Wywiady z Polakami: Justyna z Margate w Kwa-Zulu Natal

Przyszła pora na kolejny wywiad. Tym konkretnym jestem podjarana nawet bardziej niż zwykle, bo moja rozmówczyni, Justyna (Justandfamily) opowiedziała mi nieco o kulturze Zulusów. Jej mąż jest w połowie Xhosa, a w połowie Zulusem, ale identyfikuje się jako Zulus. Dodatkowo Justyna mieszka w Kwa-Zulu Natal, czyli w prowincji, z której nie miałam jeszcze gościa ani gościni.

1. Jak to się stało, że zamieszkałaś w RPA?

Mój mąż jest z RPA, ale poznaliśmy się w 2006 w UK. Mieszkaliśmy najpierw w West Sussex, a potem West Yorkshire. W 2008 urodziła się nasza pierwsza córka, Ania. Pod koniec 2011 roku mój mąż musiał wrócić do RPA z powodu rodzinnych interesów. Przez dwa lata byliśmy w związku na odległość i lataliśmy do siebie na dłuższe i krótsze wakacje. Pod koniec 2012 roku okazało się, że znowu byłam w ciąży! Byliśmy bardzo szczęśliwi, choć to była niespodzianka. Na urlopie macierzyńskim, kiedy Oliver miał 2 miesiące, pojechałam z dziećmi dołączyć do męża w RPA. Przedtem byłam tam kilka razy, ale to tylko ma wakacje. Po tej ostatniej wizycie nigdy nie wyjechaliśmy. W październiku tego roku minie nam 9 lat w RPA. Tu urodziło się nasze trzecie dziecko, córka Luna.

2. Czy odczuwasz jakieś różnice kulturowe między Tobą a Twoim mężem? Jeśli tak, jaką one grają rolę w twoim związku?

Jesteśmy małżeństwem od 13 lat i uważam, że najważniejsze w związku mieszanym są równowaga i szacunek dla swoich kultur.
Mój mąż wyznaje wartości tzw. zachodnie i mamy takie same poglądy na życie. Kiedy są jakieś rodzinne uroczystości, podporządkowujemy się tradycjom. Ja robię to, czego oczekuje się od zuluskiej żony „makoti”, czyli muszę nosić „doek” (chustkę) na głowie żeby zakryć włosy i nie mogę nosić spodni. Mężatki nie mogą też nosić bluzek czy sukienek bez rękawów, krótkich, lub z dużymi dekoltami. 

Podczas uroczystości mężczyźni i kobiety siedzą osobno. Tradycyjne rodziny są duże, więc trzeba sporo gotować. Moje miejsce jest w kuchni z innymi makoti. Gdy jedzenie jest gotowe przynoszone jest mężczyznom i podawane w kolejności od najstarszego do najmłodszego.
Takie uroczystości nie zdarzają się często więc nie mam z tym problemu. Rozumiem i szanuję kulturę zuluską, nawet gdy coś do końca nie ma to dla mnie sensu.

W naszym małżeństwie wszystko jest zbalansowane kulturowo – jemy dania typowo polskie czy europejskie, ale i afrykańskie. Jest dla nas ważne, aby nasze dzieci znały swoje polskie i afrykańskie korzenie.  Nasze pociechy mają także imiona Zulu, z których każde ma przypisane znaczenie. Nasza pierwsza córka to Anna Amahle, a Amahle znaczy „piękna”. Imię Zulu Olivera to Siyamthanda, czyli „kochamy go/ją”, a Luna to skrót od Lunathi, co znaczy „Bóg jest z nami”.

3. Czy Twoje dzieci urodziły się w RPA? Jak oceniasz tutejszą opiekę okołoporodową i sam poród pod względem medycznym?

Mąż Justyny z Anią i Oliverem oraz nosorożcem w tle

Ania i Oliver urodzili się w UK, a Luna tutaj. Opiekę w ciąży mogę porównać do tej w UK . W UK opieka zdrowotna jest za darmo, a tutaj musiałam płacić za wszystko – za każdą wizytę, badanie krwii, usg. Nie mamy medical aid, czyli prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego. W UK chodziłam do położnej, a tutaj do lekarza położnika. System i jakość opieki są na podobnym poziomie

Przy całej trójce dzieci miałam porody naturalne, choć za każdym razem sztucznie wywoływane, bo byłam po terminie. Jedyna różnica jest taka, że w RPA przy porodzie jest lekarz prowadzący ciąże, a położne grają tutaj drugie skrzypce.

Sam szpital był okej, a jedzenie bardzo dobre. Dziecko po porodzie jest zabierane na oddział pediatryczny bez względu na stan zdrowia. Musi zostać zbadane i być obserwowane przez pielęgniarki. Mama w tym czasie powinna odpoczywać. Ja jednak chciałam szybko Lunę z powrotem i kilkakrotnie dzwoniłam na pielęgniarki z niecierpliwością, by w końcu mi ją dali.

4. Twoje dzieci chodzą w RPA do szkoły. Co myślisz o tutejszym systemie edukacyjnym?

Ania w szkole na Heritage Day, czyli Dniu Dziedzictwa

Ania jest w 9 klasie (odpowiednik polskiego liceum), a Oliver w 3 klasie podstawówki. Ania w zeszłym roku była w innym liceum, w żeńskiej szkole z internatem, która z powodów mieszkaniowych była dla nas jedyną możliwością. Szkoła z internatem to było ciężkie przeżycie, ale nie wiem dla kogo bardziej 😀 Ania była zadowolona – otoczona koleżankami, miała dużo różnych zajęć pozaszkolnych. Teraz mieszkamy na południowym wybrzeżu i mam moje najstarsze dziecko w domu. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. 

Ania i Oliver chodzą do prywatnej szkoły. Z pewnością poziom edukacji w szkołach prywatnych jest wysoki, klasy są małe około 20 uczniów, a nauczyciele zawsze dostępni dla rodziców. Można im wysłać maila z uwagami i w ciągu kilku godzin otrzyma się odpowiedź.

Dzieci tutaj mają lekcje w-fu na dworze. Rok szkolny podzielony jest na 4 kwartały – zaczyna się w styczniu i kończy się na początku grudnia. Pierwszy kwartał to pływanie bo mamy lato, później piłka nożna, hokej na trawie, a 4 kwartał to pływanie i rugby.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z tutejszego systemu edukacyjnego, jest porównywalny z europejskim. Moje dzieci uczą się po angielsku i mają dodatkowy język, afrikaans.

5. Twój mąż jest Zulusem. Opowiedz trochę o tej kulturze.

Ojciec mojego męża był Zulu, a mama Xhosa. Mąż uważa siebie za Zulu. Kultura jest kolorowa, dziewczyny noszą kolorowe korale, wszyscy często śpiewają i tańczą. Moim ulubionym aspektem tej kultury jest taniec. Lubię obserwować tancerzy Zulu. Zazwyczaj grupa tancerzy czyli dziewczyny z chłopakami albo sami chłopcy tańczą do muzyki z bębnów. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz widziałam takich tancerzy byłam pod ogromnym wrażeniem. Dźwięki tych bębnów są bardzo specyficzne i często aż mam od nich gęsią skórkę.

6. Czy są jakieś zuluskie święta czy obchody, o których chciałabyś opowiedzieć?

Z rodziną

Opowiem Wam o Imbeleko. Podczas tej uroczystości żona i dzieci są przedstawione przodkom. Według tradycji powinno to być zrobione jak dziecko ma 10 dni, ale nikt tego już nie przestrzega. Żeby zorganizować taką imprezę potrzeba dużo oszczędności i pracy – obchody trwają 2 dni. Zaczynają się w piątek a kończą w sobotę wieczorem. 

Wszystko odbywa się w okrągłym domu, gdzie po jednej stronie siedzą kobiety a po drugiej mężczyźni. Każda osoba, która jest przestawiana przodkom musi mieć swoje zwierzę, które będzie złożone w ofierze. Mój mąż miał woła i owce, moje dzieci kozy, a ja owcę. Podczas ceremonii jest palona suszona szałwia tak, aby powstał dym. Potem głowa rodziny mówi do przodków. W naszym przypadku był to najstarszy brat mojego męża, który opowiadał przodkom o naszej rodzinie i prosił żeby chronili nas od złego. Ja z dziećmi siedziałam na dywanie z trawy. Małe zwierzęta zostały zabite w środku. Ja i dzieci mogliśmy wyjść, aby tego nie oglądać. 

Zachowuje się żółć i kawałek wątroby z każdego zwierzaka. Na zdjęciach możecie zobaczyć nadmuchany woreczek żółciowy doczepiony do guzika mojej bluzki – oznacza on, że poświęcone zwierzę zostało zaakceptowane. Aby rytuał mógł się dopełnić, trzeba się napić żółci swojego zwierzęcia i zjeść kawałek wątroby. Reszta żółci jest kropiona na ręce i nogi, a tego wieczoru nie można się myć.

Podczas ceremonii serce waliło mi jak młotem, ale musiałam podtrzymać honor białych kobiet. My też jesteśmy waleczne i odważne. Żółć jest naprawdę gorzka! Wątroba nawet nie wiem jak smakuje, bo ten mały kawałek połknęłam. Na drugi dzień dostaliśmy bransoletki ze skóry naszych zwierzaków nazywane isiphandla. One oznaczają, że było się w kontakcie z przodkami. Nie wolno tych bransoletek przecinać albo próbować zdjąć, to one same mają odpaść. Kiedy to się stanie powinny zostać spalone w okrągłym domu. 

Na zdjęciu widać bransoletki isiphandla i woreczek żółciowy na bluzce Justyny

Ja nosiłam swoje bransoletki przez 3 miesiące. W końcu teściowa powiedziała mi, że mogę już je zdjąć, bo noszę je przez długi czas. Kiedy bransoletka była sucha to wcale mi nie przeszkadzała. Najgorsze było, kiedy skóra zaczęła cuchnąć. Lokalne kobiety poradziły mi żeby smarować je octem. Po dwóch dniach już nie było problemów. Muszę wam przyznać, że tymi bransoletkami budziłam zainteresowanie ludzi, którzy mnie nie znali. Nie wierzyli mi, że jestem makoti.

7. Opowiedz nam o Margate, gdzie mieszkasz i o prowincji KwaZulu-Natal

Patrzcie, jak zielono w KZN

Kiedyś mieszkaliśmy na wsi, w Umzimkhulu. Aktualnie żyjemy w Margate. To małe miasteczko na południowym wybrzeżu, często odwiedzane przez turystów. Mieszkamy tutaj od stycznia i już się zadomowiliśmy.

Latem bywało ciężko z powodu upałów (przypis Magdy – styczeń to lato w RPA). Czasami wilgotność była tak wysoka, że pranie nie schło mimo 40 stopni. Musiałam wszystko prać po raz drugi bo zaczynało butwieć.

Prowincja KwaZulu Natal jest znana z plaż, Gór Smoczych i sawanny. Kilka tygodni temu nasza prowincja bardzo ucierpiała z powodu powodzi. Setki domów zniszczonych, setki ludzi straciło życie. Osobiście nie byłam dotknięta powodzią, ale moje dzieci nie chodziły do szkoły, a drogi były zalane. Takiego deszczu nigdy nie widziałam, padało non stop przez 5 dni z różnym natężeniem.

Jednej nocy nie mogłam spać, bo martwiłam się o nasze bezpieczeństwo. Mieszkamy na parterze i już rozmawiałam z sąsiadka czy będziemy mogli się u niej schronić, jeśli nas zaleje. Spakowałam nawet torbę z najważniejszymi rzeczami.

8. Za co najbardziej cenisz RPA?

Wszystkie dzieci Justyny razem

Najbardziej cenię to, że tu w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi u boku mojego męża! Piękno tego kraju zapiera dech w piersiach. Uwielbiam siedzieć na ławce i patrzeć na fale ocean. Prawie każdego dnia idziemy spacerkiem na plażę. Nawet mała Luna reaguje na fale i jest nimi niesamowicie podekscytowana.

9. Co Ci się najmniej tu podoba?

Najmniej podoba mi się biurokracja. Wszystko zajmuje bardzo dużo czasu i muszę mieć ogromne zapasy anielskiej cierpliwości.

Kolejna rzecz to load shedding, czyli planowe przerwy w dostawie elektryczności. RPA nie daje rady wyprodukować wystarczająco dużo prądu w związku z tym wyłączają prąd na 2,5h, czasami nawet po kilka razy dziennie!

Następną rzeczą której nie lubię jest przestępczość. Niedawno chcieli ukraść nasz samochód, gdy jechał nim mój mąż. Jest on dobrym kierowca i udało mu się uciec. (Przypis Magdy – tu chodzi o carjacking, rodzaj przestępczości w RPA, gdzie przestępcy otaczają samochód i wymuszają na kierowcy porzucenie go, często mają broń). Podczas lockdownu napadnięto na nasz sklep z bronią w ręku. Mieliśmy szczęście, bo nikt nie odniósł żadnych obrażeń. Ukradziono jedynie pieniądze i papierosy.

10. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć polskiemu czytelnikowi na temat RPA? Ten kraj kojarzy się w Polsce raczej negatywnie.

Ludzie mają głupie skojarzenia, kilkakrotnie mnie pytano jak się żyje Afryce. Takie pytanie od razu sprawia, że nie mam ochoty rozmawiać z daną osobą. Mieszkam w państwie RPA, a Afryka to kontynent!

RPA to jedno z najlepiej rozwiniętych państw na tym kontynencie. Każdy może znaleźć co lubi – góry, plaże, duże miasta, festiwale, koncerty, restauracje albo można zabrać namiot i wybrać się na prawdziwa przygodę.

Naprawdę jest w czym wybierać – najlepiej przekonać się samemu i wyrobić sobie własną opinię na temat RPA, a nie powtarzać zasłyszane historie. Podróże kształcą!

Wywiady z Polakami: Kasia z U mnie w Afryce

Dzisiaj zapraszam was na wywiad z kolejną Polką mieszkająca w RPA. Kasia pochodzi z Gdyni i ileś lat mieszkała w Warszawie. Teraz mieszka z mężem z RPA i córką w małym miasteczku, Gansbaai w mojej prowincji Przylądkowo-Zachodniej.

Jak to się stało, że zamieszkałaś w RPA?

Chyba będę mało oryginalna, ale było to love story 🙂 Akurat firma, dla której wtedy pracowałam, organizowała wyjazd do RPA jako nagroda dla najlepszych sprzedawców, a ja byłam opiekunem tej grupy. W tym samym czasie firma organizowała również wyjazd do Nowego Jorku dla innej grupy, który ja w dużej mierze przygotowywałam i liczyłam na to, że pojadę właśnie do Nowego Jorku. Więc szczerze, jak moja szefowa powiedziała mi, że jadę do RPA, to na początku byłam trochę smutna a może nawet i zła, bo jakoś nigdy o RPA nie myślałam jako o kraju, który chciałabym odwiedzić.

Tak naprawdę, to w tamtym momencie niewiele o RPA wiedziałam. Jeszcze żeby było śmieszniej, to na początku ten wyjazd miał być na Martynikę, ale miesiąc przed wyjazdem został zmieniony kierunek na RPA. Z kolei mój obecny mąż był na tym wyjeździe naszym fotografem i wideografem. I też, najpierw to firma jego kolegi miała mieć to zlecenie, ale z racji innych obowiązków i braku czasu polecili mojego męża. I tak oto dwie osoby, które nie za bardzo miały być w tym miejscu w którym były poznały się i się zakochały 🙂 Po jakichś 2 latach związku na odległość, kilku moich wizytach w RPA, jednej wizycie Lloyda w Polsce, milionie wiadomości na Whatsapp, setkach wysłanych zdjęć postanowiliśmy, że to ja przeprowadzę się do RPA i tutaj spróbujemy budować naszą przyszłość 🙂

Czy odczuwasz jakieś różnice kulturowe między sobą a Twoim mężem? Jeśli tak, jaką one grają rolę w twoim związku?

No właśnie nie bardzo 🙂 Są może jakieś małe różnice typu, że nie do końca rozumiem jak można mieć braai zamiast kolacji wigilijnej czy to, że na dworze chodzi się bez butów, ale już chodzenie w butach po domu jest ok 🙂 To tak trochę pół żartem, pół serio, ale naprawdę nie widzę jakichś różnic stricte kulturowych, które byłyby kością niezgody czy czymś, nad czym musielibyśmy pracować w naszym związku. Jedyne co czasem staje się powodem jakichś nieporozumień to język. Mimo, że ja mówię i rozumiem angielski 🙂 to czasem zdarza się, że coś inaczej odbiorę, albo powiem coś może mniej składnie i mój mąż nie odgadnie moich intencji i z tego powodu powstanie jakieś nieporozumienie. Ale generalnie mimo różnicy charakterów, to obydwoje mamy takie samo podejście do życia i chyba to trzyma nas razem 🙂 

Czy córeczka urodziła się w RPA? Jak oceniasz tutejszą opiekę zdrowotną?

Tak, Olivka urodziła się w RPA. W sumie ciąża i poród to moje takie największe zetknięcie ze służbą zdrowia, a w zasadzie to z prywatną opieką medyczną tutaj. Bo w RPA jednak większość osób, które na to stać (i które ja znam), to wybiera prywatną opiekę medyczną. Zatem tylko o takiej mogę się wypowiedzieć i uważam, że w prywatnych placówkach czy szpitalach opieka sama w sobie jest na dosyć wysokim poziomie. Jak mój mąż musiał mieć operację kolana, to praktycznie miał ją z dnia na dzień. Szpital, w którym byłam ja czy mój mąż bardzo czyściutki, co chwila ktoś sprawdzał jak się czujemy, czy czegoś nie potrzeba, całkiem przystępne jedzenie (nawet mogłam sobie wybrać co chcę zjeść) Ale … Nie do końca rozumiem ten system tutaj, bo niby płacisz za jakiś tam pakiet, ale zawsze trzeba się milion razy upewnić, czy na pewno coś co potrzebujesz zrobić będzie pokryte przez ubezpieczenie czy nie. My czasem byliśmy zaskakiwani jakimiś kosztami … Przykład: niby jest napisane, że badania krwi w czasie ciąży są w ramach mojego pakietu, a potem się okazywało, że jednak jakieś konkretne badanie, które zlecił lekarz jednak nie jest i trzeba zapłacić. Trochę to frustrujące, bo samo prywatne ubezpieczenie zdrowotne jest według mnie dość drogie.

Przypis Magdy: O prywatnej opiece medycznej możecie więcej przeczytać o nim w poście ubezpieczenie zdrowotne i te sprawy.

Co najbardziej zaskoczyło Cię w RPA?

Ojej dużo rzeczy! Chyba najbardziej to, że nie jest tu wcale tak ciepło jak myślałam 🙂 Że jest zima i czasem naprawdę trzeba się ciepło ubrać (może nie tak jak w Polsce ale jednak) i że nawet może padać śnieg. Jak zaczęłam mieszkać to zaskakiwały mnie takie małe rzeczy, że np. nie mogę znaleźć proszku do prania czarnych rzeczy, że mozzarella tutaj to raczej występuje pod postacią sera żółtego, albo że chleb to taki chleb tostowy 🙂 Z takich większych rzeczy to biurokracja czy load shedding (czyli planowe przerwy w dostawie prądu). Z takich może śmiesznych rzeczy to, że znajduję tu wiele podobieństw do Anglii jak to, że kierownica jest z innej strony, że nie ma gniazdek w łazienkach, jakieś podobne potrawy. Zaskoczeniem była też dla mnie spora społeczność Indusów, szczególnie w Durbanie. A z takich pozytywnych zaskoczeń to na pewno to, że RPA jest tak różnorodne pod względem turystycznym, że jest tyle miejsc do zwiedzenia, że jest ocean, góry, las, pustynia, ale jak pisałam, ja niewiele wiedziałam o tym kraju przed przyjazdem.

Pochodzisz z Gdyni, później mieszkałaś wiele lat w Warszawie. Jak Ci się żyje w miasteczku Gansbaai? Czy są jakieś rzeczy, których Ci brakuje?

Ja chyba jednak jestem “big city girl” i stwierdzam, że jednak trochę brakuje mi dużego miasta. Na pewno brakuje mi jakichś różnych wydarzeń społeczno-kulturalnych, tego że można sobie wyjść do kina czy wskoczyć do galerii handlowej na zakupy. Teraz mając małe dziecko brakuje mi też jakichś klubików czy zajęć dla maluchów. Ale… żyjemy sobie tutaj spokojnie, nie ma korków, nie ma tłumów (poza sezonem wakacyjnym), cisza, spokój, plaża i ocean na wyciągnięcie ręki 🙂 I oczywiście brakuje mi mojej rodziny i przyjaciół, ale to chyba taki urok życia na emigracji.

Jakie trudności napotkały Cię, gdy podjęłaś decyzję o przeprowadzce do RPA?

Na pewno kwestie wizowe. Wydawało mi się, że wszystko szybko uda się załatwić, a jednak biurokracja o której pisałam i czekanie na dokumenty trochę mnie zaskoczyło i przerosło. Trudnością jest też znalezienie pracy w RPA, szczególnie w małym miasteczku, w którym większość osób jest i mówi w Afrikaans. Ja co prawda od początku nie nastawiałam się na znalezienie pracy, bo od zawsze mieliśmy z mężem w planach naszą firmę turystyczną, jednak teraz w dobie pandemii i braku turystów jakaś praca by się przydała 🙂 Musiałam też wynająć moje mieszkanie w Warszawie i trochę mnie to stresowało, bo nigdy nie wiadomo na kogo się trafi i w razie czego ja jestem tak daleko!

Przypis Magdy: Małżonkowie mieszkańców RPA mimo że teoretycznie mają prawo do pracy, muszą mieć wizę na konkretną pracę, by pracować legalnie. Długi proces i papierologia zniechęca pracodawców do tego stopnia, że wiele miejsc zastrzega sobie, że nie zatrudni osób bez stałego pobytu lub obywateli RPA.

Prowadzicie z mężem firmę. Opowiedz trochę o waszym biznesie.

Tak, mamy firmę Overlandy Tours, która w tej chwili skupia się głównie na regionie w którym mieszkamy, czyli Overberg. Oferujemy dzienne wycieczki dla małych grup, szczególnie szlaki 4×4 (mamy samochód Land Rover Discovery 4) wzdłuż plaży, zachód słońca na plaży, lokalne winiarnie, mniej uczęszczane drogi na najdalej wysunięty na południe kraniec Afryki. Ale tak naprawdę możemy zorganizować wycieczkę po całym RPA w zależności od zainteresowań i budżetu.

Mój mąż od ponad 20 lat działa w turystyce, ma licencję przewodnika, jest wielkim pasjonatem RPA i zjeździł ten kraj wzdłuż i wszerz. Chcielibyśmy skierować ofertę do Polaków, bo jednak RPA nie jest w tej chwili popularnym kierunkiem wśród naszych (moich) rodaków. Głównie turyści są z Anglii, Niemiec, USA, więc dlaczego nie spróbować na rynku polskim? 🙂 Więc jeśli komuś z Was marzy się RPA jako kierunek wakacyjny, ale macie jakieś obawy, to śmiało możecie się z nami skontaktować, a my postaramy się dopasować plan wycieczki do Was.

Jak wpłynęła na Twoje życie pandemia? Jak oceniasz to, jak RPA sobie z nią radzi?

Pandemia zdecydowanie odbiła się na naszym biznesie i w sumie cały czas odczuwamy jej skutki. Turystyka, z której głównie żyliśmy (wcześniej prowadziliśmy także Airbnb), w zasadzie w tej chwili nie istnieje, przynajmniej w naszym regionie. Ale cały czas liczymy, że coś się zmieni, bo mamy wielkie plany i marzenia.

A jak RPA radziło sobie z pandemią … Myślę, że całkiem nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że wiele osób, które mieszka w tzw. townshipach nie ma aż takiego dostępu do służby zdrowia czy nawet do informacji. Dosyć szybko był wprowadzony całkowity lockdown. Aczkolwiek niektóre z zakazów czy obostrzeń to był jakiś absurd, jak np. zakaz sprzedaży alkoholu i papierosów… Mimo że dla mnie to nie miało większego znaczenia, bo sama nie korzystam z tych używek, to jakoś nie widziałam większego sensu, a tłumaczenia rządu, że to żeby nie blokować miejsc w szpitalach dla osób które mają jakieś wypadki właśnie po alkoholu może i było słuszne, ale co z tym mają wspólnego papierosy, poza tym, że kwitło sprzedawanie tych używek “spod lady” a ceny potrafiły wzrosnąć z R20 / 5zł do R200 / 50 zł za paczkę! Albo możliwość spaceru tylko w godzinach 6.00 – 9.00! Serio? Nie dość, że w tamtym czasie słońce wstawało dopiero po 7, to przecież oczywiste, że w tych godzinach tłumy wyjdą na spacery, a przecież ma być social distancing 🙂 Ale Polski rząd też miał kilka dość absurdalnych pomysłów, więc myślę, że generalnie każdy z krajów działał trochę po omacku bo nikt nie był gotowy na taką sytuację.

Czy myślisz, że zostaniecie w Republice Południowej Afryki na stałe?

Nie wiem, myślimy o różnych opcjach. Takim naszym marzeniem jest, żeby mieć taki biznes, który pozwoli nam na mieszkanie pół roku w Polsce, pół roku w RPA. Może nawet żeby życie dzielić między Polskę, RPA i USA, gdzie mieszka brat mojego męża. Zobaczymy, co życie przyniesie. Jak pisałam RPA nigdy nie było w moich planach, a mieszkam tutaj już 4 lata 🙂

Gdyby ktoś powiedział Ci, że chce się wyprowadzić za granicę, jakie wskazówki dałabyś takiej osobie na podstawie swoich doświadczeń?

Zorientujcie się najpierw porządnie w papierologii – jakie dokumenty są potrzebne, jaka wiza itp. Najlepiej zapisać się do jakichś grup na Facebooku dla Polaków mieszkających w danym kraju i poszukać informacji. Będzie trochę łatwiej, bo czasem ciężko uzyskać rzetelne informacje nawet z takiego źródła jak ambasada czy urząd.

Po drugie – życie w danym kraju to nie to samo, co wakacje. Nawet jeśli byliście w tym kraju na wakacjach kilkukrotnie, to nadal nie to samo. Jeśli macie możliwość to warto najpierw pomieszkać w danym miejscu kilka miesięcy żeby się przekonać, czy to na pewno miejsce dla Was. I fajnie, jakbyście najpierw mieli jakieś oszczędności, bo nie zawsze znajdziecie od razu pracę (no chyba że jedziecie akurat do pracy).

I tak na koniec, to żeby być otwartym na nową kulturę, na nowych ludzi i za bardzo nie porównywać do tego, co znacie z Polski (czy kraju w którym mieszkacie). To oczywiste, że wszędzie jest inaczej i skoro podjęliście decyzję, że chcecie tam mieszkać, to raczej nie ma sensu porównywania i wynajdywania negatywów. Mi samej się to zdarzało na początku (nawet teraz czasem się zdarza), ale widzę, że o wiele lepiej mi się żyje, jak tego nie robię.

Sporo podróżowałaś po Republice Południowej Afryki. Co najbardziej poleciłabyś polskim turystom odwiedzającym ten kraj?

Wszystko! 🙂 A tak całkiem serio, to uważam, że każda część RPA ma coś fajnego do zaoferowania. Z tych miejsc, w których byłam poleciłabym każde! Ale takie moje TOP 3 miejsca to: Pierwsze to na pewno Kapsztad i okolice jak Półwysep Przylądkowy. Serio jestem zakochana w tym mieście i żałuję, że tam nie mieszkamy. Urzekło mnie to, że w jednym mieście jest dostęp do oceanu i są góry. Góra Stołowa jest niesamowita, na tyle, że zapragnęłam wziąć tam ślub. Uwielbiam spacerować po Waterfroncie czy po Company’s Garden. Na Kapsztad na pewno trzeba by było poświęcić osobny artykuł czy wpis, a nawet cały profil.

Miejsce numer dwa to Park Krugera! Mam na tyle szczęścia, że mój mąż całkiem dobrze zna busz, sam spędził w Krugerze wiele czasu, więc jest w stanie wiele pokazać i opowiedzieć. Lubię tak sobie z nim jeździć i wypatrywać dzikie zwierzęta. Jednak to wielka satysfakcja, jak samemu “wpadnie się” na stado lwic leżących na pustej drodze i ma się ten widok tylko dla siebie 🙂

A trzecie miejsce to Wild Coast i te wszystkie małe miejscowości jak Coffee Bay, Port St Johns czy Cintsa. Uwielbiam, gdyż tutaj czuję się jakbym była w zupełnie innym miejscu. Nie jest to region zbyt popularny turystycznie, więc nie jest aż tak zagospodarowany, jest niemal “dziewiczy”. Są tu niepowtarzalne widoki, przepiękne wybrzeże i co super, mało turystów 🙂

Ale naprawdę inne miejsca w RPA też są świetne! Cała Trasa Ogrodów, Trasa Panoramiczna i Wąwóz Rzeki Blyde, Góry Smocze, obszar iSimangaliso Wetland Park. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać 🙂

Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć Polakom o RPA? O tym kraju mało się pisze po polsku, a jeśli już to raczej negatywnie.

No właśnie jest to przykre, że ogólnie w mediach jak już się mówi o RPA to jedynie porusza się negatywy i pierwsze skojarzenie Polaków jak mówię, że mieszkam w RPA to że jest niebezpiecznie. Później dochodzą pytania w stylu czy jest dostęp do lekarzy, czy szkół. A według mnie żyje się tutaj całkiem normalnie 🙂 Oczywiście, kraj ma swoje problemy i są jakieś różnice między tym co znamy z Polski a tym jak się tutaj żyje. Ale …normalnie ludzie chodzą do pracy, dzieci chodzą do szkoły, normalnie robimy zakupy w sklepie, idziemy do restauracji, spotykamy się ze znajomymi, a jak jesteśmy chorzy idziemy do lekarza. Wszystko oczywiście piszę w dużym skrócie, bo temat jest obszerny. Dlatego na swoim Instagramie staram się pokazywać normalne życie. Staram się też pokazywać, jak wiele ten kraj ma do zaoferowania pod względem turystycznym, bo chyba większości RPA kojarzy się z safari i dzikimi zwierzętami 🙂

Gdzie czytelnicy mogą się dowiedzieć więcej o Twoim życiu w Gansbaai? Prowadzisz jakieś media społecznościowe?

Na tą chwilę prowadzę profil na Instagramie @umniewafryce. W planach jest też blog, ale jakoś nie mam czasu, żeby się za niego zabrać … I oczywiście zapraszam też na profil na Instagramie naszej małej firmy @overlandytours – może kiedyś będziemy mogli zabrać Was na wakacje Waszych marzeń 🙂