdaniem ludzie pracujący czy rodzice czy nie, powinni mieć taką pomoc, jaka im potrzebna i nie ma w tym żadnego wstydu. W RPA czy zatrudniasz osobę sprzątającą czy niańkę nocną czy babysitter, żeby wyjść na randkę z mężem, nikt Cię nie będzie oceniał. Ba! Raczej w drugą stronę, jeśli Cię stać, nikt nie zrozumie, czemu sam(a) sprzątasz dom.

Podsumowanie

Oczywiście, fajnych pomysłów w RPA jest na pewno więcej, ale akurat te są mojemu sercu najbliższe. A wy co najbardziej lubicie w Polsce albo w kraju, w którym mieszkacie? Co wam najbardziej ułatwia życie? Dajcie znać w komentarzach.

Wywiady z Polakami: Karolina z Życie jak w Afryce

Od dawna chodził mi po głowie pomysł rozmów z Polakami i Polkami, którzy mieszkają w RPA, a kiedyś także szerzej na całym kontynencie afrykańskim. Ten pomysł nie zrodziłby się pewnie w mojej głowie, gdybym nie wpadła nie cykl Ani Błażejewskiej z Polakami mieszkającymi w Azji, “Powiedział mi Ekspata”.

W końcu udało mi się zabrać za ten projekt z czego się bardzo cieszę. Mam już kilku kandydatów do następnych wywiadów. Do pierwszej rozmowy zaprosiłam Karolinę, która razem z mężem w RPA mieszka na pół etatu, a na drugie pół w Wielkiej Brytanii. Zapraszam do lektury i podziwiania ich zdjęć!

W RPA macie drugi dom. Opowiesz jak to się wszystko zaczęło?

Zwierzęta są ciekawskie i przesiadują pod domem

Może zacznę od przedstawienia nas, Karolina i Grzegorz, czyli Życie jak w Afryce. Dom w buszu znaleźliśmy kilka lat temu. Bywaliśmy wcześniej w Afryce, ale nie braliśmy pod uwagę nieruchomości w tak nietypowym miejscu jak rezerwat przyrody.

Od długiego czasu snuliśmy plany jak może wyglądać nasze życie za 20, 30 lat. Co będziemy robić? Myśleliśmy o naszej emeryturze, gdzie i jak ją spędzimy… Może to i niepopularny temat, bo jednak na co dzień człowiek jest uwikłany w gonitwę i zwyczajnie nie ma czasu, możliwości na zastanawianie się. Stwierdziliśmy jednak, że starości nie można traktować pobłażliwie. Trzeba mieć jakiś plan, bo nie wiem jak długo będziemy zdrowi, sprawni itp.

My również żyjemy w pędzie, ale myślenie nasze ukierunkowane było także na to z czego będziemy żyć. Mimo zmian na świecie dotyczących stylu życia, łatwości przemieszczania się, nadal ludzkość skoncentrowana jest na funkcjonowaniu tylko w jednym kraju. My mieliśmy szansę sporo przez lata podróżować, dużo widzieliśmy i to również buduje nową perspektywę, zmienia punkt widzenia.
Dom w buszu stał się dla nas odskocznią od stresu, takim azylem.

Pokochaliśmy to tzw. simple life. Trochę się z tego terminu nabijamy, bo w domu mamy mimo wszystko wszelkie udogodnienia, jak porządne wanny, w których można się zrelaksować, zmywarki, internet itp. No ale musimy się również odrobinę ścierać pomiędzy idealistycznym wyobrażeniem domu a realiami buszu. Czasami brakuje prądu*. Ostatnio mieliśmy awarię i zaczęliśmy myśleć nad alternatywą w postaci energii słonecznej.

Dom jest podzielony na osobne apartamenty i w każdym jest również kuchnia gazowa, na wypadek przerw w dostawie elektryczności. Musimy też uważać, aby nie wpuszczać zwierząt do domu, nie zostawiać uchylonych drzwi. Wczoraj guziec już pakował się nam na taras… bo przecież u siebie jest… Zwierzęta po pewnym czasie stają się zwyczajnie bardzo śmiałe…

*Przypis Magdy: Planowane problemy z dostawą prądu dotykają całe RPA. Jest to tzw. loadshedding, czyli odciążanie przeciążonej sieci, która nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu. Kiedyś napiszę na ten temat więcej.

Wasz pierwszy dom nie jest jednak w Polsce. Jak trafiliście do Wielkiej Brytanii, co tam robicie i jak wam się tam żyje?

Motocyklem i promem przez świat… wracamy z Turcji do Grecji. Lubimy to wspomnienie, bo cudem udało nam się ten prom znaleźć…

Mamy podwójne obywatelstwa polskie i brytyjskie. Mieszkamy w Wielkiej Brytanii. Dziadek mojego męża był tu pilotem dywizjonu bombowego 301 w czasie wojny.

Grzesiek jest lekarzem myślę, że z powołania. Mówi z dużą pasją, że zawsze chciał nim być. Ja zaczynałam swoją pracę zawodową w obszarze pomocy społecznej również z ogromnej pasji do pracy z ludźmi. Głównie skoncentrowałam się na tych, którzy żyją bez dachu nad głową, ofiarach handlu ludźmi, generalnie ludziach w ogromnym kryzysie życiowym.

Hobbystycznie lubimy podróżować, fotografować… żagle, motocykle, klasyczne samochody, nurkowanie… mamy sporo pasji… nie nudzimy się… potrafimy zorganizować sobie czas. Oczywiście nie chodzi o przesiadanie się z jednego pojazdu na drugi i gnanie gdzieś przed siebie. Lubimy usiąść gdzieś z książką, popatrzeć na zachód słońca, docenić świat.

Kilka lat temu pojawił się, właśnie po latach podróży, pomysł na dom w buszu. Poznaliśmy kawał globu i zawsze szukaliśmy ciekawych miejsc. Afrykę również wielokrotnie odwiedzaliśmy. Mówiąc szczerze już kilka lat wcześniej rozglądaliśmy się za domem gdzieś… w jakimś naszym raju. Początkowo miała być to Turcja, w której spędzaliśmy dużo czasu żeglując, jeżdżąc motocyklem. Prowadzimy bardzo aktywne życie.

Dom w buszu pojawił się w zasadzie przypadkiem, gdy wpadliśmy na to specjalne miejsce na ziemi. Znaleźliśmy też taką starą bidulkę i zaczęliśmy go remontować, rozbudowywać. Większość robiliśmy sami aby zredukować koszty, no i przyznam, że mój mąż potrafi i lubi budować, remontować. Nauczył go tata i ta umiejętność bardzo się w życiu przydaje. Ja przyznaję, wcześniej nie robiłam remontów samodzielnie w domu. Kiedy się poznaliśmy siłą rzeczy, potrzebą życiową pewnych czynności również się nauczyłam. Zresztą mówiąc o domu w buszu trzeba być realistą i zwyczajnie w wielu kwestiach lepiej jest wiedzieć jak coś naprawić, zrobić samodzielnie. Zresztą w Anglii również dużo w domu robimy sami.

Mieszkacie w dość niecodziennym miejscu w RPA. Możesz trochę opowiedzieć czytelnikom o Marloth Park?

Zwierzęce nazwy ulic w naszym Marloth Parku

Marloth Park to taka nietypowa forma rezerwatu przyrody. Często tłumaczę tą kwestię w mediach społecznościowych. Wiele lat temu obszar ten był farmą przy Narodowym Parku Krugera. Zwyczajnie w świecie pozwolono aby busz to miejsce naturalnie przejął dla siebie, zaadoptował, rozszerzył obszar parku narodowego. Dzisiaj mamy tu busz i zwierzęta jak w Parku Krugera. Jedyna różnica polega na tym, że my, ludzie mamy tu też swoje domy.

Jakie zwierzęta widzicie na co dzień?

Przychodzą pod dom i już… zwyczajnie tak nam stoją pod tarasem...

One tu zwyczajnie wszystkie mieszkają od żyraf, po zebry, wszelkiej maści antylopy, hipopotamy nad rzeką… co tylko w afrykańskim buszu jest, żyje wszędzie wokoło.

Czy mieliście jakieś niebezpieczne sytuacje w buszu albo przygody, o których chciałabyś opowiedzieć?

To logiczne, że nie możesz wyłączyć drapieżników z obszaru, który z założenia ma być rezerwatem. Zaburzysz wtedy cały system.

Podstawową zasadą jest zdrowy rozsądek. Przede wszystkim ludzie tu żyją. Jest też drugi efekt, czyli odrobinę przesiąknięci jesteśmy filmowo-medialnym obrazem dzikich zwierząt atakujących ludzi. To jest ich naturalne środowisko i należy być ostrożnym, aby komuś przez przypadek na ogon nie nadepnąć. Bądźmy tu realistami, nikt nie lubi być zaskakiwany i deptany.

Możemy tu normalnie chodzić. Z racji powyższego, zalecamy chadzanie po drogach, ścieżkach, nie wchodzenie w wysokie trawy czy krzaki. Od naszego domu ścieżka zwierzęca prowadzi jakieś 200 metrów nad rzekę. Sami jednak jesteśmy ostrożni i raczej się tam nie pakujemy bez potrzeby. Jeżeli już to w okresie zimowym, kiedy jest mało liści i wszystko w buszu widać. Zbytnią odwagą można zrobić sobie krzywdę. Uważamy na węże. Kiedyś Grzesiek spotkał się oko w oko z kobrą plującą w garażu, robiąc porządek. Teraz porządek jest, kobra się wyniosła.

Jakie zwierzęta uznawane za niebezpieczne tam mieszkają?

Przy kontaktach z guźcami uważać szalenie należy na dolne kły, które ostrzone są przy każdym ruchu pyska o charakterystycznie zawinięte kły górne.

No i tutaj dochodzimy właśnie do sedna… co to znaczy niebezpieczne? Bo my zawsze powtarzamy, że szalenie należy uważać na komary, z uwagi na malarię* i tu nie ma żartów.

Ponownie wracam do przejaskrawionego filmowo obrazu dzikich zwierząt rzucających się ludziom do gardeł. Tylko jaki miały by w tym cel? Człowiek i zwierzę żyli od dawien dawna na tym globie. Na pewnym etapie cywilizacyjnym zaczęliśmy się od siebie odsuwać. Ludzie z prostej konstrukcji wiosek, prostych sposobów codziennego funkcjonowania, zaczęli przenosić się do coraz większych skupisk i odsuwać od natury, przyrody.

Mimo wszystko żyjemy na tym świecie wspólnie, tylko jako ludzie sporo w tych relacjach namieszaliśmy. Trochę uprościłam ten wielowiekowy proces, ale zmierzam do zdefiniowania NIEBEZPIECZNOŚCI… W naszych ludzkich głowach zakorzenione jest wyobrażenie dzikich kotów, które na nas zewsząd czyhają. Z

awsze powtarzamy, że sami możemy sobie to niebezpieczeństwo wygenerować z każdym najsłodszym stworzonkiem w okolicy i nie potrzeba do tego lwa. Wystraszone antylopy też stratują albo uderzą porożem. Paradoksalnie należy być bardzo uważnym na ruchy małych antylop z krótkimi rogami, bo są niezwykle płochliwe i mają lepsze pole manewru takim krótkim „narzędziem”. Może być to dla nas bardzo niebezpieczne.

Strusie walczą środkowym, silnym pazurem, który również działa jak rozpruwające ostrze. Potrafią również uderzyć skrzydłem. Jako, że przyjeżdżają do nas turyści, mieliśmy kiedyś wypadek, w którym mężczyzna miał przez uderzenie strusia złamany obojczyk… bo zaczął go gonić… nie struś… turysta gonił strusia… i struś się zirytował, bo zwyczajnie nie miał ochoty na gonitwę jak z kreskówki…

*Przypis Magdy: W RPA zagrożenie malarią jest tylko w niewielkiej części kraju, ale na przykład tam, gdzie mieszkają Karolina i Grzegorz. Mówimy głównie o terenach przy granicy z Mozambikiem, Zimbabwe i Królestwem Eswatini, w tym o Parku Krugera.

Założę się jednak, że nie spotykacie ich codziennie. Ludzie często kojarzą nie tylko RPA, ale i cały kontynent z niebezpiecznymi zwierzęta. Czy takie skojarzenia i związany z nim strach są twoim zdaniem uzasadnione?

Fotografia to  pasja! Często robimy zdjęcia zwierzętom. Busz to raj dla fotografa. Nie zdradzamy miejsc, w których widuje się dzikie koty, aby miały spokój. Może dlatego lubią tu spędzać czas.

Kurczę szkoda, że się nie założyliśmy o coś kosztownego hihihi… Żarty żartami, ale mamy tu wszystko co w buszu żyje. Wiele lat temu przesunęliśmy słonie do Parku Krugera, z którym mamy płot, w sumie siatkę. Powód, to oczywiście duża liczba przyjezdnych i nie zawsze idąca za tym umiejętność obcowania z dzikimi zwierzętami. Słonie są niezwykle wrażliwe. Przechodzą jednak przez tą cholerną siatkę, bo nie wiedzą, że nie wolno, czy jakoś tak… Ostatnio jeden przemaszerował przez główną ulicę.

Systematycznie uciekają hipopotamy znad rzeki. W zbiornikach wodnych są krokodyle. Jak wszędzie są węże. Kotom ciężko wytłumaczyć, że mają nie przechodzić po gałęziach drzew nad siatką. Mamy dwa rezydujące lwy, w wyznaczonym obszarze Marloth Parku. Zdarza się, że przychodzą lwy z zewnątrz np. te które chcą przejąć teren po naszych lwach. Lamparty łażą gdzie chcą i też nie kumają, że niby gdzieś nie wolno, że są jakieś zakazy.

Mamy wewnętrzną policję i strażników, którzy na bieżąco informuje nas mieszkańców, jeżeli na jakichś ulicach widziane były koty (pozytywna magia Facebooka). Uprasza się wtedy o ostrożność i nie spacerowanie o zmroku. Tak jak jednak pisałam na początku. My tu żyjemy, chodzimy do sklepu, jeździmy na rowerach, chodzimy na basen, bo też mamy tu niezłe zaplecze rekreacyjne. Nazywamy to miejsce BUSHTOWN.

Opowiedz, jak wygląda wasz zwykły dzień w waszym południowoafrykańskim domu.

Kończymy właśnie drugi, przestronny apartament. Będzie dostępny od grudnia. Taki sobie wymarzyliśmy. Mamy trochę opóźnienia z racji kryzysu zdrowia na świecie, przez ostatnie 1,5 roku.

Zwykły niezwykły, bo otwierasz drzwi domu i spotykasz wpatrzone w Ciebie zebry, skubiące liście żyrafy… To jest ten rajski, disneyowski obraz, który najczęściej prezentujemy. Mimo wszystko jak mamy jakiś problem do rozwiązania, to nie mamy czasu tego filmować i pokazywać na fejsbuku.

Prawda jest taka, że żyjąc blisko natury trzeba również zdawać sobie sprawę z np. jej prób przejęcia Twojego domu… Zwierzęta próbują się pakować do środka i przejmować nasz teren hihihi. My od 2019r. próbujemy wyremontować dom do końca. Na drodze ludzkości stanął COVID i utrudnił i opóźnił wszystko. Ten trudny czas spędziliśmy w Wielkiej Brytanii.

Dlatego teraz ponownie wróciliśmy do domu w buszu i każdego dnia tak naprawdę pracujemy przy porządkowaniu i budowaniu, przerabianiu. Relaks tutaj to siedzenie przed domem po całym dniu pracy. Przychodzą zwierzęta, słuchamy dźwięków buszu, jeździmy nad rzekę poobserwować kto tam chodzi, fotografujemy. Mamy w planach dwie rozpoczęte książki. Dla mnie personalnie to raj introwertyka. Mój mąż też tak mówi, ale nie chcę za niego odpowiadać. W każdym razie jesteśmy wielkimi indywidualistami.

Jakie udogodnienia są dla Was dostępne. Czegoś wam brakuje, gdy tam jesteście?

Taras, z którego głównie pokazujemy filmy ze zwierzętami…

Tu jest wszystko, czego do życia potrzebujesz, od sklepu po fryzjera. W okolicy za bramą naszego miasteczka są standardowe duże markety. U nas wewnątrz jak nie chce Ci się jechać do miasta to mamy dwa centra sklepowe, gdzie też wszystko załatwisz. Mamy baseny, ludzie przyjeżdżają tu na wakacje. Świat się kręci.

Czasami zabieramy coś ze sobą z Wielkiej Brytanii, albo Polski, bo zwyczajnie niektóre rzeczy człowiek już ma w domu i nie musi kupować nowych, niektóre zwyczajnie lubisz i chcesz je przywieźć. Bywa, że są to bardzo prozaiczne kwestie. Ostatnio się okazało, że większość rzeczy najlepiej przechowuje się w metalowych skrzyniach, które kupiliśmy w Anglii. Codzienność uczy rozwiązań.

Co zwiedziliście w RPA?

A to my, a w tle nasz Land Rover. To bardzo afrykański samochód, wręcz symbol Afryki.

Przygodę z RPA zaczęliśmy od wizyty w Johannesburgu i się nie polubiliśmy, bo jest nieprzyjazny. Generalnie z natury nie jesteśmy zbyt miastowi i unikamy dużych zbiorowisk. W Wielkiej Brytanii też mieszkamy na wsi. Także jeżeli duże miasto to na weekendowy wyjazd. Lubimy Paryż, Nowy York, bo mają swój klimat, warto je odwiedzić jeżeli masz taką chęć i możliwość, ale potem z radością wrócimy w nasz cichy świat.

RPA to tak wielki kraj, że ciężko go szybko przemierzyć wzdłuż i wszerz. Byliśmy raz w Kapsztadzie, w Durbanie, w okolicy Johanesburga uwielbiamy Cradle of Humankind. To były nasze pierwsze przyjazdy tutaj i wtedy więcej jeździliśmy po kraju żeby go poznać. Potem jednak szybko odwiedziliśmy Mozambik, na granicy z którym obecnie mieszkamy, bo interesowały nas wieloryby i delfiny.

Ktoś zapyta… a ludzie? Co z nimi? Na naszych stronach rzadko dotykamy tematu ludzi, bo po pierwsze z racji kryzysu zdrowia na świecie w ostatnim czasie, piętrzących się problemów ekonomicznych gospodarek, zajęci prowadzeniem własnej firmy i rozwiązywania jej problemów, z remontami na głowie również w tym samym czasie… zwyczajnie nie mieliśmy jak siedzieć i pisać artykułów o problemach ludzi tutaj.

Wiele sytuacji zapada nam w głowach, o wielu jeszcze wkrótce napiszemy… bo nie wolno problemów świata tego traktować po łebkach. Zwyczajnie nie ładnie. Przyzwyczailiśmy nasze ludzkie mózgi do scrolowania, szybkiego przechodzenia z tematu na temat. Tu ludzie umierają, tam ładne zdjęcie kota, potem czyjeś problemy zdrowotne, znowu zdjęcia kota… Tracimy przy tym wszystkim zdrowy rozsądek. Afryka uczy też cierpliwości. W buszu czas płynie też trochę wolniej… Spokojnie wszystko Wam opowiemy w swoim czasie.

Czy jest coś, co chcielibyście powiedzieć Polakom o RPA? O tym kraju mało się pisze po polsku, a jeśli już to raczej negatywnie?

Busz buszem, ale mieszkamy na granicy z Mozambikiem i do wody od nas niedaleko. Fotografowanie migrujących wielorybów…

Magda ja myślę, że Ty to zawsze na swojej stronie tak fajnie zbierasz informacyjnie do kupy, że trudno mi coś dodać. Bardzo mile nas zaskoczyła reakcja RPA na COVID, szybka i jednoznaczna, kiedy my w Europie dopiero się rozciągaliśmy po przebudzeniu. Ludzie tutaj chodzą w maskach, przed wejściem do sklepu mierzona jest temperatura.

RPA pamięta ebolę, HIV* i to sądzić można trzeźwi reakcje. Grzesiek jest lekarzem i z racji zawodu nie jest w stanie traktować tematu pobłażliwie. Przez wiele lat obydwoje pracowaliśmy z ludźmi z dużymi problemami. Ja zaczynałam swoją pracę w obszarze pomocy społecznej, współpracowałam z policją. Obydwoje mieliśmy zawodowe kontakty z osobami w zakładach karnych, lub po ich opuszczeniu, z osobami, które w kryzysowej sytuacji tracą dach nad głową, z tymi, którzy od lat żyją na ulicy, z ofiarami handlu ludźmi, z chorymi w tylu obszarach, że aż trudno to wymieniać. Generalnie widzieliśmy jak życie potrafi smagać. Dlatego też może staramy się o ludzkich problemach pisać na zasadzie… zasiadam do tematu i staram się go wyjaśnić, bo oby nikt z nas nie musiał się tak w życiu męczyć.

Na świecie i w RPA widzimy i widzieliśmy mnóstwo problemów na co dzień. Afryka jest piękna, natura jest niezwykle pierwotna, człowiek czuje tą dzikość gdzieś z tyłu głowy i to niesamowicie fascynuje. Jak wszędzie jednak jest ta ciemna strona mocy. Lubimy zawsze małe miasteczka, wioski, bo tam człowiek ma możliwość spotkania kogoś, ludzie są ciekawi, my jesteśmy ciekawi ich.

Przypis Magdy: W RPA były tylko dwa przypadki eboli, w tym jeden śmiertelny, bo kraj szybko zareagował restrykcjami na granicach. Epidemia HIV/AIDS dalej trwa i z tym wirusem żyje około 14% społeczeństwa. RPA ma jednak świetne programy prewencyjne, dzięki czemu dzieci matek zarażonych HIV rodzą się bez wirusa, a dzięki lekom leki antyretrowirusowym osoby zarażone HIV prowadzą praktycznie normalne i długie życie.

Czy proces kupna domu i przeprowadzki był skomplikowany? Jakie rady dałabyś sobie teraz po przejściu całego procesu?

Dom w buszu pokryty strzechą, ale wewnątrz wszystko czego potrzebujesz do życia od pralki, po zmywarkę.

Zdecydowanie nie jest trudny. Wszystko załatwia agent i obsługa prawna. Formalność jak zawsze i trochę papierków. Potem najmniej przyjemna kwestia czyli płatność, ale to wszędzie na świecie.

Jeśli ktoś chciałby was odwiedzić to można wynająć u was lokum. Kiedy można do was przyjechać, ile to kosztuje i co oferujecie gościom?

Sypialnie połączone z łazienkami…

Mamy dwa apartamenty. Jak wspominałam wcześniej drugi dwuosobowy (plus dostawka na dziecko) właśnie kończymy. Jeden pięcioosobowy skończony.

Na naszej stronie www.zyciejakwafryce.pl starałam się wszystko skrupulatnie opisać. Z racji takiej, że dopiero zaczynamy mamy promocję na rezerwacje dokonane do końca roku. W skrócie 5-osobowy apartament kosztuje 500 funtów brytyjskich/ok. 2700 zł za tydzień. Apartament 2+1- 350 gbp/ok1800 zł za tydzień.

Po więcej informacji prosimy o kontakt z nami bezpośredni albo mailem zyciejakwafryce@gmail.com albo przez formularz kontaktowy na stronie powyżej, albo piszcie do nas na mesendżerze.

Z wygodną wanną…

Gdzie czytelnicy mogą się dowiedzieć więcej o waszym życiu w Marloth Parku? Prowadzicie jakieś media społecznościowe?

Z przymrużeniem oka-mówię im, ustawcie się do zdjęcia na Insta… Grzesiek i Landrover od razu zrozumieli o co chodzi…

Facebook i Instagram głównie. Mamy też w planach rozwinięcie naszego kanału na YouTube, bo gdzieś tam został w tyle. Wszystko jest strasznie czasochłonne, ale staramy się to opanowywać krok po kroku. Tym bardziej, że wszystkie zdjęcia i filmy są nasze. Nie szerujemy czyichś materiałów. Tu nie chodzi o nasz kaprys. Spędzamy bardzo dużo czasu i wkładamy ogrom pracy w przygotowanie zdjęć.

Na naszej stronie internetowej również mamy sporo materiałów, opisujemy jak wygląda życie w buszu. Jest tam mnóstwo zdjęć, filmów i tekstów jak to wszystko wygląda u nas na co dzień.

Nie jesteśmy profesjonalnymi fotografami, ale robienie zdjęć wymaga czasu. Cały proces to nie tylko wstawanie o świcie i szukanie światła idealnego, ale też panowanie nad sprzętem. Piękna pasja, pierwotnie mojego męża. Zaraził mnie „zdjęciologią”.

Śmieszne jest jednak to i zarazem fascynujące, że każdy z nas ma inne spojrzenie na tą samą sytuację. My obydwoje z racji indywidualizmu potrafimy się przy tym posprzeczać, ale ciekawostką jest, że każdemu może wyjść coś innego, inny obraz spod każdego pędzla…

Nowa seria

Mam nadzieję, że wywiad was zaciekawił. Jak już wiecie, możecie śledzić Karolinę i Grzegorza na różnych mediach społecznościowych, a nawet ich odwiedzić. Jeśli macie do nich jakieś pytania, możecie zadać je w komentarzach, obiecuję przekazać 🙂

Jesteś Polakiem lub Polką mieszkającym w RPA lub innym afrykańskim kraju? A może znasz kogoś, z kim mogłabym zrobić ciekawy wywiad? Dajcie znać, jestem otwarta na propozycję 🙂

Co lubię w ludziach w RPA

W zeszłym tygodniu marudziłam na to, co mnie wkurza w ludziach z RPA. Dzisiaj dla odmiany będę mówiła o pozytywach RPAńczyków. Tak jak z cechami negatywnymi, podkreślam, że nacechowanie emocjonalne danej cechy to kwestia subiektywna i oczywiście nic nie dotyczy wszystkich mieszkańców, a raczej ogólnych tendencji. Okej, to jedziemy!

1. Chęć pomagania

Ludzie w RPA są bardzo chętni do pomocy. Czy wam się rozkraczy samochód na drodze czy się zgubicie czy upadniecie, nie trzeba długo czekać, żeby ktoś wam się rzucił na pomoc. W codziennym życiu to naprawdę pomaga, bo nigdy nie wiecie, co wam się przydarzy. Możecie np. złamać sobie stopę w drodze na siłownię i nie być w stanie się samemu podnieść (true story!).

Oznacza to też, że ludzie chętnie dają pieniądze na szczytne cele. W 2019 aż 8 na 10 ludzi przyznało, że przekazało pieniądze na dobry cel w ciagu 12 miesięcy. Biorąc pd uwagę, że wiele osób ma trudności finansowe to naprawdę pozytywny wynik. Chęć pomagania to także organizowanie inicjatyw gdy komuś potrzebna jest pomoc – pożar, powódź czy inna mniejsza lub większa katastrofa zawsze mobilizuje społeczeństwo do zbiórek i pomocy bezprośredniej.

2. Bycie przyjaznym

Ludzie w RPA są ogólnie dużo sympatyczniejsi niż w Polsce. Oczywiście wiadomo, że czasem trafi się gbur, a urzędy to już w ogóle rządzą się własnymi prawami, ale ogólnie ludzie są mili. Na trasach wspinaczkowych standardowo mówi się cześć, ale ludzie też witają nieznajomych na spacerach. Czasami tylko się macha, czasami jest jakiś small talk.

Jeśli się na kogoś zapatrzycie albo ktoś “złapie” wasz wzrok to normalnie jedna albo dwie strony się uśmiechają. Czasami też ktoś nieznajomy wam walnie komplement tak sam z siebie (Fajny kolor włosów! / Fajna torebka! / Ale masz ładne kolczyki!), no to to już naprawdę był dla mnie wielki szok kulturowy. To nie prowadzi do żadnej rozmowy, tylko tak o. Niby nic, a może naprawdę poprawić dzień.

W pracy wita się i żegna wszystkich, nie że pojedynczo tylko formułką “Hi/Bye everyone/all!”. Jest też typowo RPAński wymysł “(Good) Mornings” na “Dzień dobry” w sumie ma sens jak się widzi dużo osób to się życzy dużo udanych poranków 😉

3. Pomysłowość

RPA nie jest super łatwym krajem do życia. Poza gospodarką, która postanawia wiele do życzenia, rząd jeszcze dokłada przepisy, które dodatkowo utrudniają ludziom życie. Przykład? Gdy na rynek wszedł Uber, wiele osób zdobyło dzięki niemu całkiem spoko płatną pracę. Po jakimś czasie rząd uznał jednak, że e-hailing musi mieć licencję taką jak standardowe firmy taksówkowe. Decyzja przyszła z dnia na dzień, Uber zareagował natychmiast, ale otrzymanie tej licencji i tak trwało miesiące. Na kierowców zaczęły więc spadać wielkie mandaty.

Nie ma jednak znaczenia co RPAńczykom zafunduje rząd, oni zawsze wymyślą jakiś sposób, żeby sobie dać radę. W każdej ekonomii to jest cecha na wagę złota i naprawdę zawsze jestem w szoku, jak ludzie sobie radzą mimo wszystko. Teraz w pandemii bardzo było widać szybkie przebranżowienia i zmiany usług oferowanych przez firmy, tak żeby zarabiać mimo obostrzeń. Jak to mówią, potrzeba matką wynalazku!

4. Otwartość na inność

Żeby nie było ta otwartość na inność ma swoje granice, bo jak wspominałam w poprzednim poście jak wszędzie jest tu niechęć do imigrantów ze strony RPAńczyków. Jednak ogólnie ludzie tu są bardzo przyzwyczajeni do różnorodności i religijnej i etnicznej i poza jakimiś skrajnymi przypadkami nikt się na nikogo dziwnie nie patrzy ze względu na strój czy odcień skóry.

Tę otwartość widać w pracy, gdzie nie zakłada się, że wszyscy są tego samego wyznania czy mają te same preferencje żywieniowe. Jak czasem ktoś się zagapi, to raczej szybko się to poprawia. Na przykład raz w pracy mieliśmy loterię i nagroda była w postaci wina, a wygrał kolega muzułmanin. Kolega oddał wino komuś innemu czym zaskarbił sobie nowego przyjaciela, a menadżer zmienił nagrody i następnym razem nagrodą był bardziej inkluzywny bon w restauracji.

5. Bezpośredniość

Pamiętam jak się uczyłam dawno dawno temu angielskiego i uczono nas angielskiego biznesowego z oficjalnymi formułkami do korespondencji. Nie wiem jak jest w Anglii czy w USA, ale w RPA tego się praktycznie w ogóle nie używa. Emaile zaczyna się od “Hi” ewentualnie “Hi” z imieniem. Odrobinę bardziej formalnie wysyła się podania o pracę, ale nawet tam często dostajecie odpowiedź z “Hi”. Tak samo jak się dzwoni do kogoś to jest raczej pełen luz.

Nigdy nie miałam tu takiej sytuacji, żeby ktoś mnie poprawił albo użył wyższej formalności w emailu zwrotnym. Raczej w drugą stronę, jak się pisze formalnym językiem to odpowiedź jest super wyluzowana, aż się człowiek głupio czuje, że zaczął za wysoko stylistycznie. No ale wiadomo, jak wszędzie lepiej za grzecznie niż za nie niegrzecznie.

Mimo że kraj jest anglojęzyczny, nie ma tu też nadmiernej grzeczności (na pewno znacie żarty o tym jacy nadmiernie grzeczni są Anglicy. Używa się proszę i dziękuję bardziej niż po polsku, ale ogólnie styl jest bezpośredni. Pytań i rozmów też, bo czasem niektóre tematy nawet z nowopoznanymi osobami aż mi się nie mieszczą w głowie. Z drugiej strony wolę to niż nadmierne nadęcie i skrytość.

Sam cukier

No dobra już się nasłodziłam. Co ciekawe piszę to w dzień, w który wyjątkowo dokuczała mi cecha RPAńczyków pt. wyluzowane podejście do czasu. Tym bardziej doceńcie mój wyczyn w przekazywaniu pozytywnych treści 😉

Co mnie wkurza w ludziach z RPA

RPA zazwyczaj przedstawiam z pozytywnej strony, bo ogólnie lubię ten kraj. Nie znaczy to jednak, że po 10 latach nie nazbierało się trochę rzeczy, które mnie wkurzają w ludziach. Każda nacja ma swoje przywary i wiadomo, że nie każdy człowiek danej narodowości ma daną cechę. Mimo dużej różnorodności w RPA, są pewne cechy wspólne niezależne od grupy społecznej czy etnicznej…niektóre z mojego punktu widzenia dość irytujące. Jest to więc subiektywna lista uogólnień, na temat tego, co akurat mi tu w ludziach nie pasuje. W przyszłym tygodniu dla przeciwwagi będzie lista tego, co lubię 🙂

1. Niechęć do “Nie wiem”

Ludzie wolą dać wam złe wskazówki niż po prostu powiedzieć “Nie wiem.”. Nie jestem pewna czy to wynika z tego, że ludzie tutaj bardzo chętnie pomagają i “nie wiem” jest postrzegane jako mało pomocne czy może z czegoś innego. W każdym razie często się zdarza, że ktoś myśli, że zła odpowiedź jest lepsza niż żadna. To się zdarza i na ulicy, gdy pytacie o drogę i jak dzwonicie do biura obsługi klienta w jakiejś sprawie. W kilku skrajnych przypadkach, gdy pytanie zostało zadane przez telefon druga strona po prostu się rozłączyła.

2. Niesłowność i gadanie, byle gadać

Ta cecha ma wiele twarzy. Zaczyna się to od tego, że np. gadacie z kimś nowym, kto jest fajny i decydujecie, że KONIECZNIE musicie się ustawić na kawę. W wielu przypadkach, jeśli potem skontaktujecie się z taką osobą będzie ona tym dość zdziwiona. Ludzie po prostu mówią dużo miłych rzeczy, których wcale nie mają na myśli. Trzeba mieć do tego dystans i dać znajomości więcej czasu, żeby zobaczyć czy osoba gada, byle gadać czy rzeczywiście nadajecie na tych samych falach.

Potem nawet jeśli się z kimś ustawicie to wcale nie wiadomo, czy to jest aby na poważnie. W związku z tym najlepiej wysłać “follow up” przed spotkaniem, żeby to jeszcze raz potwierdzić (trzeba reconfirm!). Poważnie, jak się ustawicie z kimś to tak nie idźcie bez potwierdzenia, że dalej aktualne, nawet jeśli umówiliście się poprzedniego wieczora na lunch dnia następnego.

Ludzie często odwołują też spotkania/obecność w ostatniej chwili z błahych powodów, które łatwo można by wręcz uznać za obraźliwe. Mówi się, że to jest taka mentalność zwłaszcza w Kapsztadzie, że ludzie się po prostu nie lubią do niczego zobowiązywać i zmieniają zdanie w ostatniej chwili, decydując się na to, co akurat im pasuje.

3. Zafiksowanie na punkcie liceum

Poprawcie mnie w komentarzach, jeśli wam się to często zdarza w Polsce, ale ja nie przypominam sobie jakiegoś specjalnego zafiksowania na punkcie liceum. A tutaj tak, jest wręcz fetysz. Na imprezach nawet po tej 30stce miejscowi się pytają innych miejscowych, gdzie chodzili do liceum. To im często mówi coś o sytuacji finansowej danej osoby, ich zapatrywaniu na świat (czy szkoła była konserwatywna czy lewicująca) oraz czasem o przynależności religijnej/etnicznej.

Ludzie bardzo często się trzymają z paczką z liceum i nie za bardzo chcą do siebie dopuszczać nowe osoby. Mój mąż ma bardziej otwarty umysł, ale już jego siostra też trzyma się głównie ze znajomymi z tamtych czasów i wywraca oczami, jak musi poznać kogoś nowego 😀 W związku z tym imigranci trzymają się z imigrantami i raczej mają mało miejscowych przyjaciół. Ci miejscowi, z którymi się przyjaźnią to najczęściej są albo znajomi od jakiegoś hobby albo osoby, które same gdzieś mieszkały za granicą, ewentualnie lubią podróżować. To ostatnie jest tu dużo rzadsze niż w Polsce o czym już pisałam w poście “Co się robi w wakacje w RPA“.

4. Spóźnialstwo i wyluzowane podejście do czasu

Spóźnialstwo towarzyskie to cecha całego kraju, ale profesjonalne to podobno raczej domena Kapsztadu. 15 minut to jest takie zupełnie normalne spóźnienie i niektórzy nawet nie wyślą ci w związku z tym smsa. Ewentualnie jak wyślą to piszą, że trochę się spóźnią bez żadnych konkretów. Rekordziści w moim życiu to osoby spóźnione między 45 minutami, a godziną. Niektórzy robią to nagminnie, inni od wielkiego dzwonu.

Najgorzej jest jednak umówić się z kimś w domu, żeby po coś wpadli w weekend. Wtedy ludzie już całkiem wychodzą z założenia, że nic nie macie do roboty. Piszą, że będą u was now now – nikt niestety nie wie w RPA co to do końca znaczy, bo może znaczyć wszystko. I tak można naprawdę by czekać godzinami, chyba że kogoś przyciśniecie. No, ale i wtedy “wychodzę z domu” albo “już jadę” pozostawia sporą wolność interpretacyjną czy to będą minuty czy raczej godziny.

5. Niechęć do imigrantów

Zastanawiałam się czy w ogóle dodawać ten punkt, bo czy się mieszka w RPA czy w Australii czy we Francji, w większości krajów ludzie nie mają jakiegoś super pozytywnego nastawienia do imigrantów. Jednak dodaję, bo jest to dla mnie duża część braku komfortu życia tutaj przez dłuższy czas. Jedyni imigranci do których jest wręcz nadmiernie pozytywne podejście to Anglicy i Amerykanie. W RPA negatywne podejście jest jeszcze związane z dużą liczbą uchodźców, bo kraj przecież wcale nie tak bogaty płaci słony rachunek za zbrodnie kolonializmu przez które wiele krajów afrykańskich źle sobie teraz radzi.

Co ta niechęć do obcokrajowców oznacza w praktyce? Czasem zwykłe chamstwo czy ignorowanie. Niezależnie od tego, jak dobrze mówicie po angielsku zdarzy wam się, że ktoś będzie do was mówił bardzo powoli albo tłumaczył wam skomplikowane słowa, jeśli jakiś użyje 😀 Miejscowi raczej nie są specjalnie zainteresowani, żeby z wami gadać na imprezie czy na evencie networkingowym. No chyba (!), że liczą na związek albo co najmniej ruchanko to wtedy to co innego. Do tego stopnia, że to o czym teraz mówię, nie zostałoby napisane, gdy byłam singlem.

Jak macie coś do załatwienia obsługa klienta i urzędnicy podchodzą do was jak do jeża, bo paszport znaczy dodatkowe procedury, a w ogóle to kto wie czy prawdziwy? Tak, tak raz mi ktoś pocierał paszport palcem w urzędzie, żeby sprawdzić czy jest cacy 😀 Do tego dochodzą uprzedzenia na rynku pracy, obcokrajowców najchętniej zatrudnia się w pracach językowych i turystyce, ewentualnie gastro, a na taki normalny rynek ciężko się wbić. Wiz też się boją i dla ułatwienie w wielu ogłoszeniach o prace pisze się, żeby aplikowali tylko obywatele lub posiadacze stałego pobytu. Jedno co dobre, to że o Polsce nic tu ludzie nie wiedzą, więc nie ma żadnego stereotypu Polaka.

Wiadro pomyj czy brak różowych okularów?

Jeszcze raz podkreślam, że to jest podsumowanie moich doświadczeń i tendencji, jakie zauważyłam. No i przede wszystkim jest to całkowicie subiektywne 🙂 Każdy kraj ma coś, co nam nie podpasuje, ale nie można mówić tylko o pozytywach, bo to kreuje nadmiernie pozytywne przedstawienie rzeczywistości. Jeśli macie jakieś przemyślenie albo doświadczenia z kraju, w którym wy mieszkacie to zapraszam do komentowania.

Jak (mi) się żyje w RPA

Na to, że żyję w RPA słyszę różne reakcje. Od oskarżeń o permanentne wakacje do zdziwienia, przez sympatyczną ciekawość, po pytania jak mogę w takim kraju żyć (często opartego na stereotypach). Dzisiaj więc rzucę trochę światła na to jak faktycznie w RPA żyje się mi i osobom, z którymi mogę się porównywać. Natomiast pamiętajcie, że to jest doświadczenie kogoś z tak zwanej klasy średniej, bo w RPA jest wielkie zróżnicowanie i żyją ludzie bardzo biedni i bardzo bogaci.

Praca – zarobki i rynek pracy

O pracę jest w RPA ciężko z bezrobociem w wysokości 30%. Im wyższe wykształcenie, tym większe szanse na zatrudnienie, ale zarobki bardzo się różnią w zależności od ukończonych studiów. Najlepiej żyje się ludziom ze zdolnościami technicznymi albo po kierunkach ścisłych. Dla humanistów po studiach zarobki zaczynają się w okolicach 10-15 tysięcy randów (2,5-4 tysiące złotych) w Kapsztadzie. W Durbanie byłoby to mniej, a w Johannesburgu więcej, ale jest to adekwatne do cen. Nie mówcie jednak, że całkiem całkiem, zanim nie dojdę do części o kosztach życia 😉

Dla humanistów na tym poziomie kończą się zarobki. W wielu firmach jest inflacyjny wzrost co roku, ale ogólnie możliwości podwyżkowe są dość ograniczone. Z tego powodu dużo zdolniejszych osób skacze po firmach, każda kolejna oferuje trochę więcej. Możliwości w danej firmie to zazwyczaj dwie ścieżki – albo kierownictwo albo zasiedzenie, gdy po latach zaczynają dochodzić jakieś bonusy. Można się też zarzynać pracą dodatkową albo płatnymi nadgodzinami (jeśli firma oferuje). Przy kompetencjach miękkich wyjątkiem jest szerokorozumiana turystyka, gdzie można (było) naprawdę nieźle zarabiać.

Warunki zatrudnienia różnią się od firmy do firmy. Według prawa pracownikowi należy się 15 dni płatnego urlopu rocznie, oczywiście poza weekendami i świętami. Urlop macierzyński to 4 miesiące urlopu BEZPŁATNEGO, urlop tacierzyński 10 dni tego samego. Wiele firm oferuje kobietom lepsze opcje, ale przy rezygnacji z pracy za szybko po powrocie zdarza się, że za ten macierzyński trzeba zwrócić pieniądze. Chorobowego standardowo przysługuje człowiekowi 10 dni rocznie albo 30 dni przez trzy lata (można to sobie różnie rozłożyć).

Znalezienie pracy bardzo często odbywa się przez znajomości. Firmy mają prawo do tzw. wewnętrznego poszukiwania kandydatów i za polecenie osoby, która się sprawdzi można nawet dostać dobry hajs. Rekruterzy spoza firmy są bardzo ostrzy i trochę jak roboty. Np. raz nie przeszłam nawet pierwszej rundy do pewnej firmy przez rekrutera, ale na to samo stanowisko ktoś mnie polecił i pracowałam u nich trzy tygodnie później.

Taki system to jest oczywiście koszmar dla imigrantów, bo na początku znajomych nie masz. Ogólnie szukanie pracy bez stałego pobytu graniczy w tej chwili z niemożliwością, nie ma znaczenia, czy jesteś małżonkiem obywatela RPA czy ot tak sobie szukasz. Poza zatrudnianiem ludzi z bardzo określonymi kwalifikacjami lub na wysokich stanowiskach, żadnemu pracodawcy się nie chce bawić w wizy. Gdy przyjechałam, nie było aż tak źle. W tej chwili prowadzę własną działalność gospodarczą. Trochę bo chcę, a trochę bo nie mam wyboru.

Styl życia

Styl życia to jest moja ulubiona część życia w RPA. Dużo się wychodzi ze znajomymi do “lepszych” restauracji czy na różne wydarzenia kulturalne i w stosunku do nawet takich humanistycznych zarobków jest to bardzo do ogarnięcia. Ludzie z mojego pułapu zarobkowego są też aktywni, chodzą na wspinaczki górskie, ćwiczą, biorą udział w różnych aktywnościach fizycznych. I najlepsze – jest też spore zaangażowanie społeczne we wszelkiego rodzaju projekty.

W Kapsztadzie jest mega, bo jest i ocean i góry i fajne markety i restauracje i teatry i w ogóle. ALE nie da się mimo wszystko porównać życia kulturalnego tutaj z tym, które miałam w Warszawie. Tam jest więcej teatrów, festiwali filmowych i różnych innych. Żeby być w centrum kulturalnym tutaj musiałabym przeprowadzić się do Johannesburga, którego nie lubię z innych powodów.

Ludzie w RPA są mili i pomocni. Jeśli coś ci się stanie, zaraz ktoś przybiegnie z pomocą. Czasem ktoś się do Ciebie uśmiechnie na ulicy bo tak, albo podejdzie i powie ci coś miłego. Może to nie wydaje się jakąś wielką rzeczą, ale naprawdę zmienia jakość życia. Jak pięć (?) lat temu pojechałam do Polski to byłam w szoku jacy niesympatyczni są ludzie w takich normalnych, codziennych sytuacjach.

Bezpieczeństwo

O bezpieczeństwie dla turystów pisałam osobno. Życie codzienne jest inne od wycieczki na dwa tygodnie, więc nie ma co się sugerować codziennymi doświadczeniami ludzi. Martwienie się o bezpieczeństwo to po prostu coś, co jest takim dodatkowym filtrem nałożonym na mózg, którego się po pewnym czasie nie zauważa. To normalne przeanalizować jakiś plan pod kątem “a czy to jest aby bezpieczne”, nawet jeśli ten plan to po prostu powrót samochodem od znajomych samej o północy.

Na pewno brakuje mi łażenia na piechotę po zmroku, bo tu zazwyczaj zaczyna się robić pustawo. Najbardziej widać to w zimie, kiedy o 19 jest prawie totalna pustka na chodnikach poza centrami handlowymi czy miejscami, gdzie ludzie chodzą wieczorem. Ja chodziłam sama nawet do 22, kiedy nie było mnie stać na taksówkę, ale nigdy nie czułam się bezpiecznie.

Bezpieczeństwo trzeba też brać pod uwagę przy wynajmie czy kupnie, gdy wybiera się dzielnice. Dodatkowo dom czy mieszkanie trzeba zabezpieczyć tak, jak zabezpieczają go sąsiedzi. Np. jeśli wszyscy wokół Ciebie mają ogrodzenie elektryczne, należy w nie zainwestować. Czemu? Bo inaczej twój dom będzie się rzucał w oczy włamywaczowi. Przy wyjeździe na wakacje, ludzie często opłacają osobę, która po prostu mieszka w ich domu. Dom pozostawiony bez opieki to też coś, czego wyczekują włamywacze.

Sprawy społeczne

Biedę widać prawie wszędzie, przemieszaną z bogactwem i nowoczesnością. Każdy ma inną wrażliwość, ale mi na to bardzo ciężko patrzeć. Mimo że pomagam zawsze czuję, że pomagam za mało. O biedzie w RPA jednak wie każdy więc opowiem o czymś innym, czyli o różnorodności. Ze względu na wiele mniejszości naprawdę fajnie się tu żyje. To, że ktoś może być inny niż ty, jest po prostu normą. W pracy masz zazwyczaj ludzi o wszystkich kolorach skóry i wielu wyznań. Życzenia w firmach często wysyła się na wszystkie święta religijne np. firma życzy udanego Ramadanu wszystkim świętującym. Nie ma zakładania, że na pewno obchodzisz takie czy inne święta.

RPA jest też krajem liberalnym społecznie. Dużo ludzi jest wierzących, jak wszędzie, ale każdy sobie wyznaje co chce albo nic i w ogóle tego nie widać w debacie publicznej. Podstawowa antykoncepcja jest refundowana przez rząd, aborcja jest na żądanie. Mniejszość LGBTQ+ jest chroniona przed dyskryminacją, są małżeństwa homoseksualne i związki partnerskie hetero i homoseksualne. Oczywiście kraj ma wiele problemów, ale podstawy prawne umożliwiają ludziom walkę o swoje prawa.

Życie na wizie

Nie będę się o tym rozpisywać, ale jest to koszmar, który od lat staje się coraz bardziej koszmarny. Bezrobocie i związane z nim nastroje ksenofobiczne, sprawiają że prawodawstwo jest coraz ostrzejsze. Poza tym urząd imigracyjny nagminnie łamie prawa obcokrajowców.

Życie bez stałego pobytu jest upierdliwe, gdy macie do czynienia z jakąkolwiek administracją. Urzędnicy często po prostu mówią wam, że coś wam się tam nie należy, bo nie jesteście z RPA/nie macie stałego pobytu. Nowy przykład to szczepionki. Mimo że należą się obcokrajowcom, mojej znajomej udało się zaszczepić dopiero za trzecim razem, bo przedtem odsyłano ją z kwitkiem.

Zdobycie pobytu stałego jest coraz bardziej skomplikowane i zazwyczaj jest to po 5 latach czegoś tam, z masą absurdalnych wykluczeń. Mi się należy w tym miesiącu, ale od ponad roku nie można składać podań. Po złożeniu podania czeka się na przyznanie statusu od kilku miesięcy do kilku lat.

Jest tu pięknie

Jednym z powodów dlaczego w RPA mieszka mi się lepiej niż gorzej jest piękno i różnorodność tego kraju. Naprawdę nie trzeba wyjechać daleko za miasto, żeby znaleźć zupełnie inne widoki. W mojej prowincji znajdziecie lasy, które wyglądają jak polskie, ale i tereny pustynne. Kraj jest wielki i jest masa rzeczy do zobaczenia. Ja zwiedziłam po 10 latach tylko połowę prowincji i mam jeszcze baaaardzo dużo do zobaczenia.

Poza pięknymi krajobrazami są tu też różne zwierzęta i rezerwaty przyrody. Kiedyś mnie to zupełnie nie kręciło, a teraz bardzo lubię wypad na takie czy inne interakcje ze zwierzętami w weekend. Samo zwiedzanie miast też jest fajne, bo są bardzo różnorodne. Każde z nich ma inną mieszankę etniczną, architekturę i historię. A jak już mi się to znudzi, to mamy jeszcze dwa niezależne kraje na terenie RPA do obskoczenia 😉

Koszt życia

No i na koniec najmniej przyjemny temat 😀 Ogólnie koszt życia typu wynajem, jedzenie czy kosmetyki jest dość porównywalny do Polski. Powiedziałabym, że wynajem jest droższy, a kupno nieruchomości tańsze niż w polskich dużych miastach. Trzeba jednak pamiętać, że dla typowego mieszkańca RPA to są ekstremalnie wysokie ceny, dla wielu bez szansy na otrzymanie kredytu.

To jednak nie koniec kosztów życia w RPA. Po pierwsze, jest prywatne ubezpieczenie zdrowotne, często zabierane bezpośrednio z wynagrodzenia. Koszt najniższej opcji to około 500 PLN miesięcznie. Do tego ubezpieczenie mało pokrywa, więc za wiele rzeczy trzeba płacić z własnej kieszeni i to dość dużo. System publiczny jest dobry, ale bardzo obciążony i niedofinansowany. Wiadomo, że w niektórych sytuacjach nie pomoże. Na przykład kiedy rodzisz i chciałabyś znieczulenie to go nie dostaniesz, chyba że to cesarka. Kliknijcie sobie na ten link, co dałam powyżej, bo już pisałam szczegółowo o tym temacie.

Potem dochodzą wszystkie inne ubezpieczenia. Jak masz dom trzeba go ubezpieczyć, z zawartością, no bo jest duża przestępczość. Nie zapominajmy o prywatnej firmie ochroniarskiej i obsłudze alarmu przeciwwłamaniowego. Jak masz laptopa to też lepiej go ubezpieczyć, bo wynosisz go z domu i nie podchodzi pod ubezpieczenie mieszkalne. To samo z biżuterią czy z inną elektroniką, typu aparat, przecież to dość prawdopodobne, że ktoś cię skroi. Samochód koniecznie trzeba ubezpieczyć od kradzieży, no i tak normalnie od wypadków.

Zwierzęta to jest kolejny szalony koszt. Każda wizyta u weterynarza z jakąś tam drobną interwencją to koszt 200-300 złotych. Jak zwierzę się bardziej zepsuje to już w ogóle. No chyba, że wolicie, żeby i tu was doili miesięcznie – ubezpieczenie zdrowotne dla zwierzęcia też, oczywiście, istnieje :D.

O dzieciach nawet nie będę pisać, bo wszystko kosztuje bardzo drogo. System szkolnictwa sprawia, że tzw. klasa średnia najczęściej wysyła dzieci do szkół tylko częściowo finansowanych przez rząd. Wiadomo, że rodzice jeszcze bardziej dbają o edukację w kraju, gdzie jest olbrzymie bezrobocie. Studia też są płatne.

No i punkt ostatni – odkładanie na emeryturę. Ponieważ najwyższa emerytura tutaj to trochę poniżej 500 PLN nie możecie na to liczyć. Dlatego ludzie w bardzo młodym wieku zakładają sobie tzw. pension fund. To już od każdego zależy ile sobie wpłaci miesięcznie… no chyba, że akurat pracujesz dla takiej firmy, która ci to też utnie z pensji 😀

W skrócie życie tu kosztuje od ch*ja i ciut ciut.

Podsumowanie

Mimo wszystko lubię żyć w RPA, bardziej niż nie lubię. Czy tu zostaniemy na długie lata zależy od różnych czynników. Przyznam szczerze, że wszystko inne mogę zaakceptować, ale jestem wykończona sytuacją i ograniczeniami wizowo-pracowniczymi. Jako plan awaryjny mamy na oku dwa inne państwa, gdzie moglibyśmy się stosunkowo łatwo przeprowadzić. Nie powiem gdzie, ale nie w Europie.

Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam do komentowania!