Morderstwa w Krugersdorp – kult Electus per Deus

W mojej Instagramowej ankiecie publiczność zagłosowała za publikowaniem prawdziwych historii kryminalnych od czasu do czasu. W związku z tym zaczynam dziś makabryczną historią kultu Electus per Deus, który zamordował minimum 11 osób na przestrzeni lat. Chciałabym, żeby przy tej lekturze towarzyszyła wam refleksja na temat tego, że zginęli ludzie tacy jak wy i żeby nie traktować tego, ani żadnych spraw tego typu jako sensacji. Partnerki dwóch ofiar były w ciąży. To straszna tragedia, choć częścią tej tragedii jest także historia dwóch zabójców, którzy dorastali w tym kulcie i w bardzo młodym wieku stanęli na ławie oskarżonych.

Krugersdorp i kontekst zbrodni

Krugersdorp to małe miasto niedaleko Pretorii. Mieszka w niej w tej chwili ponad 450 tysięcy osób. Mniejsze miasta w RPA są trochę podobne do polskich – dość konserwatywne, dużo mieszkańców regularnie chodzi do Kościoła, a poważnych przestępstw nie ma zbyt wiele, zwłaszcza w bogatszych częściach. W związku z tym seria brutalnych morderstw w latach 2012-2016 wstrząsnęła tą społecznością.

Dodatkowo te zbrodnie wpisują się w paranoję związaną z satanizmem. Rasistowski system segregacji rasowej uznawany był za broń w walce z Szatanem i komunizmem (nie pytajcie proszę jaki to miało sens!). Pod koniec istnienia tego systemu założono specjalną jednostkę policji do walki z okultyzmem (SAPS Occult Related Crimes Unit). Ta jednostka zajmowała się też tą konkretną sprawą i skupiała się na satanistycznym aspekcie tej sprawy. Nie branie pod uwagę innych tropów sprawiło, że rozwiązanie wielu zagadek przyszło dopiero po latach.

Electus per Deus nie był wcale kultem satanistycznym tylko pokręconym kultem chrześcijańskim rzekomo walczącym z satanizmem. Mimo tego w mediach mówiono o nich jako o satanistach, podczas gdy oni wyraźnie odwoływali się do Boga i twierdził, że czynili dobro. Media nadużywały też jednej fotografii, którą możecie zobaczyć poniżej na okładce książki, pomagając w lansowaniu wizerunku kultu jako grupy satanistów.

Fala panicznego strachu przed satanizmem (tzw. satanic panic) nie była fenomenem tylko w RPA. Miała ona swoje początki w USA i rozniosła się po całym świecie. Rzeczywiście zdarzały się grupy satanistyczne, które dokonywały zbrodni, ale ta panika doprowadziła do błędnych wniosków policji, skazań i ogólnej paranoi. Jak ktoś jest koło 30 to pewnie pamięta podobne fazy w Polsce, a jak ktoś zna włoski to polecam rewelacyjny podcast – Veleno.

Kult Electus per Deus

Na górze Cecilia, na dole od lewej Cecilia, Zak, Marinda i Mikaela

Nazwa Electus per Deus oznacza “wybrani przez Boga” i taki tatuaż zrobili sobie wszyscy członkowie tego kultu. Jego skład może wasz zaskoczyć, bo kult składał się tak naprawdę tylko z 7 osób:

– Lider: Cecilia Steyn, prywatnie żona policjanta i matka dwójki dzieci

– Jej najlepsza przyjaciółka: Marinda Steyn (zbieżność nazwisk przypadkowa), nauczycielka

– Dwoje dzieci Marindy – syn, Le Roux i córka, Marcel.

– Małżeństwo, Mikeila i Zak Valentine

John Barnard

Są poszlaki, że inne osoby były powiązane z kultem, w tym dobrze ustawieni funkcjonariusze policji, ale nikomu więcej niczego nie udowodniono. Kult powstał jako odłam organizacji kościelnej Overcomers Through Christ (Zwycięzcy dzięki Jezusowi) w związku z niesnaskami między liderką tej grupy, Rią Grunewald, a Cecilią Steyn.

Cecilia Steyn i pierwsze morderstwa

Cecilia Steyn przyłączyła się do grupy Rii Grunewald “Zwycięzcy dzięki Jezusowi”, twierdząc, że jest byłą satanistką i potrzebuje pomocy, aby uwolnić się od satanistów i demonów. Cecilia twierdziła, że jest wiedźmą 42 pokolenia, że ma wiele różnych osobowości i wiele różnych innych rzeczy.
Aby pomóc Cecylii, Ria Grunewald i jej grupa zaczęli organizować spotkania, gdzie próbowali wypędzać diabła z Cecylii. Cecylia między innymi pluła sztuczną krwią i mówiła różnymi głosami, odpowiadającym jej rzekomym licznym osobowościom. Wiele nagrań można zobaczyć w serialu Devilsdorp (Miasto diabła – nazwa Devilsdorp to gra słów, w Afrikaans dorp oznacza miasto, a Krugersdorp to miejsce tych wydarzeń).

Nie mam pojęcia czemu ci ludzie w to wszystko wierzyli, ale tak się wczuli, że Ria napisała z pomocą Cecylii materiały instruktażowe na kurs o szatanie, “Znaj swojego wroga“. Niestety dla Rii, kobieta zaczęła czuć się przytłoczona wymaganiami Cecylii. Uznała też, że jej grupa idzie w złym kierunku. Kolejny kurs nad którym pracowała, skupiał się znacznie bardziej na szukaniu pomocy do walki z szatanem w Jezusie. To nie spodobało się Cecylii, bo jej wiedza i doświadczenia nie były już potrzebne. Ria zaczęła odsuwać się od Cecylii, a Cecylia przeszła do gróźb. Groźby przerodziły się w podkładanie bomb, a te w morderstwa. Wszystko tylko po to, aby ukarać Rię za rozłam w grupie.

Cecylia nie działała sama, poza nią inni członkowie grupy przyłączyli się do jej działań. Byli nimi młode małżeństwo Mikeila i Zak Valentine oraz Marinda i jej wtedy zaledwie nastoletnie dzieci. Cecylia wmówiła im, że bliska przyjaciółka Grunewald, Natacha Burger, spowodowała śmierć wielu dzieci nieodpowiednimi modlitwami. W związku z tym państwo Valentinowie zabili Natachę i jej sąsiadkę, którą wykorzystali do otrzymania dostępu do głównej ofiary. Zabójcy byli brutalni i zaszlachtowali obydwie ofiary nożem.

Następną ofiarą był inny bliski przyjaciel Rii, pastor Reginald Bendixon. Cecylia uważała, że przyczynił się on do rozpadu jej przyjaźni z Rią. Tym razem to Zak Valentine i Marinda Steyn zabili pastora siekierą. W zeznaniach wiele lat później Marinda miała jedynie pozytywne wspomnienia tej zbrodni. Jedyną osobą, której nie podobały się te działania była Mikaela, żona Zaka. Kobieta chciała uciec od grupy, szukała też pomocy prawnej. W związku z tym grupa uznała, że trzeba jej się było pozbyć.

Marinda przyprowadziła swoją 14-letnią córką Marcel na miejsce zbrodni. Śmierć Mikaeli była dobrze zaplanowana. Zak dosypał środki usypiające do kawy żony, aby ułatwić Marindzie zadanie. Sam natomiast był gdzie indziej, aby mieć gotowe alibi. Nastoletnia Marcel nie chciała pomóc w zabójstwie kogoś, kto był dla niej jak członek rodziny. Matka ją jednak do tego zmusiła i zgodnie z zeznaniami dziewczynka dźgnęła Mikaelę nożem raz, następnie powiedziała, że nóż nie działa i uciekła. Marinda nie miała skrupułów. To zabójstwo, jak wszystkie inne, było wyjątkowo brutalne. Nawet policjanci śledczy byli zszokowani tym, co zobaczyli.

Opłaty członków kultu i problemy finansowe

Cecilia twierdziła, że potrzebowała pieniędzy na ratowanie dzieci osieroconych przez satanistów. Dzieci te miały mieszkać w tajnym sierocińcu w lesie gdzieś w USA z dala od szponów satanizmu i okultyzmu. Cecilia pobierała pieniądze od członków swojego kultu w zależności od ich możliwości finansowych. Zak był bogaty i dobrze zarabiał, więc łącznie wsparł ją 2 milionami randów (ponad pół miliona złotych). Miranda była samotną matką dwójki dzieci i nauczycielką, więc dokładała się mniej.

W 2016 roku Zak postanowił rzucić pracę i założyć własny biznes. W związku z tym Cecylia potrzebowała nowego źródła pieniędzy “na sierociniec” i namówiła członków kultu na kolejną zbrodnię. Nowy członek, John Barnard pracował dla bardzo zamożnego małżeństwa Meyerów. Zorganizował on spotkanie między członkami kultu, a Meyerami. Pod pretekstem owego spotkania biznesowego Electus per Deus dostali się do domu Meyerów, wyłudzili od nich pieniądze, a następnie ich zabili. Olbrzymi dom Meyerów do dziś stoi pusty, bo nikt nie chce go kupić nawet za połowę ceny.

Gdzie jest Zak?

W tym samym roku w płonącym samochodzie zginął Zak Valentine. Ciało zidentyfikował nikt inny jak członek kultu, Marinda Steyn. Jak się okazało Cecilia była główną spadkobierczynią i szybko upomniała się o wypłacenie polisy ubezpieczeniowej w wysokości 3,5 miliona randów (około 920 milionów złotych). Na nieszczęście Cecilii, przedstawiciel ubezpieczyciela szybko zorientował się, że coś było nie tak.
Okazało się, że kobieta reaktywowała polisę zaraz przed śmiercią Zaka wpłatą pieniędzy ze swojego konta. Podczas wywiadu z przedstawicielem ubezpieczeniowym zachowywała się bardzo podejrzanie, unikając odpowiedzi na niektóre pytania, a na inne odpowiadając z nadmiernym entuzjazmem (nagranie wywiadu też można zobaczyć w serialu).

Co się stało z Zakiem? Czy Cecylia zabiła go, bo nagle i jemu odwidziało się mordowanie dla kultu? Odpowiedź wyszła na jaw latem tego samego roku, kiedy to Zak Valentine został odnaleziony cały i zdrowy w miasteczku, w którym mieszkał większość życia. Zmienił tożsamość i szybko okazało się, że jego upozorowana śmierć była kolejnym pomysłem Cecylii. Zwłoki zidentyfikowane jako Zak należały do Jaroda Jacksona. Ten ostatni był człowiekiem w dołku życiowym, który szybko zaufał pozornie pomocnym i sympatycznym członkom Electus per Deus. Nie mógł wiedzieć, że od samego początku znajomości był dla nich jedynie ciałem, którego potrzebowali do swojej kolejnej zbrodni. Tym razem morderstwa dokonał syn Cecylii, Le Roux. Jackson pozostawił po sobie partnerkę w ciąży.

Morderstwa na spotkaniach – Appointment Murders

Podczas gdy Zak udawał martwego i był zajęty budowaniem nowej tożsamości pozostali członkowie Electus per Deus dalej zabijali. Trzy morderstwa, których dokonali w 2016 wstrząsnęły miasteczkiem Krugersdorp. Modus operandi był taki, że członkowie grupy umawiali się na spotkanie z kimś świadczącym usługi, wyłudzali od niego pieniądze, a następnie go zabijali. Możecie domyślać się, jaka panika zaczęła panować w miejscu, które cechuje duże zaufanie społeczne. Ludzie niezależnie od zawodu bali się brać nowych klientów.

W taki właśnie sposób zginęli doradca podatkowy, Anthony Scolefield, broker ubezpieczeniowy, Kevin McAlpin i sprzedawczyni nieruchomości, Hanlé Lategan. Żona Kevina McAlpina była w zaawansowanej ciąży, gdy zabito jej męża. Jedynym szczęśliwym wypadkiem w całej tej historii było to, że mordercy popełnili wielki błąd. Kamery przy bankomatach nagrały osoby, które wyciągały pieniądze z kart ofiar. Byli nimi Marcel i Le Roux Steyn, czyli dzieci Marindy.

Aresztowanie członków kultu i rozprawa sądowa

Po prawej w rogu, Marcel

Po aresztowaniu Zaka Valentine’a i zdobyciu nagrań z bankomatów policja szybko zaczęła łączyć fakty, choć długo trwało zanim kultowi przypisano wszystkie zabójstwa. Biorąc pod uwagę ich brak aktywności przez kilka lat, podejrzewa się, że ofiar było znacznie więcej. Były zbrodnie, które nosiły znamiona podobieństwa, ale niczego innego nie dano rady im udowodnić.

Prowadzenia sprawy nie ułatwiało zachowanie członków kultu. Le Roux Steyn zdecydował się współpracować z policją, gdy po jego aresztowaniu dowiedział się, że matka wydziedziczyła jego i siostrę, a spadkobierczynią uczyniła Cecilię. Cecylia zaprzeczała jakiemukolwiek udziałowi w zbrodniach, podczas gdy Marinda i Marcel umówiły się by wziąć całą winę na siebie. W rezultacie Marcel wyznała prawdę o udziale Cecilii dopiero pod sam koniec rozprawy sądowej. Pomogło to udowodnić winę pozostałych członków kultu, ale nie wpłynęło na złagodzenie kary. Marcel po zmianie zeznań poprosiła o przeniesienie do innego zakładu karnego niż jej matka i Cecylia, bo bała się o swoje życie.

Członkowie kultu otrzymali następujące wyroki:

– Cecilia Steyn, Marcel Steyn i Zak Valentine zostali skazani na dożywocie 28 razy (w RPA dopuszcza się wielokrotne dożywocie za wyjątkowo okrutne zbrodnie)

– Marinda Steyn została skazana na dożywocie 11 razy

– Le Roux Steyna skazano na 35 lat, z czego 10 w zawieszeniu ze względu na to, że współpracował z sądem

– John Barnard został skazany na 20 lat więzienia

Wyrok Marcel

Myślę, że biorąc pod uwagę jak okrutne były te zbrodnie nikt nie dziwi się surowemu wyrokowi. Dziwi mnie trochę, że Marinda dostała “łagodniejszy” wyrok niż inni. Podczas rozprawy lubowała się w opisywaniu przepisów zbrodni. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia ani w stosunku do ofiar ani w stosunku do swoich dzieci, z których przecież zrobiła morderców. Ta kobieta przez lata uczyła w szkole, a potem okazało się, że w jednej z klas trzymała amunicję. W głowie mi się to nie mieści.

Tym bardziej nie rozumiem, jakim cudem jej córka dostała cięższy wyrok od matki. Kurator i obrona prosili o wzięcie pod uwagę okoliczności łagodzących. Marcel miała do czynienia z Cecilią od 10 roku życia. Cecylia między innymi straszyła ją jedną ze swoich osobowości, która miała mieszkać w misiu dziewczynki i obserwować wszystko, co ta robiła. Była świadkiem brutalnego morderstwa w wieku 14 lat i własna matka namawiała ją, by się do niego przełożyła. Dowody pokazują jasno, że Marcel nie chciała tego robić.

Rzeczywiście nie współpracowała z sądem, ale jak wskazywano podczas procesu panicznie bała się Cecylii. Wszystkie trzy kobiety przebywały w tym samy więzieniu. Właśnie dlatego, gdy Marcel zdecydowała się zeznawać w ostatniej chwili, poprosiła o ochronę. Było jasne, że miała okropne wyrzuty sumienia i chęć poprawy. Oczywiście nie przywróciłoby to zmarłym życia, ale czy ktoś, kto dorastał w takich okolicznościach naprawdę zasługuje, żeby spędzić całe życie za kratkami? Jej działania wynikały przede wszystkim z toksycznego środowiska. W momencie wydania wyroku Marcel miała 19 lat. Mimo tych faktów zdaniem sądu taki sam wyrok dla niej i dla Cecilii był uzasadniony.

Dziennikarka zakochana w mordercy

Jakby ta cała sprawa nie była jeszcze wystarczająco dziwna, to dziennikarka sądowa, Marizka Coetzer zakochała się w Le Roux. Kobieta była mężatka, gdy zaczęła pisać o sprawie, ale ponoć zakochała się po uszy w mordercy, o którego sprawie pisała. Szybko okazało się, że ze wzajemnością. Para zaczęła swój związek, gdy Le Roux już siedział za kratkami. Dziennikarka straciła pracę, gdy związek wyszedł na jaw. Jej rodzina i przyjaciele oczywiście nie akceptowali związku.

Czy Marizka będzie czekać na Le Roux, gdy ten wyjdzie za prawie dwie dekady z więzienia? Nie. Jak wiele innych par i dla tej pandemia okazała się być przeszkodą nie do pokonania. Brak wizyt i inne powody sprawiły, że rozstali się w 2020. Marizka poznała kogoś nowego. Na szczęście zanim to się stało, zdążyła napisać dwie książki – jedną na temat morderstw w Krugersdorp i kolejną na temat swojego związku z Le Roux.

Aż człowiekiem trzącha

Powiem wam, że jak oglądałam serial na temat tych zbrodni to aż mną trząchało, zwłaszcza jak były fragmenty rozprawy. Najstraszniejsza była oczywiście Cecilia, która szła w zaparte podczas całego procesu. Ostatnie ofiary były mordowane w jej mieszkaniu, w miejscu gdzie potem spała. Jeden z psychologów wypowiadający się na ten temat, mówił, że większość morderców nigdy nie zabiłaby tam, gdzie śpi. Gdy nie mordowała, kobieta prowadziła też stosunkowo normalne życie jako matka. Z mężem podobno miała niewiele wspólnego mimo że oficjalnie razem mieszkali.

Przerażające jest też dla mnie to, co było motywem tych morderstw i to całe bezsensowne okrucieństwo. Nie mam pojęcia, jak Cecilia przekonała ludzi, by robili to, co robili. Jej historie od początku były całkowicie nieprawdopodobne i ciężko uwierzyć, że ktoś się na to wszystko nabrał. Może poza Marcel i Le Roux, którzy przecież poznali ją jako dzieci. Jeśli macie dostęp to naprawdę polecam wam serial Devilsdorp. A jak macie jakieś pytania to proszę w komentarzach.

Niebezpieczne i/albo straszne stwory RPA

Tak, tak, jestem wegetarianką i kocham zwierzaczki. Ogólnie nie zabiję nic poza komarem i nawet pająki wyganiam. Mimo to, moje uczucia w stosunku do pewnych istot są nie takie wcale ciepłe! W RPA spotykam ich więcej niż w Polsce, ale w mieście wcale nie widać ich na szczęście często. Niektóre z nich są niebezpieczne, a inne tylko straszne. Zapraszam do lektury, akturat na Halloween 😉

Pająki

Całe życie bardzo boję się pająków choć od wielu lat nad tą fobią pracuję. Praca, pracą, jednak jak wam przyjdzie Aragog albo inna Szeloba na ganek, tak jak mi się zdarzyło kilka dni temu to mam bardzo silną reakcję lękową, nad którą nie umiem zapanować. Powiem wam bowiem sekret na temat dużych pająków (ten z mojego ganku był wielkości ręki! ;() – one walczą. Tak walczą! Jak chcecie je uprzejmie wyprosić to się denerwują i zaczynają biegać dookoła w amoku ewentualnie atakować was swoimi wielkimi włochatymi nożyskami. Ziomek albo ziomalka, z mojego ganku to pająk w wyglądzie podobny do tarantuli. Nazywa się wolf spider (wałęsak zwyczajny) i jest pierwszy raz się z nim spotkałam. Ten gatunek pająka gryzie niechętnie i niegroźnie, ale kogo to obchodzi, skoro wygląda jak wygląda.

Kilkakrotnie już wpadłam na rain spider, czyli pająka łowcę. To jest ten sam typ pająka co australijskie huntsmany i potrafią być OLBRZYMIE. Jak pierwszy raz zobaczyłam to COŚ w rzeczywistości to aż się musiałam uszczypnąć, że to nie sen czy raczej koszmar. Tak jak poprzednie strasznie wyglądające ziomki, te pająki są niegroźne, choć jeśli was ugryzą ugryzienie może zaboleć. Mówi się, że zawsze chodzą parami i jak znajdziecie jednego to będzie i drugi. Tak samo mówi się, że częściej znajduje się je po deszczu stąd popularna nazwa rain spider, czyli pająk deszczowy.

Jak widzicie te dwa pająki się sporo różnią. Ten pierwszy ma sporą dupkę, a ten drugi długie nogi. Jak już mówimy o długich nogach, to opowiem wam o takim pająku, z rodziny nasosznikowatych, co się często widzi w polskich domach. Tu się na nie mówi daddy long legs i nawet ja się nauczyłam je olewać, bo jak się wyjeżdża za miasto to zawsze jakieś są w zakwaterowaniu. Nie gryzą i zwykle siedzą, gdzie siedzą.

No i ostatni z niegroźnych, ale strasznie wyglądających pająków to golden orb spider. To jest pająk z rodziny prządkowatych, ale nie mogę znaleźć polskiej nazwy. Znowu gryzie boleśnie, acz niechętnie. Widziałam go kilkakrotnie w mojej prowincji, a także w prowincji KwaZulu-Natal. Ten na zdjęciu poniżej był w wynajmowanym domku na wakacjach rodzinnych. Moja teściowa je powynosiła z dala ode mnie! Jak się przypatrzycie to ma włoski na tych olbrzymich nogach…

Z niebezpiecznych pająków dwa wyglądają zupełnie niegroźnie. Nazywają się black button spiders i brown button spiders (niestety nie znalazłam polskiej nazwy). Są małe, ale gryzą bardzo boleśnie, a jak ukąsi wasz czarny kuzyn to trzeba natychmiast jechać do szpitala, bo mogą być nawet problemy z oddychaniem.

Do tego dochodzi jeszcze pustelnik brunatny (violin spider). Nie wygląda groźnie, ale może spowodować rozległą martwicę tkanek. Jest to jednak rzadki pająk, ucieka od ludzi i nie ma pajęczyn. Jak nie będziecie zaglądać pod kamienie to raczej go nie spotkacie, a i o ugryzienie trzeba się postarać. ALE znajoma znajomej olała ugryzienie i od iluś lat ma niegojącą się i śmierdzącą ranę na nodze…

Jest jeszcze baboon spider, czyli typ ptasznika. Odpukać w niemalowane, nie widziałam go i mam nadzieję, że go nigdy nie zobaczę. Ukąszenie jest śmiertelne dla 20% psów, ale u ludzi powoduje tylko od 10 do 40 godzin potwornego bólu.

Ogólnie naprawdę pająków nie spotyka się bardzo często chyba, że naprawdę pojedziecie na jakieś pustkowie. Jeśli was coś ukąsi zgłoście się jednak do lekarza. Nawet ugryzienia niegroźnych pająków mogą się paprać, puchnąć czy powodować np. zawroty głowy. Wszystko zależy od reakcji waszego organizmu.

Węże

O wężach nie będę się rozpisywać, bo spotyka się je jeszcze rzadziej niż pająki. Widziałam na wolności 3 czy 4 i zdecydowaną większość na pokazach czy w terrarium. Pamiętajcie, że piszę to jako osoba, która sporo wyjeżdża poza miasto i lubi chodzić po górach.

Jeśli tu przyjedziecie standardem jest w ulotkach informacyjnych mówić o tym, jakie węże występują w danym regionie. Z kolei zatrzymując się na safari możecie liczyć na pomoc obsługi hotelowej, jeśli coś wam się przypałęta do pokoju. Rocznie w całym RPA od ukąszeń węży ginie zaledwie 11 osób.

Złota zasada z wężami jest taka, żeby nie zbaczać ze ścieżki na trasach wspinaczkowych i uważać, gdzie się wsadza ręce, na skałkach, zwłaszcza, kiedy jest gorąco. Węże lubią się wygrzewać na słońcu, ale ogólnie nie przepadają za ludźmi. Jeśli jakiegoś spotkacie poczekajcie, aż sobie pójdzie. Nie szturchajcie go i nie prowokujcie.

Jednym z najniebezpieczniejszych węży jest żmija sykliwa. Zabija ona około 15% osób, które ugryzie, jeśli nie otrzymają one pomocy lekarskiej. Ja miałam nieprzyjemną sytuację z tą żmiją, bo zaczepił ją nasz pies. Pies zapłakał, żmija uciekła, a my do dziś nie wiemy czy go ugryzła tzw. suchym ugryzieniem czy wcale nie trafiła, a pies się po prostu przestraszył. Zwierzętom niestety nie podaje się surowicy, więc czekaliśmy u weterynarza na to czy będą efekty ugryzienia czy nie.

O kobrach słyszałam tylko historie od kilku znajomych, ale tak, mamy kobry. W mojej prowincji jest na przykład kobra przylądkowa (Cape Cobra). Jej jad może zabić w ciągu godziny, ale może też nie. Wszystko zależy od wielu czynników jak przy każdym ugryzieniu węża – czy wąż wbił zęby prosto w skórę czy była jakaś ochrona skóry, czy wbiły się obydwa zęby, czy to może było suche ugryzienie…

Więc zanim się zaczniecie bać trzeba pamiętać, że najpierw węża musicie spotkać, potem mieć tego pecha, że was zaatakuje, potem, że trafi w miejsce, które nie jest zakryte w żaden sposób, no a nawet potem dochodzą różne czynniki, takie jak ile weszło w was jadu i jak sami na to zareagujecie. Ogólnie, nie bójcie żaby.

Następny wąż to dysfolid albo boomslang. Bardzo uroczy typek, który mieszka na drzewach. Jest nieśmiały, więc rzadko gryzie, chyba że ktoś probuje go złapać albo zabić. Nie próbujcie!

No i na koniec chciałam wam powiedzieć, że mamy mamby. Mamy też najniebezpieczniejszego i najszybszego węża w Afryce, czarną mambę. Tutaj nie mam nic fajnego do powiedzenia, jest masa strasznych historii o ludziach umierających od jej ugryzienia albo prawie umierających. Najważniejsza jest szybka reakcja i szukanie pomocy lekarskiej.

W RPA standardem jest też podawanie numerów do odpowiednich służb w zakwaterowaniu w głuszy. Jeśli widzicie węża należy do takich służb zadzwonić, zwłaszcza jeśli rozpoznacie któryś z niebezpiecznych gatunków.

Jeszcze raz przypominam, że na wakacjach raczej ich nie spotkacie. Moja teściowa przeżyła 18 lat na afrykańskiej farmie pośród niczego i między innymi wyciągnęła swojego małego psa z gardła węża. Można? Można!

Karaluchy

Karaluchy w RPA są duże i do tego potrafią latać. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. To czy się je często spotyka to zależy od tego, gdzie mieszkacie. Ja niestety miałam wielokrotnie przyjemność się z nimi spotkać. Zabić takiego szkoda, bo to jest zwierzę, ale jak człowiek wygania, to potrafi na nas polecieć… Straszne one są, nie wiem co mam wam powiedzieć! Za to nieszkodliwe. Te duże karaluchy przychodzą z dworu i nie mają nic wspólnego z waszą higieną czy czystością kuchni.

Moim zdecydowanie najgorszym wspomnienie było nadepnięcie na jednego z rano. O, co to mnie tak łaskocze? A kiedy podniosłam stopę miałam pod nią olbrzymiego karalucha. Największego widziałam jednak w restauracji i słowo honoru, odwłok był długości palca wskazującego a grubość na dwa palce. I te długaśne czułki… Ratunku!

Jeśli mieszkacie nad restauracją bardziej możecie się spodziewać mniejszych karaluchów, których bez dezynsekcji się nie pozbędziecie. Ja miałam raz straszny problem z karaluchami w dzielnicy Sea Point. Nie wiem czemu, bo naczynia zmywałyśmy, restauracji żadnej w pobliżu nie było, a latem w najgorszych upałach miałam tyle karaluchów, że spałam po znajomych ze strachu. No cóż, przynajmniej te nie latają!

Świerszcze

W Johannesburgu miałam przyjemność spotkać tzw. parktown prawn, czyli olbrzymie świerszcze czy raczej świerszczowate. Nie dość, że są duże to jeszcze skaczą wysoko i potafią wystrzelić na człowieka taką czarną maź… Do tego mogą podgryzać ubrania. Te stwory są tylko straszne i nic wam nie zrobią. I tak wam nie życzę spotkania!

Słówko na do widzenia

Nie będę wam pisać jakiś farmazonów, jak to wszystkie te obrzydlistwa są ważne dla ekosystemu, a pająki to w ogóle jedzą muchy. Ja mam takie podejście to rzeczy tego typu jak do toksycznych ludzi – życzę im jak najlepiej byle z dala ode mnie! Dajcie znać w komentarzach, jakie mieliście straszne przeżycia związane ze stworzeniami tego typu. Ja dalej mam fleshbacki od tego ostatniego pająka…

!Khwa Ttu – Centrum Dziedzictwa Ludu San

!Khwa Ttu znajduje się bardzo blisko Parku Narodowego Zachodniego Wybrzeża, o którym pisałam w zeszłym tygodniu. Jest to miejsce, którego celem jest ochrona dziedzictwa ludu San. Lud San zamieszkuje południe Afryki (m.in Botswanę, Namibię i RPA) od co najmniej 20 tysięcy lat i jest uznawany za pierwszych ludzi w tym kawałku globu.

Kim jest Lud San?

Lud San to jest umowna nazwa grupy, która wcale nie jest jednolita. Tak naprawdę mowa jest o ludach San i sami przedstawiciele wolą, żeby używać nazw poszczególnych grup, kiedy tylko to możliwe. Niektórzy przedstawiciele tych grup wolą wspólny termin Buszmeni, ale ten z kolei przez niektórych uznawanych za obraźliwy i tak samo jest z nazwą San. W mojej prowincji najczęściej słychać termin Khoisan, choć San też jest uznawany za poprawny politycznie w RPA.

Dlaczego to jest wszystko takie skomplikowane? No dlatego, że dopóki nie przyszły granice państw wyznaczone podczas kolonizacji i białego człowieka, który w nosie miał przynależności grupowe, te ludy prowadziły tryb pół osiadły i przemieszczały się po całym terenie południowej Afryki. To umowne nazewnictwo określa grupę, która wyróżniała się od dwóch innych grup rdzennej ludności południowej Afryki, zajmujących się hodowlą bydła (Khoikhoi) i farmerów (BaNtu).

Ludy San miały konflikty z ludnością BaNtu, która nie chciała ich widzieć na swoich terenach. Naturalnie nie dogadywali się też z białymi kolonizatorami, którzy przybyli na te tereny w XVII wieku. W wyniku tych konfliktów i niewolnictwa, te ludy tracił tożsamości kulturowe i na masową skalę swoich przedstawicieli. Relacji z innymi grupami na pewno nie ułatwiało też to, że ludy San nie mają przywódców, ale są rządzone na zasadzie grupowego konsensusu.

Ludy San dziś

Wielu przedstawicieli tych grup “wżeniło się” w inne grupy, osiedliło się gdzieś na stałe, z desperacji próbując innego trybu życia, ale niektóre grupy mimo przeciwności losu wciąż próbują prowadzić koczowniczy tryb życia. Niestety wiele krajów afrykańskich po stuleciach kolonizacji niechętnie daje tereny kiedyś zamieszkiwane przez ludy San do ich dyspozycji. Tradycyjny styl życia San nie pasuje do życia na modłę zachodnią, a wielkie tereny potrzebne do koczownictwa to tereny niewykorzystane pod zabudowę czy inwestycje. Innymi słowy, jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.

W Bostwanie lud San od lat walczy o prawo do życia w Centralnym Rezerwacie Przyrody Kalahari, skąd najpierw zostali wyrzuceni, a dopiero potem sąd zdecydował, że było to nielegalne wysiedlenie. W RPA grupie #Khomani udało się wywalczyć swoje prawa do ziemi. Nie będę jednak RPA za bardzo chwalić, bo u mnie na dzielni Amazon buduje właśnie nowe biuro na ziemiach Khoisan, ale o tym opowiem wam innym razem.

Historia tego ludu jest bardzo przykra i kojarzy mi się z historią Pierwszych Ludzi w Kanadzie, rdzennych Amerykanów w USA czy Aborygenów w Australii. Zwróćcie uwagę, że wszystkie te grupy mają jedną nazwę, a nie mówimy wcale o jednolitych grupach. Wielu przedstawicieli ludu San dziś również cierpi z powodu strasznej biedy, alkoholizmu i innych problemów społecznych. Mówi się, że w tradycyjnej formie mogą nie przetrwać nawet kolejnego pokolenia i najprawdopodobniej całkiem dostosują się do reszty mieszkańców krajów, w których mieszkają.

Centrum Dziedzictwa Ludu San – San Heritage Centre

Wszystkie informacje, które wam podałam powyżej można zdobyć w Centrum Dziedzictwa Ludu San. To wyjątkowe miejsce, które walczy o zachowanie jak największej ilości informacji na temat tych kultur. Przewodnikami są właśnie przedstawiciele ludów San. Wycieczka jest bardzo ciekawa, ale i bardzo smutna. Nasz przewodnik opowiadał nam o grupie, która ma tylko jedną przedstawicielkę mówiącą w jej języku. Gdy umrze razem z nią umrze ten język.

W centrum jest naprawdę masa rzeczy do zrobienia i gdy odwiedzaliśmy centrum do wyboru było aż pięć wycieczek. Zawsze dostępne są minimum trzy. W związku z tym polecę wam zakwaterowanie w tym miejscu, jeśli zostaniecie na weekend, na pewno na wszystko znajdziecie czas. Do wyboru są standardowe domki dla gości albo glamping. Jest tam też bardzo fajna restauracja z zupełnie normalnymi cenami. Bardzo dokładnie wybierają produkty, tak żeby były lokalne. Dla przykładu nie kupicie tam zwykłej Coli, ale lokalny produkt colopodobny bez cukru, Cape Cola.

Trzy główne wycieczki do wyboru to Pierwsi Ludzie, Spotkania i Droga Życia San. Na wycieczce Pierwsi Ludzie dowiecie się sporo na temat historii ludzkości, mitów i wierzeń ludów San, a także znalezisk archeologicznych na temat życia pierwszych ludzi. Wycieczka Spotkania skupia się na kolonizacji i historii ludu San aż do dziś. Droga Życia San pokazuje jak ci ludzie żyją dziś na pustyni Kalahari (btw. wiecie, że ta pustynia ma 4,2/5 gwiazdek wg. Google i recenzje?).

My nie wiedzieliśmy na co się zdecydować, więc poprosiliśmy o rekomendacje i powiedziano nam, że najlepiej zacząć od Pierwszych Ludzi. Gdy odwiedzaliśmy to miejsce, każda wycieczka kosztowała 160 ZAR od osoby (44 PLN).

Wycieczka Pierwsi Ludzie

Wycieczka rozpoczyna się wizytą w budynku, gdzie poznajecie religię ludów San. Obrazy, które widzicie na zdjęciu powyżej zostały namalowane różnych artystów San. Przedstawia różne wersje wierzeń na temat powstania świata. Ludy San zazwyczaj wierzą w jednego głównego boga i pomniejsze bóstwa, w tym w postać trickstera. Przyroda, jej cykle i szacunek dla niej mają także wielkie znaczenie.

Są też interaktywne części muzeum, gdzie można dowiedzieć się więcej na temat wierzeń. Nie ma na to czasu podczas wycieczki z przewodnikiem, ale do budynku można wrócić później. Nasz przewodnik powiedział nam, że opowieści na temat bogów czy inne wierzenia są przekazywane jedynie po zapadnięciu zmroku, żeby nie kusić losu.

Twoi przodkowie pochodzą z Afryki, witaj w domu

Następnie dowiadujecie się dużo na temat odkryć archeologicznych i życia pierwszych ludzi. Wiele ważnych archeologicznych wykopalisk z tego okresu jest na terenie RPA, łącznie z licznymi naskalnymi malowidłami. Jeszcze nie miałam okazji odwiedzić żadnej z tych jaskiń, ale są one na mojej długiej liście miejsc do odwiedzenia.

Nasz przewodnik opowiadał o życiu codziennym, sztuce i sposobach zdobywania jedzenia tamtejszych ludzi. Jak to w archeologii bywa, mamy dalej wiele znaków zapytania w kwestii życia ludzi wiele tysięcy lat temu. W muzeum jest sporo eksponatów takich jak broń, sztuka czy obiekty użytku codziennego. To miejsce promuje też fajne hasło, które widziałam na innych wystawach archeologicznych w RPA: “Twoi przodkowie pochodzą z Afryki, witaj w domu.“.

Następne część wycieczki jest na zewnątrz i skupia się na poznawaniu roślin, na których polegają ludy San. Poznacie między innymi rośliny, z których można robić piwo, wino, a przede wszystkim leki i jedzenie. Dzięki tej wycieczce wiem, jak rozpoznać dziki czosnek i groszek 🙂 Wiem też jak wygląda super popularne tutaj w tej chwili buchu (wymawiajcie: buhu). Mainstream mówi, że to dobre na detoks, ale ludy San używają go na wszelkiego rodzaju zapalanie, zwłaszcza na problemy układu moczowego.

Ostatnim punktem programu jest wizyta w wiosce San, gdzie macie okazję zobaczyć jak wedle tradycji mieszkają ludy San. Głównym punktem programu jest jednak przygotowanie mięsa w tradycyjny sposób, a potem posiłek. My jesteśmy wegetarianami, więc grzecznie podziękowaliśmy. Było nam głupio, bo wszyscy byli przemili i przede wszystkim nie chcieliśmy nikogo urazić. Jakoś wybrnęliśmy i w rezultacie z wielką radością nasze mięso zjedli młodzi stażyści. Pan przewodnik za to czuł, że musi nam pokazać coś jeszcze w ramach rekompensaty i dowiedzieliśmy się, jak się rozpala się ognisko. Bardzo imponujące zdolności!

Ogólnie wycieczka była 10/10, bo centrum jest ektra, a i nasz przewodnik był sympatyczny, miał olbrzymią wiedzę i ciekawie opowiadał. Znał się nie tylko na tym, co praktykuje jego lud, ale także inne ludy San. Ja zawsze zadaję dużo pytań, a on na wszystkie potrafił bez problemu odpowiedzieć. Bardzo chciałabym wrócić do tego centrum na kolejną wycieczkę.

Przemyślenia

Przyznam, że przed odwiedzeniem tego centrum moja wiedza na temat kultury Khoisan była bardzo uboga. Ten temat przewija się, w wiadomościach i w rozmowach od czasu do czasu, ale nie zdałam sobie sprawę jak smutna i przejmująca jest historia ludów San. Od upadku apartheidu w RPA zwraca się wielką uwagę na poszanowanie różnorodności. Jednak w tej narracji wyraźnie brakuje ludów San i dopiero teraz widać ruchy w kierunku szacunku i rozpoznania potrzeb także tej grupy. Niedługo ma mieć premierę dokument “Jestem Khoisanem, nie Koloredem.“, który skupia się na tym temacie.

West Coast National Park – Park Narodowy Zachodniego Wybrzeża

Zanim zacznę o parku chciałam się pochwalić wywiadem na temat życia w RPA, którego udzieliłam Ośrodkowi Debaty Międzynarodowej w Gdańsku. To mój YouTubowy debiut – zapraszam do dawania kciuka w górę i komentowania 🙂 Okej, koniec dygresji!

Park Zachodniego Wybrzeża słynie przede wszystkim z kwiatów, które najlepiej obserwować w sekcji Postberg w sierpniu i wrześniu. A szkoda, bo ma on wiele pięknych widoków do zaoferowania nawet poza sezonem kwiatowym Co jeszcze można zobaczyć w tym parku? Dowiecie się z dzisiejszej notki!

Plan wycieczki

Teoretycznie ten park narodowy można odwiedzić podczas całodniowej wycieczki z Kapsztadu. Jest to tylko 1,5 godziny jazdy w jedną stronę. Trochę szkoda jednak nie zobaczyć innych rzeczy w tej okolicy np. nadmorskich miejscowości Yzerfontein czy Langebaan, centrum kultury San, !Khwa ttu czy prywatnego rezerwatu z safari, Buffelsfontein. Właśnie dlatego lepszym pomysłem jest zatrzymanie się w tej okolicy na weekend.

Wycieczkę warto planować biorąc pod uwagę, że park jest dość duży, więc na wizytę należy przeznaczyć mniej więcej pół dnia. Park jest otwarty od siódmej rano do siódmej wieczorem. Ma dwie bramy wjazdowe do plaży w Langebaan i zaraz obok Buffelfontein. Najlepiej wejść na stronę rezerwatu i zaplanować, co chcecie zobaczyć, żeby nie jeździć bez sensu. Pamiętajcie, że jest to rezerwat przyrody, czyli nie można zrywać kwiatów, niczego zabierać, a zwierzęta należy szanować.

Punkt informacyjny i restauracja w Geelbeek

Tutaj możecie dopytać się o wszystko, czego nie wiecie. Można przeczytać sporo na temat parku, ale też dowiedzieć się, co, gdzie i jak. Mapy, które dostajecie przy wjeździe są w miarę dobre, ale zwłaszcza mniejsze atrakcje może być ciężko znaleźć. Można też kupić tu coś do jedzenia i picia oraz znaleźć punkt obserwacji ptaków.

Budki do obserwacji ptaków

Dwie budki do obserwacji ptaków (bird hides) znajdują się niedaleko Geelbeek – jeden bezpośrednio obok, drugi około minutę jazdy stamtąd. Tutaj przyda się lornetka, bo gołym okiem niewiele zobaczycie. W takich budkach prosi się też o zachowanie ciszy i są specjalne “korytarze” wyciszające, zanim do takiej wejdziecie. Wszystko po to, żeby nie zakłócać spokoju zwierząt. Moim skromnym zdaniem najfajniejsze są flamingi i strusie, ale w parku jest ponad 100 gatunków ptaków.

Punkty widokowy Seeberg

Zaraz przy wjeździe do parku narodowego od strony Langebaan, jest punkt widokowy Seeberg. Daje on najlepsze widoki na cały rezerwat, w tym na lagunę. Dodatkowo w sezonie kwiatowym można w tym miejscu zobaczyć piękne kwiaty. Jest tam też maleńki domek z muzeum na temat tego miejsca. Do tego punktu widokowego można dojść pieszo, dojechać na rowerze górskim albo samochodem. Jeśli robicie to ostatnie bardzo uważajcie na zwierzęta przechodzące przez drogę, zwłaszcza żółwie.

Kwiaty w Postberg

Pamiętajcie, że ten kawałek parku jest otwarty tylko w sierpniu i wrześniu. Ludzie najczęściej robią tu rundkę samochodem, robią sobie kilka fotek z kwiatami i jadą dalej. Kwiaty są tu wyjątkowo piękne i jest to uważane za najlepsze miejsce, aby je podziwiać wiosną. Najlepsze nie oznacza, że jedyne. Jeśli przegapiliście te dwa miesiące w lipcu czy październiku też znajdziecie kwiaty w całym parku, a zwłaszcza w punkcie widokowym powyżej.

Piknik i wieloryby w Tsaarbank

Jeśli macie ze sobą lornetki z plaży w Tsaarbank można zobaczyć wieloryby w sierpniu i wrześniu. W tej części parku narodowego ludzie organizują sobie też pikniki.

Trekking i kolarstwo górskie

W parku jest ileś tras trekkingowych i szlaków dla kolarzy górskich. Niektóre można zacząć, kiedy się chce, ale niektóre szlaki wymagają nocowania w parku. Odsyłałam już do strony internetowej parku, ale właśnie tam jest najwięcej informacji. Dodatkowo jeśli wynajmiecie zakwaterowanie w okolicy niemal na bank znajdziecie tam folder informacyjny na temat parku.

Szlak Eve’s Footprint

Ten szlak to 30 kilometrów do przejścia w 2,5 dni. Dobra wiadomość jest taka, że jest to tzw. slackpacking. Oznacza to, że macie przewodnika, wasze rzeczy trafiają z miejsca na miejsce bez waszego udziału i jedzenie też jest ogarnięte. Zainteresowani? Tutaj znajdziecie więcej informacji na ten temat.

Sporty wodne

Ten park narodowy jest wokół zatoki, więc w niektórych miejscach dozwolone są sporty wodne typu kajakowanie, kitesurfing, surfing czy po prostu pływanie. Zaraz przed wjazdem do parku do strony Langebaan jest miejsce, gdzie można wypożyczyć różne sprzęty.

Zakwaterowanie

Powiedziałabym, że takie zakwaterowanie w parku narodowym to dla prawdziwych wielbicieli przyrody. Ja zawsze wolę poza – raz, że nie lubię być aż tak blisko przyrody za długo, a dwa, że trzeba to planować z duuuużym wyprzedzeniem. Miejsc jest mało, a amatorów takich atrakcji wielu. W tym parku jest jednak bardzo ciekawe zakwaterowanie na łódce, jeśli ktoś chciałby spróbować.

Na co uważać

To jest rezerwat przyrody i nie wszystkie zwierzęta są przyjazne. Z tych mniej fajnych są węże, skorpiony i pająki. To nie jest tak, że one są wszędzie i mimo że ja dużo łażę po górach widziałam ich przez lata zaledwie garstkę. Trzeba jednak mieć to na uwadze, bo niektóre są dość niebezpieczne. Patrzcie pod nogi jak chodzicie i nie schodźcie ze ścieżek, a wszystko będzie okej!

Jak (mi) się żyje podczas pandemii w RPA

W piątek otrzymałam moją drugą dawkę szczepionki na COVID, Pfizer. W związku z tym postanowiłam napisać podsumowanie tego jak żyje się w RPA od początku pandemii. Pandemia dalej się nie zakończyła, ale żyjemy w niej na tyle długo, że można na pewne rzeczy spojrzeć bardziej obiektywnie. Niektóre aspekty działania rządu były naprawdę fajne, inne niekoniecznie. Zapraszam do lektury!

Z czym to się je? – początki pandemii i drakoński poziom 5

Tu i poniżej – dzieła lokalnych artystów z wystawy na temat pandemii

Pandemia do RPA dotarła później niż do Europy. Pamiętam nawet jak się niektórzy łudzili, że może do nas nie przyjdzie. Ja się nie łudziłam, zamiast tego robiłam zakupy na zapas na wszelki wypadek 😀 W rezultacie nasz pacjent zero został zdiagnozowany 5 marca. Była to osoba wracająca z wakacji z Włoch. Ludzie bardzo panikowali, ja pamiętam, że sama kilka razy założyłam nie tylko maseczkę, ale i rękawiczki na zakupy 😉

Niedługo po zdiagnozowaniu pierwszych przypadków, rząd wprowadził stan klęski i lockdown na poziomie 5. Obiecano nam dwa tygodnie i znowu byli ludzie, którzy w to uwierzyli 😀 Pamiętam nawet jak oznaczali się na Instagramie w stories, że będą imprezować, jak tylko się te dwa tygodnie skończą. No chyba wystarczyło spojrzeć na to, co się działo na świecie, żeby wiedzieć, że te to ściema. No i była ściema bo na dzień przed końcem dodali nam jeszcze dwa tygodnie i trzeci gratis. Lol.

Poziom 5 to był hardkor. Można było pójść do apteki, lekarza, szpitala, weterynarza i sklepu, oczywiście w maseczce obowiązkowej i na zewnątrz i w budynkach. Wszystko inne było zamknięte. Nie można było wyjść na spacer, pobiegać ani wyprowadzić psa. Sporo ludzi aresztowano za to ostatnie, nawet jeśli ktoś był sprytny i np. wyprowadzał psa idąc po zakupy. Do tego dorzucono kontrowersyjną prohibicję alkoholową i równie kontrowersyjny zakaz sprzedaży papierosów.

Zmieniające się przepisy

Po poziomie 5 ogłoszono, że poziomy będą się zmieniać w zależności od ilości zakażeń. Razem z tym ogłoszeniem weszliśmy na poziom czwarty, kiedy niektóre osoby mogły już wrócić do pracy. Kosmetyczki, fryzjerzy i podobne serwisy dalej były niedostępne. Można było wyjść na spacer czy pobiegać, ale tylko w godzinach 6-9. Dla rządu to oznaczało większą kontrolę, ale oczywiście sprawiło, że były olbrzymie tłumy w popularnych rekreacyjnych miejscówkach rano.

Na otwarcie salonów urody i podobnych trzeba było czekać trzy miesiące. Rząd dawał pożyczki i małe zapomogi COVID-owe, niestety nieadekwatne do strat. Na sprzedaż papierosów i alkoholu pozwolono dopiero w sierpniu. Zakaz sprzedaży papierosów to była jednorazowa akcja, ale prohibicja alkoholowa ciągle przychodzi i odchodzi. Zmieniają się godziny i zasady sprzedaży – od wolnej amerykanki na poziomie 1 do kolejnej całkowitej prohibicji, gdy schodzimy na poziom 4. Poziom 5 również się nie powtórzył, odpukać w niemalowane.

Poza prohibicją w RPA cały czas jest godzina policyjna ze zmieniającymi się godzinami. Im więcej przypadków, tym wcześniej trzeba wrócić do domu, a później można wyjść. Największy problem z tym ograniczeniem jest taki, że wszystkie miejsce trzeba zamknąć najpóźniej na godzinę przed godziną policyjną. Jeśli jest ona o 21, teatr czy restauracja musi się zamknąć. W takie miejsca uderzają także ograniczenia osób oraz w przypadku gastro prohibicja.

Przy szczycie fal był dwukrotnie zakaz publicznych i prywatnych zgromadzeń na kilka tygodni. Oznaczało to, że nie można było pójść do kogoś do domu. Poza pracą można jednak było wtedy wyjść ze znajomymi do restauracji, kasyna czy kawiarni. Logika rządu była taka, że jak ktoś już musi się narażać, że złapie COVID i dołączy się do obciążenia szpitali to niech przynajmniej wspiera w tym gospodarkę.

Aktualnie właśnie skończyła się u nas trzecia fala i jesteśmy na poziomie pierwszym, czyli można prawie wszystko z zastosowaniem wymogów sanitarnych i ograniczeniach w liczbie ludzi. Cały czas trzeba jednak nosić maseczki, gdy jesteśmy poza domem, na zewnątrz też. Jedynym wyjątkiem jest kardio. Za niestosowanie się grozi grzywna albo 6 miesięcy więzienia.

Czy ludzie się stosują do obostrzeń?

I tak i nie. Z jednej strony na ulicy widać dużo ludzi bez masek, ale umówmy się do dziś już wiemy, że złapanie wirusa w takich warunkach nie jest łatwe. Policja zwykle przymyka oko, choć nie zawsze. Czasem zdarzy się ktoś, kto nakrzyczy na osobę bez maseczki. Tak samo jednak zdarza się, że ktoś powie coś komuś, kto ma maskę. No, wiadomka, co ci drudzy mówią, że to spisek i pandemii nie ma.

W budynkach ogólnie ludzie się stosują. W wielu miejscach jest zasada – nie masz maski, nie masz wstępu. Lekarze i wszystko co związane z medycyną są wyjątkowo ostrożni. Czasami w kinie widać, że ludzie zdejmują maseczki po wyłączeniu świateł, ale już w teatrze nie. W niektórych miejscach ktoś zrobi opcję na nosacza, ale to rzadkość. W restauracjach teoretycznie trzeba mieć maski, chyba że się je czy pije ale nikt się do tego nie stosuje.

Czasami ludzie łamią zasady, bo po prostu nie wiedzą, że zmienił się poziom lockdownu. Styl na Ramaphosę (nazwisko prezydenta) oznacza, że prezydent mówi około 8, że o północy zmieniają się przepisy. Jego przemówienie również jest ogłaszane tego samego dnia. Jeśli nie czekacie z wypiekami na twarzy każdy komunikat z jego strony, a raczej 1,5 roku od rozpoczęcia tej zabawy nikt tego nie robi, to łatwo przegapić zmiany.

Jeśli chodzi o godzinę policyjną to czasem ktoś trochę nagnie przepisy np. spóźni się z powrotem o pół godziny. Natomiast rzeczywiście przynajmniej w mojej okolicy jest cisza przez całą noc. Nie słychać samochodów, ani ludzi łażących po ulicy. Wiem jednak, że są organizowane nielegalne imprezy w dzielnicach przemysłowych. Jakiś czas temu było głośno o dziewczynie, która została na takiej imprezie zgwałcona. Te miejsca są zamykane na czas trwania godziny policyjnej i nie można z nich wyjść (ani przyjść). Prośbę dziewczyny o wezwanie policji lub wypuszczenie jej spełzły na niczym.

O co chodzi z tą prohibicją?

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji rządu było wprowadzenie prohibicji, zarówno pełnej jak i częściowej. Okrutnie uderza ona w olbrzymi przemysł winiarski i inne przemysły alkoholowe w RPA. Przez jakiś czas, nie można nawet było eksportować alkoholu. Jak już mówiłam to nie tak, że rząd dawał jakieś olbrzymie zapomogi. Dla przykładu znam dwoje ludzi, którzy opuścili kraj bo padł ich biznes w tej branży. Jak już wspominałam ten zakaz sprzedaży alkoholu też mocno uderzał w gastronomię.

Czym więc rząd tłumaczy takie decyzje? Po pierwsze obłożeniem szpitali. Ludzie trafiający do szpitala po bójkach pijackich czy jeździe po pijaku zdarzają się często. Dodatkowo alkohol zwiększa problem przemocy domowej, której ofiarą padają kobiety i dzieci. Jest to olbrzymi problem w RPA. Lekarze pracujący szpitalach i klinikach zgadzali się z tymi działaniami rządu. Zwykli ludzie oczywiście nie. Znajdowali oni swoje sposoby na robienie alkoholu i zaczęły braki drożdzy i…ananasów w sklepach. Mój mąż też w pewnym momencie sam robił sobie ananasowe piwo.

Utrudniony dostęp do alkoholu oczywiście nie oznaczał, że nigdzie nie można go było kupić. Bardzo popularne były ogłoszenia typu “sprzedam szklanki” i za szklankami na zdjęciu było widać butelki wina czy innego alkoholu. Dodatkowo po pierwszej prohibicji, której nikt się nie spodziewał, kolejna prohibicja uderzyła tylko w biednych. Wszystkie pijące osoby, które znam po końcu pierwszej prohibicji obkupiły się w alkohol na kilka miesięcy i na takim poziomie utrzymują swoje zapasy.

Program szczepień i antyszczepionkowcy

Protest antyszczepionkowców

W tej chwili w RPA jest tylko Pfizer i Johnson i Johnson. W niektórych miejscach można wybrać, którą się woli. Do użytku zatwierdzono też Sinovac, ale jeszcze go nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Program szczepień miał tutaj duże opóźnienie z powodów trochę niezależnych od rządu. Rząd zakupił Astra Zanecę, ale w badaniach klinicznych okazała się ona nieskuteczna na naszą lokalną odmianę koronawirusa. W związku z tym rząd ją sprzedał i musiał długo czekać na więcej Pfizera i J&J.

Na początku szczepionki dawano tzw. frontline workers, czyli głównie lekarzom i osobom pracującym w placówkach medycznych. Potem szczepiono także sektor edukacji. Dopiero później zaczęto je rozdawać zgodnie z grupami wiekowymi od najstarszej do coraz młodszych. Ja szczepiłam się jako ostatnia, bo mam mniej niż 35 lat. Do tej pory 30% społeczeństwa otrzymało co najmniej jedną dawką, choć teoretycznie każdy już miał szansę.

Punkty szczepień są ogólnodostępne i rząd naprawdę się postarał, żeby ludzie nie mieli problemu z dostępem do nich. Niestety nie wszyscy chcą się szczepić. Wśród tych osób jest podział na tych, którzy są antyszczepionkowcami, tych, którzy nie ufają tej konkretnej szczepionce albo “nie wierzą” w COVID i tych, którzy chcą poczekać albo im się po prostu nie chce.

Antyszczepionkowcy czasem organizują jakiś protest, ale póki co to nie były duże wydarzenia. Podejrzewam, że zmieni się to, jeśli ludzie będą zmuszeni do szczepienia się. Wątpiliwe jest, że rząd zdecyduje się na całkowicie obowiązkowe szczepienia, ale prawdopodobnie miejsca pracy będą mogły wymagać zaświadczeń o szczepieniu. Dla przykładu Uniwerystet w Kapsztadzie już przegłosował obowiązkowe szczepionki dla studentów i ciała pedagogicznego.

Jak pandemia wpływa na moje życie

W moim domu stres był trochę większy, bo mój mąż jest na lekach obniżających odporność w związku ze schorzeniem, na które cierpi od lat. Kiedyś nawet żartowałam, że on kolekcjonuje wirusy jak Pokemony, bo tak łatwo je łapie. Przez całą pandemię byliśmy dość ostrożni, według wskazań lekarskich. Nie wszyscy znajomi wykazywali zrozumienie i niektóre kontakty wymarły.

Nie udało mi się też polecić do Polski na wesele przyjaciółki, na którym miałam świadkować. To coś, na co czekałam mniej więcej rok, bo ważne wydarzenie i też rzadko jeżdżę do Polski. W RPA granice były zamknięte między marcem i wrześniem i dużo rodzin i par międzynarodowych zostało przez to rozdzielonych. Na pewno to “zamknięcie” nie wpłynęło na mnie dobrze psychicznie, zwłaszcza, że mój mąż wrócił do kraju na kilka dni przed zamknięciem granic.

Jeśli chodzi o pracę to na szczęście i ja i mąż pracowaliśmy zdalnie nawet przed rozpoczęciem pandemii. Niestety pandemia uderzyła w mojego największego klienta, któremu pisałam kontent. Po prostu przestał mi płacić. W związku z tym musiałam znaleźć coś na szybko, żeby nadrobić straty finansowe w wysokości 50% dochodów z dnia na dzień. Zaczęłam więc znowu uczyć języków i w 2020, miałam chyba jeden wolny weekend? Między innym kontentem, a uczeniem pracowałam mniej więcej 6,5 dni w tygodniu. My jednak zaraz przed pandemią zobowiązaliśmy się do kupna domu, który wymagał remontu i kredytu. Nie było zmiłuj!

Na szczęście po kilku miesiącach zaczęłam współpracę z nowym dużym klientem, dla którego piszę i teraz uczę tylko kilka godzin tygodniowo. Muszę jednak przyznać, że uderzyło to w moje morale, bo uczenie to coś, czym dorabiałam sobie na studiach…czyli jakieś 15 lat temu 😀 Nie hejtuje uczenia, lubię to, jestem w tym dobra, ale nie to chcę robić zawodowo. Poza tym słabiej na tym wychodzę finansowo niż na moich innych umiejętnościach.

Z przymusu spędzenia większej ilości czasu w domu znowu zaczęłam grać w gry, uczyć się intensywniej języków, pisać tego bloga i więcej działać na Instagramie. Odkopałam też kilka starych znajomości z zagranicy. No ale ogólnie to miałam dużo doła i w ogóle jakoś wyssało to ze mnie pozytywne patrzenie w przyszłość, w tym także kraju, w którym mieszkam.

Jak pandemia wpłynęła na RPA

Nie będę pisała o turystyce, bo chyba wiadomka, że leży. Turyści jacyś są, ale 70% mniej niż normalnie. RPA trafiło na czarną listę wielu krajów, ze względu na swój szczep. Mimo że teraz już ileś miesięcy u nas jest DELTA, jak wszędzie, inne kraje nie zdjęły nas z tych list. UK zrobi to dopiero w przyszłym tygodniu. W 2018 w turystyce pracowało 4,5% wszystkich zatrudnionych osób w kraju. W kraju z olbrzymim bezrobociem taki cios w ten sektor boli tym bardziej.

Inne sektory, które najbardziej ucierpiały to gastronomia, przemysł alkoholowy, a także kosmetyczki czy fryzjerzy. Ci ostatni mogą pracować, ale ludzie nie tak chętnie wydają teraz pieniądze. Wymogi pracy z domu to dla niektórych firm coś nie do ogarnięcia, często ze względu na branżę, więc po prostu pozwalniali ludzi. Leży też wynajem, bo biura porezygnowały z umów i stwiają na pracę zdalną, ludzie wyprowadzają się do tańszych miejsc, bo nie muszą dojeżdżać do pracy, a niektórzy zamieszkali z rodziną, żeby ciąć koszty.

I tak wolna administracja publiczna teraz w ogóle ledwo zipie. Znam kogoś, kto rozwodził się ponad rok, mimo że było za obupólną zgodą i bez dzieci, więc potrzebowali jedynie jednej rozprawy. Jest masa problemów przy rejestracjach narodzin, zgonów, już nawet nie wspominam o wizach. Wszystkiemu są winne zmiany poziomów i czasowe zamykanie miejsc pracy w związku z zakażeniem w miejscu pracy. Jak próbowaliśmy rejestrować kupno domu, to biuro było zamknięte mniej więcej raz na miesiąc na 10 dni, bo ktoś tam pracujący złapał COVID.

Odczuwalnie wzrosła przestępczość. Mówię o kradzieżach, włamaniach i innych rzeczach tego typu. Statystyki mówią, że wzrost jest mały, ale mam wrażenie, że ludzie jeszcze bardziej zmieniają swoje zachowania, bo czują się mniej bezpieczni. Często teraz jest mniej ludzi na ulicach i zwłaszcza wieczorem. Zamieszek w w lipcu nie da się na to zupełnie zwalić, ale frustracja pandemią była na pewno jednym z powodów. Przed nami wybory, a populistyczny i trochę straszna partia nagle ma dużo większe poparcie niż przed pandemią. Widać też dużo więcej osób bezdomnych 😦

I co teraz?

Kto to wie! Szczepionki są jedynym sposobem na normalność, a ludzie niechętnie się szczepią. Myślę, że czas pokaże. Jeśli macie jakieś pytania to zapraszam w komentarzach.

Język afrikaans i jego pomnik

W RPA jest oficjalnie 11 języków urzędowych. Nie jest jednak tajemnicą, że takim najbardziej oficjalnym jest język angielski. Używa się go w biznesie i w dużej mierze w szkolnictwie. Ciężko jest znaleźć dobrą pracę nie znając angielskiego, choć np. w mojej prowincji język afrikaans (lub afrykanerski) również może być przydatny.

W dzisiejszym poście dowiecie się trochę więcej o afrikaans, jego historii, przebrzydłym pomniku oraz czemu w kraju z dużą różnorodnością językową ten akurat język jest wciąż dość problematyczną kwestią.

Pomnik języka afrikaans

Widziałam już rzeźby upamiętniające różnorodność językową w RPA, ale o rzeźbie dla konkretnego języka słyszałam tylko jednej. Gdzieś czytałam, że to jedyna taka rzeźba na całym świecie, ale nie wiem czy to prawda. Myślę, że ta 57 metrowa budowla świetnie oddaje to, że afrikaans bierze siebie raczej na poważnie.

Pomnik języka afrikaans (Afrikaanse Taalmonument) znajduje się około godziny jazdy od Kapsztadu w miejscowości Paarl (tam gdzie brałam ślub!). Jeśli jesteście fanami Doctor Who, być może rozpoznacie go z 12 sezonu. Pomnik jest wysoki i rozległy, bardzo ciężko go sfotografować w całości. Właśnie dlatego daje wam kilka fotek i filmik gratis. Do środka można wejść, jest tam nawet fontanna.

Poza samym pomnikiem, równie subtelnym jak Pałac Kultury, jest tam maleńkie muzeum, miejsce na piknik i kilka tras wspinaczkowych. W muzeum można się między innymi dowiedzieć o tym, że afrikaans to najmłodszy afrykański język. Pochodzi od niderlandzkiego i Holendrzy nie mają problemu, żeby afrikaans zrozumieć. Podobno w drugą stronę jest już ciężej. W muzeum wspomina się też o historycznych problemach z afrikaans… No właśnie!

Problemy z afrikaans

Afrykanerzy albo Burowie to potomkowie osadników (albo kolonizatorów) pochodzenia holenderskiego. Poza Afrykanerami w RPA mamy też osadników (albo kolonizatorów) pochodzenia angielskiego. Bez wchodzenia w szczegóły historyczne od stuleci między osobami mówiącymi w afrikaans, a osobami mówiącymi po angielsku jest konflikt i żywią do siebie średnio ciepłe uczucia.

W czasie apartheidu i czasów segregacji rasowej podjęto decyzję, że nauka w kraju będzie 50% w afrikaans, a 50% po angielsku. To już samo w sobie było problematyczne, bo zupełnie ignorowano języki afrykańskie. Czarnoskórzy nauczyciele znali angielski, ale w afrikaans nie mówili wcale albo dobrze. Mimo tego w segregowanych szkołach mieli w tym języku uczyć. Ten wymóg jeszcze bardziej obniżał poziom szkolnictwa dla osób czarnoskórych.

W rezultacie ludzie mieli dość tej opresji. W 1976 w township Soweto w Johannesburgu zaczęły się protesty. Co ciekawe było to w rok po ukończeniu pomnika, o którym wspomniałam. Kulminacja protestów nastąpiła 16 lipca, kiedy to 1500 uczniów zorganizowało protest. Policja otwarła do nich ogień i zabito ponad 100 osób. Dla upamiętnienia tego wydarzenia 16 lipca to dziś święto narodowe, tzw. Dzień Młodzieży (Youth Day). Szkołom w rezultacie pozwolono wybrać język nauczania i wybranym językiem w przeważającej większości był angielski.

Angielski to przyszłościowy język nie tylko w samym RPA, ale też otwiera możliwości pracy na świecie. Dlatego dziś tak bardzo dominuje w RPA. Na szczęście teraz są też ruchy walczące o promocję języków afrykańskich, tak aby było je widać więcej w przestrzeni publicznej. Widzę np. fajne książki dla dzieci w językach afrykańskich czy nowe gazety.

Afrikaans dzisiaj

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że afrikaans to nie jest tylko język Afrykanerów. Dla koloredów, a także niektórych indusów i czarnoskórych to język ojczysty, z którym się identyfikują. Szacuje się, że na świecie mówi w tym języku ok. 17 milionów ludzi. Poza RPA, mówi się w nim też w Namibii czy w mniejszym stopniu w Botswanie, Zimbabwe i Zambii.

Dodatkowo w samym RPA są trzy różne dialekty Afrikaans. Oczywiście jest masa stereotypów między osobami mówiącymi w tych dialektach, typu śmianie się z akcentu czy ze słownictwa. Dialekt z dzielnicy klasy robotniczej Cape Flats w Kapsztadzie, czyli tzw. Kaaps or Afrikaaps powoli zaczyna uznawać się za osobny język. Ma już nawet swój pierwszy słownik. No, ale ta dzielnica i skąd się tam ludzie wzięli to jest temat na osobny post 🙂

Mimo tego zróżnicowania kwestia afrikaans dalej jest problematyczna. Stereotypowy Afrykaner nie chce i nie lubi mówić po angielsku oraz uważa, że głównym językiem w RPA powinien być afrikaans, a nie angielski. Z jednej strony podkreślam słowo stereotypowy, bo wiele osób takich nie jest. Z drugiej strony Afrykanerzy zwłaszcza w małych miejscowościach potrafią być bardzo niemili, jeśli mówi się do nich po angielsku.

Widziałam też kilka nieprzyjemnych sytuacji, gdy Afrykaner mówił w afrikaans głośniej i głośniej do osoby, która go ewidentnie nie rozumiała… albo po prostu darł się na kogoś, żeby do niego nie mówić po angielsku. Wiecie coś na zasadzie, jak mieszkasz w RPA to się naucz afrikaans! Brzmi znajomo? Trzeba pamiętać, że w RPA takie zachowanie ma bardzo negatywne konotacje zarówno historyczno, jak i rasowe.

W tej chwili na forum publicznym spory kręcą się wokół wprowadzania afrikaans np. jako drugiego języka wykładowego, podczas gdy języki afrykańskie nie mają tego przywileju. O angielski nikt się nie kłóci bo raz, że jest użyteczny, a dwa, że to wspólny język większości mieszkańców RPA niezależnie od języka ojczystego czy etniczności.

Dla przykładu trwa teraz spór z uniwersytetem UNISA, który chce nauczać tylko w afrikaans i po angielsku. Jak podkreśla partia EFF, jeśli wprowadzają afrikaans jako język wykładowy to powinni też wprowadzić języki afrykańskie. Zaledwie dla 13% społeczeństwa afrikaans to język ojczysty, podczas gdy Zulu jest takim dla 22% społeczeństwa, a Xhosa 18%. Dlaczego więc Afrikaans ma mieć ten przywilej? Już pomijając okropną historię dominacji afrikaans, obiektywnie mają rację!

Moja przygoda z afrikaans

Afrikaans jest językiem dość łatwym – ma tylko trzy czasy, masa słów jest podobnych do angielskiego. Głównym problemem są niektóre długie, często złożone słowa oraz momentami dziwna składnia. Skoro język jest łatwy dlaczego więc po mieszkaniu 10 lat w RPA dalej nie mówię w nim biegle? Zwłaszcza, że ogólnie jestem zaparta z językami i znam kilka?

Pierwszy raz za afrikaans zabrałam się po przyjeździe, gdy przygarnęła mnie grupa znajomych z pierwszym językiem afrikaans. Jak tylko sobie popili to zaczynali nadawać w afrikaans, chciałam czy nie chciałam musiałam go trochę ogarnąć. Wtedy praatałam całkiem nieźle, ale po dwóch latach towarzystwo się rozpadło. Kilka lat później miałam jednego chłopaka Afrykanera to znowu trochę przysiadłam. No i trzeci raz w lockdownie znowu spróbowałam… w rezultacie ogarnęłam dwa inne języki, a afrikaans dalej nie 😀

Sam język jest ładny, ale mam z nim złe skojarzenia. Z mojego byłego z czasem powychodziły straszne poglądy dał mi np. wykład na temat tego jak ludzie o różnych kolorach skóry nie powinny “się mieszać”, bo to tak jak mieszać dwa gatunki zwierząt i inne takie rasistowskie kwiatki. Jego rodzina też z czasem zaczęła czuć się ze mną bardziej komfortowo i dzieliła się podobnymi poglądami. Był to strasznie wykańczający psychicznie związek, bo wszystko co partner przedstawił mi na początku okazało się kłamstwem – otwartość kulturowa, stan jego finansów, zawód, wykształcenie, podejście do religii. No wszystko 😀 Jak mi się ta relacja przypomni to do dziś mnie trzącha. Afrikaans dalej mi się z nim kojarzy.

A w szerszym kontekście to mimo że Afrikaans to nie tylko język Afrykanerów, z mojego doświadczenia wynika, że tylko niektórzy Afrykanerzy mają problem z rozmawianiem z innymi po angielsku. Ci natomiast, którzy mają z tym problem często mają straszne poglądy typu biała supremacja. Rozmowa z takimi osobami to słaba motywacja. Dodatkowo zdecydowanie dominuje tu angielski i wszystko można w tym języku załatwić. Teraz moje wysiłki w afrikaans skupiają się więc głównie na próbie przebrnięcia przez ciekawą książkę w tym języku.

Czy afrikaans jest potrzebny na wakacje w RPA?

Ogólnie nie. Natomiast jeśli jedziecie do mojej prowincji Western Cape, Northern Cape albo Free State i chcecie się zapuścić poza miasto czy poza atrakcje turystyczne to na pewno może się przydać. Czego się na szybko nauczyć? Podstawowych zwrotów i liczenia, nazw jedzenia, słownictwa, jeśli macie jakieś wymagania, typu jeśli jesteście wegetarianinem. Aczkolwiek z tym ostatnim i tak będziecie mieli problem w mniejszych miejscowościach. Weganin może liczyć co najwyżej na pomidory z własnymi łzami.

Jeśli macie jakieś pytania to zapraszam do komentowania. Z czasem planuję poopowiadać o wszystkich językach w RPA.

Przepis na chakalakę

Chakalaka to potrawa południowoafrykańska, która na pewno wygrywa w konkursie na najfajniejszą nazwę. Dodatkowo chakalaka jest łatwa w przygotowaniu, smaczna i można ją jeść na różne sposoby.

W sklepach w RPA można ją znaleźć w puszce w trzech odcieniach ostrości: łagodną, średnio-ostrą i ostrą. W przepisie podam wskazówki jak osiągnąć, który efekt. Ze względu na dużą dostępność chakalaki w sklepach, rzadko przygotowuje ją się w domu. A szkoda, bo taka jest dużo lepsza!

Krótka historia chakalaki

Jak w przypadku wielu przepisów i z chakalaką nie do końca wiadomo, jak i gdzie ona powstała. Jedna z teorii mówi, że powstała w kopalniach niedaleko Johannesburga, gdzie pracownicy z Mozambiku mieszali ze sobą różne składniki z konserw, aby dodać je do papu. Pap to z kolei danie robione z gruboziarnistej mąki lub mąki kukurydzianej, bardzo popularne na kontynencie afrykańskim i znane tu pod różnymi nazwami.

Chakalaka: Składniki i inne szczegóły

Czas przygotowania: około pół godziny

Typ kuchni: wegańska

Liczba porcji: 6

Poziom trudności: łatwe



Składniki:


3 łyżki oleju

1 cebula – rozmiar zależy od tego, jak bardzo lubicie cebulę

2 małe papryczki chili – omińcie, jeśli chcecie zrobić wersję łagodną, dajcie jedną, jeśli średnio-ostrą i dwie na ostrą

2 ząbki czosnku

10-40 gramów imbiru – imbir dodaje ostrości, 10 g wystarczy, 20 to idealnie, a 40 to już jak naprawdę lubicie imbir

2 łyżki średnio-ostrego curry – curry możecie zamienić na łagodne… albo ostre

1 papryka czerwona

1 papryka zielona

1 papryka żółta

5 dużych marchewek

1 puszka krojonych pomidorów

2 łyżki koncentratu pomidorowego


1 puszka fasolki w sosie pomidorowym

Tymianek, pieprz i sól do smaku

Sposób przygotowania

1. Obierzcie marchewkę i zetrzyjcie ją na tarce. Przeciśnijcie czosnek przez praskę. Pokrójcie cieniutko papryczki chili, jeśli używacie. Pokrójcie cieniutko imbir (możecie go też zetrzeć) i wszystkie papryki.

2. Rozgrzejcie olej na patelni i wrzućcie na nią cebulę, aż zmięknie. Przełóżcie do garnka albo zostawcie, jeśli korzystacie z głębokiej patelni. Tylko pamiętajcie, że muszą tam się zmieścić wszystkie składniki!

3. Dodajcie chili, czosnek, curry, imbir, sól, pieprz i paprykę. Mieszajcie na średnim ogniu przez 5 minut.

4. Dorzućcie marchewkę. Dobrze wymieszajcie. Dodajcie koncentrat pomidorowy i pomidory. Znowu wymieszajcie.

5. Wszystko musi się gotować 5-10 minut. Mieszajcie co chwila, żeby nic nie przywarło do garnka/patelni.

6. Na koniec dorzućcie fasolkę w sosie pomidorowym i tymianek. Wymieszajcie i spróbujcie. Można dodać jeszcze sól i pieprz, a nawet imbir, wedle preferencji. Koniec.

Z czym to się je?

Przykład podania

Jak już mówiłam standardowo chakalakę je się na ciepło z papem. Dobrze też smakuje z ryżem, z ziemniakami, a nawet z chlebem. Można ją wymieszać z tymi rzeczami, albo jeść osobno jako warzywo do posiłku. Niektórzy lubią ją też na zimno.

Zachęcam też do eksperymentowania z chakalaką, bo jej przygotowanie w samym RPA bardzo się różni w zależności od miejsca. Jeśli przygotujecie coś, co można dać na insta, to pamiętajcie, żeby mnie oznaczyć #magdawrpa.

Wizyta w Karoo Desert National Botanical Garden

W Kapsztadzie jest taki mega znany ogród botaniczny Kirstenbosch, który znajduje się na każdej szanującej się liście “co zobaczyć w RPA”. Na pewno o nim kiedyś napiszę, ale dzisiaj będzie o ogrodzie, o którym naprawdę trzeba się postarać, żeby usłyszeć. Nie wiem czemu, bo jest naprawdę zajebisty.

Gdzie to? Co to?

Karoo Desert National Botanical Garden to ogród botaniczny w Worcester około 1,5 godziny jazdy od Kapsztadu. Drogę można sobie dodatkowo umilić wybierając troszkę wolniejszą trasę przez góry. Po drodze po prostu kierujecie się na Mountain Pass. Nie pożałujecie widoków!

W ogrodzie można znaleźć roślinność pustynną i półpustynną, głównie z RPA i Namibii. Ogród jest otwarty codziennie od 7 rano do 6 wieczorem. Najlepszy czas na odwiedziny to wiosna, czyli od sierpnia do października. Wtedy będziecie mieli okazje obejrzeć kwiaty w pełnym rozkwicie.

Roślinność

Znajdziecie tam wiele różnych rodzajów roślinności. Z fajniejszych rzeczy są tam różne aloesy – fajnie zobaczyć w naturze, co tak naprawdę człowiek sobie nakłada na twarz.

Spodobała mi się też roślina, która nazywa się chińskie lampiony. W RPA można znaleźć je w regionie nazywanym Małe Karoo (Little Karoo). Nazwa pochodzi od tego…że kwiaty tej rośliny wyglądają jak chińskie lampiony. Niespodzianka 😀

Wszędzie jest też masa kwiatów w różnych kolorach. Dominuje żółć, pomarańcz i biel. To typowe kwiaty na Zachodnim Wybrzeżu RPA. Podczas zwiedzania tzw. Garden Route, są jedną z głównych atrakcji. Tam czekają jednak na was tłumy, a w ogrodzie można sobie poobcować z naturą całkiem na spokojnie.

Najfajniejsze moim w zdaniem w całym ogrodzie są jednak drzewa, które wyglądają jak z innej planety. Tak się to kojarzy nie tylko mi, bo twórcy serialu HBO “Wychowane przez wilki” (obrazek 4 poniżej) kręcili sceny na innej planecie właśnie obok Kapsztadu, gdzie takie rośliny występują. Dajcie znać w komentarzach, jeśli oglądaliście ten serial! Ja bardzo czekam na drugą serię.

Widzicie drzewo przy którym stoję? Niestety nie udało się go ochronić przed wandalami. W RPA ludzie najczęściej zostawiają tagi na drzewach, skałach albo roślinach. Oczywiście są strażnicy, ale takiego dużego terenu nie ma jak uchronić przed wszystkimi.

Sam spacer po ogrodzie zajmuje koło godziny bez czytania tabliczek informacyjnych i dwie z czytaniem. Dodatkowo warto do wizyty w ogrodzie dołożyć jedną z dwóch tras wspinaczkowych na jego terenie.

Trasy wspinaczkowe

Trasy oznaczone są jako niebieska i zielona, choć mam wrażenie, że były trudniejsze niż zapowiedziano. Może dlatego, że sobie pomyślałam, e tam, ogród botaniczny, Conversy starczą. No i niby starczyły i sobie nie zrobiłam krzywdy, ale ogólnie polecam prawdziwe buty wspinaczkowe.

Trasa zielona zaczyna się całkiem niepozorną ścieżką pod górkę, ale potem jest łażenie po skałkach, a nawet sznury. Trasa niebieska to tylko wspinaczka pod górkę, bez żadnych większych atrakcji. Trasy się łączą, więc można zrobić dwie za jednym zamachem albo skrócić dłuższą trasę zieloną przechodząc na niebieską, jeśli wam się znudzi wspinaczkowanie. Trasy są oznaczona w miarę okej, ale trzeba wyglądać znaków. Niestety łatwiej znaleźć znaki informujące o tym, gdzie nie iść niż iść.

Trasa niebieska ma zdecydowanie ładniejsze widoki. Trzeba jednak wspinać się na skałki, takie jak na zdjęciu powyżej. Schodzi się z drugiej strony i są sznury do pomocy. Pamiętajcie żeby uważać, gdzie stawiacie nogi i co łapiecie. To taka ogólna dobra rada na trekking w krajach, gdzie występują różne stwory.

Na szczycie, jak widać, jest Instagramowa dziura, w której można zapozować. Tam też można chwilę odsapnąć przed wspinaniem się na kolejny szczyt jeszcze wyżej. Trasa niebieska to naprawdę dobre kardio i super widoki na otaczające ogród ze wszystkich stron góry.

Ktoś jeszcze pamięta Świat według Bundych?

Na drugim i ostatnim szczycie już jest totalny relaks i ławeczka. Dokładnie takie same ławeczki można znaleźć we wszystkich ogrodach botanicznych i na ścieżkach pod kuratelą instytutu botanicznego. Widoki z góry są naprawdę super, a do tego otacza was roślinność z ogrodu. Fauny nie widzieliśmy za dużo dopóki po powrocie do domu nie znalazłam na sobie kleszcza.

Kleszcze w RPA przenoszą coś co się nazywa gorączka kleszczowa (tick fever). Jeśli po usunięciu kleszcza macie ślad, który rośnie albo wysypkę to trzeba zgłosić się do lekarza. Zazwyczaj dostaniecie antybiotyki i będzie po krzyku. Im szybciej zauważycie kleszcza, tym większe szanse na to, że niczym was nie zarazi. Po prostu pamiętajcie, żeby sprawdzić czy aby nic nie złapaliście po każdej trasie.

Ogólnie mimo kleszcza było to super przeżycie, bo to nie jest popularne miejsce. Na trasie nie spotkaliśmy nikogo. Z drugiej strony jest to w bezpiecznej miejscowości i na terenie ogrodu botanicznego, więc nie trzeba się martwić o napady, które zdarzają się na innych odludnych trasach.

Miejsce super, ale mało znane

Naprawdę bardzo polecam wam tę miejscówkę. Szkoda, że to miejsce jest dość nieznane szerszej publiczności, bo trochę się marnuje. Nawet my kiedyś byliśmy w Worcester, gdzie znajduje się ogród, a nie dostaliśmy nawet na jego temat ulotki w punkcie informacyjnym. Jeśli kiedyś zdarzy wam się spędzić w Kapsztadzie tydzień czy dwa w sezonie kwiatowym to koniecznie odwiedźcie to miejsce.

Co lubię w ludziach w RPA

W zeszłym tygodniu marudziłam na to, co mnie wkurza w ludziach z RPA. Dzisiaj dla odmiany będę mówiła o pozytywach RPAńczyków. Tak jak z cechami negatywnymi, podkreślam, że nacechowanie emocjonalne danej cechy to kwestia subiektywna i oczywiście nic nie dotyczy wszystkich mieszkańców, a raczej ogólnych tendencji. Okej, to jedziemy!

1. Chęć pomagania

Ludzie w RPA są bardzo chętni do pomocy. Czy wam się rozkraczy samochód na drodze czy się zgubicie czy upadniecie, nie trzeba długo czekać, żeby ktoś wam się rzucił na pomoc. W codziennym życiu to naprawdę pomaga, bo nigdy nie wiecie, co wam się przydarzy. Możecie np. złamać sobie stopę w drodze na siłownię i nie być w stanie się samemu podnieść (true story!).

Oznacza to też, że ludzie chętnie dają pieniądze na szczytne cele. W 2019 aż 8 na 10 ludzi przyznało, że przekazało pieniądze na dobry cel w ciagu 12 miesięcy. Biorąc pd uwagę, że wiele osób ma trudności finansowe to naprawdę pozytywny wynik. Chęć pomagania to także organizowanie inicjatyw gdy komuś potrzebna jest pomoc – pożar, powódź czy inna mniejsza lub większa katastrofa zawsze mobilizuje społeczeństwo do zbiórek i pomocy bezprośredniej.

2. Bycie przyjaznym

Ludzie w RPA są ogólnie dużo sympatyczniejsi niż w Polsce. Oczywiście wiadomo, że czasem trafi się gbur, a urzędy to już w ogóle rządzą się własnymi prawami, ale ogólnie ludzie są mili. Na trasach wspinaczkowych standardowo mówi się cześć, ale ludzie też witają nieznajomych na spacerach. Czasami tylko się macha, czasami jest jakiś small talk.

Jeśli się na kogoś zapatrzycie albo ktoś “złapie” wasz wzrok to normalnie jedna albo dwie strony się uśmiechają. Czasami też ktoś nieznajomy wam walnie komplement tak sam z siebie (Fajny kolor włosów! / Fajna torebka! / Ale masz ładne kolczyki!), no to to już naprawdę był dla mnie wielki szok kulturowy. To nie prowadzi do żadnej rozmowy, tylko tak o. Niby nic, a może naprawdę poprawić dzień.

W pracy wita się i żegna wszystkich, nie że pojedynczo tylko formułką “Hi/Bye everyone/all!”. Jest też typowo RPAński wymysł “(Good) Mornings” na “Dzień dobry” w sumie ma sens jak się widzi dużo osób to się życzy dużo udanych poranków 😉

3. Pomysłowość

RPA nie jest super łatwym krajem do życia. Poza gospodarką, która postanawia wiele do życzenia, rząd jeszcze dokłada przepisy, które dodatkowo utrudniają ludziom życie. Przykład? Gdy na rynek wszedł Uber, wiele osób zdobyło dzięki niemu całkiem spoko płatną pracę. Po jakimś czasie rząd uznał jednak, że e-hailing musi mieć licencję taką jak standardowe firmy taksówkowe. Decyzja przyszła z dnia na dzień, Uber zareagował natychmiast, ale otrzymanie tej licencji i tak trwało miesiące. Na kierowców zaczęły więc spadać wielkie mandaty.

Nie ma jednak znaczenia co RPAńczykom zafunduje rząd, oni zawsze wymyślą jakiś sposób, żeby sobie dać radę. W każdej ekonomii to jest cecha na wagę złota i naprawdę zawsze jestem w szoku, jak ludzie sobie radzą mimo wszystko. Teraz w pandemii bardzo było widać szybkie przebranżowienia i zmiany usług oferowanych przez firmy, tak żeby zarabiać mimo obostrzeń. Jak to mówią, potrzeba matką wynalazku!

4. Otwartość na inność

Żeby nie było ta otwartość na inność ma swoje granice, bo jak wspominałam w poprzednim poście jak wszędzie jest tu niechęć do imigrantów ze strony RPAńczyków. Jednak ogólnie ludzie tu są bardzo przyzwyczajeni do różnorodności i religijnej i etnicznej i poza jakimiś skrajnymi przypadkami nikt się na nikogo dziwnie nie patrzy ze względu na strój czy odcień skóry.

Tę otwartość widać w pracy, gdzie nie zakłada się, że wszyscy są tego samego wyznania czy mają te same preferencje żywieniowe. Jak czasem ktoś się zagapi, to raczej szybko się to poprawia. Na przykład raz w pracy mieliśmy loterię i nagroda była w postaci wina, a wygrał kolega muzułmanin. Kolega oddał wino komuś innemu czym zaskarbił sobie nowego przyjaciela, a menadżer zmienił nagrody i następnym razem nagrodą był bardziej inkluzywny bon w restauracji.

5. Bezpośredniość

Pamiętam jak się uczyłam dawno dawno temu angielskiego i uczono nas angielskiego biznesowego z oficjalnymi formułkami do korespondencji. Nie wiem jak jest w Anglii czy w USA, ale w RPA tego się praktycznie w ogóle nie używa. Emaile zaczyna się od “Hi” ewentualnie “Hi” z imieniem. Odrobinę bardziej formalnie wysyła się podania o pracę, ale nawet tam często dostajecie odpowiedź z “Hi”. Tak samo jak się dzwoni do kogoś to jest raczej pełen luz.

Nigdy nie miałam tu takiej sytuacji, żeby ktoś mnie poprawił albo użył wyższej formalności w emailu zwrotnym. Raczej w drugą stronę, jak się pisze formalnym językiem to odpowiedź jest super wyluzowana, aż się człowiek głupio czuje, że zaczął za wysoko stylistycznie. No ale wiadomo, jak wszędzie lepiej za grzecznie niż za nie niegrzecznie.

Mimo że kraj jest anglojęzyczny, nie ma tu też nadmiernej grzeczności (na pewno znacie żarty o tym jacy nadmiernie grzeczni są Anglicy. Używa się proszę i dziękuję bardziej niż po polsku, ale ogólnie styl jest bezpośredni. Pytań i rozmów też, bo czasem niektóre tematy nawet z nowopoznanymi osobami aż mi się nie mieszczą w głowie. Z drugiej strony wolę to niż nadmierne nadęcie i skrytość.

Sam cukier

No dobra już się nasłodziłam. Co ciekawe piszę to w dzień, w który wyjątkowo dokuczała mi cecha RPAńczyków pt. wyluzowane podejście do czasu. Tym bardziej doceńcie mój wyczyn w przekazywaniu pozytywnych treści 😉

Co mnie wkurza w ludziach z RPA

RPA zazwyczaj przedstawiam z pozytywnej strony, bo ogólnie lubię ten kraj. Nie znaczy to jednak, że po 10 latach nie nazbierało się trochę rzeczy, które mnie wkurzają w ludziach. Każda nacja ma swoje przywary i wiadomo, że nie każdy człowiek danej narodowości ma daną cechę. Mimo dużej różnorodności w RPA, są pewne cechy wspólne niezależne od grupy społecznej czy etnicznej…niektóre z mojego punktu widzenia dość irytujące. Jest to więc subiektywna lista uogólnień, na temat tego, co akurat mi tu w ludziach nie pasuje. W przyszłym tygodniu dla przeciwwagi będzie lista tego, co lubię 🙂

1. Niechęć do “Nie wiem”

Ludzie wolą dać wam złe wskazówki niż po prostu powiedzieć “Nie wiem.”. Nie jestem pewna czy to wynika z tego, że ludzie tutaj bardzo chętnie pomagają i “nie wiem” jest postrzegane jako mało pomocne czy może z czegoś innego. W każdym razie często się zdarza, że ktoś myśli, że zła odpowiedź jest lepsza niż żadna. To się zdarza i na ulicy, gdy pytacie o drogę i jak dzwonicie do biura obsługi klienta w jakiejś sprawie. W kilku skrajnych przypadkach, gdy pytanie zostało zadane przez telefon druga strona po prostu się rozłączyła.

2. Niesłowność i gadanie, byle gadać

Ta cecha ma wiele twarzy. Zaczyna się to od tego, że np. gadacie z kimś nowym, kto jest fajny i decydujecie, że KONIECZNIE musicie się ustawić na kawę. W wielu przypadkach, jeśli potem skontaktujecie się z taką osobą będzie ona tym dość zdziwiona. Ludzie po prostu mówią dużo miłych rzeczy, których wcale nie mają na myśli. Trzeba mieć do tego dystans i dać znajomości więcej czasu, żeby zobaczyć czy osoba gada, byle gadać czy rzeczywiście nadajecie na tych samych falach.

Potem nawet jeśli się z kimś ustawicie to wcale nie wiadomo, czy to jest aby na poważnie. W związku z tym najlepiej wysłać “follow up” przed spotkaniem, żeby to jeszcze raz potwierdzić (trzeba reconfirm!). Poważnie, jak się ustawicie z kimś to tak nie idźcie bez potwierdzenia, że dalej aktualne, nawet jeśli umówiliście się poprzedniego wieczora na lunch dnia następnego.

Ludzie często odwołują też spotkania/obecność w ostatniej chwili z błahych powodów, które łatwo można by wręcz uznać za obraźliwe. Mówi się, że to jest taka mentalność zwłaszcza w Kapsztadzie, że ludzie się po prostu nie lubią do niczego zobowiązywać i zmieniają zdanie w ostatniej chwili, decydując się na to, co akurat im pasuje.

3. Zafiksowanie na punkcie liceum

Poprawcie mnie w komentarzach, jeśli wam się to często zdarza w Polsce, ale ja nie przypominam sobie jakiegoś specjalnego zafiksowania na punkcie liceum. A tutaj tak, jest wręcz fetysz. Na imprezach nawet po tej 30stce miejscowi się pytają innych miejscowych, gdzie chodzili do liceum. To im często mówi coś o sytuacji finansowej danej osoby, ich zapatrywaniu na świat (czy szkoła była konserwatywna czy lewicująca) oraz czasem o przynależności religijnej/etnicznej.

Ludzie bardzo często się trzymają z paczką z liceum i nie za bardzo chcą do siebie dopuszczać nowe osoby. Mój mąż ma bardziej otwarty umysł, ale już jego siostra też trzyma się głównie ze znajomymi z tamtych czasów i wywraca oczami, jak musi poznać kogoś nowego 😀 W związku z tym imigranci trzymają się z imigrantami i raczej mają mało miejscowych przyjaciół. Ci miejscowi, z którymi się przyjaźnią to najczęściej są albo znajomi od jakiegoś hobby albo osoby, które same gdzieś mieszkały za granicą, ewentualnie lubią podróżować. To ostatnie jest tu dużo rzadsze niż w Polsce o czym już pisałam w poście “Co się robi w wakacje w RPA“.

4. Spóźnialstwo i wyluzowane podejście do czasu

Spóźnialstwo towarzyskie to cecha całego kraju, ale profesjonalne to podobno raczej domena Kapsztadu. 15 minut to jest takie zupełnie normalne spóźnienie i niektórzy nawet nie wyślą ci w związku z tym smsa. Ewentualnie jak wyślą to piszą, że trochę się spóźnią bez żadnych konkretów. Rekordziści w moim życiu to osoby spóźnione między 45 minutami, a godziną. Niektórzy robią to nagminnie, inni od wielkiego dzwonu.

Najgorzej jest jednak umówić się z kimś w domu, żeby po coś wpadli w weekend. Wtedy ludzie już całkiem wychodzą z założenia, że nic nie macie do roboty. Piszą, że będą u was now now – nikt niestety nie wie w RPA co to do końca znaczy, bo może znaczyć wszystko. I tak można naprawdę by czekać godzinami, chyba że kogoś przyciśniecie. No, ale i wtedy “wychodzę z domu” albo “już jadę” pozostawia sporą wolność interpretacyjną czy to będą minuty czy raczej godziny.

5. Niechęć do imigrantów

Zastanawiałam się czy w ogóle dodawać ten punkt, bo czy się mieszka w RPA czy w Australii czy we Francji, w większości krajów ludzie nie mają jakiegoś super pozytywnego nastawienia do imigrantów. Jednak dodaję, bo jest to dla mnie duża część braku komfortu życia tutaj przez dłuższy czas. Jedyni imigranci do których jest wręcz nadmiernie pozytywne podejście to Anglicy i Amerykanie. W RPA negatywne podejście jest jeszcze związane z dużą liczbą uchodźców, bo kraj przecież wcale nie tak bogaty płaci słony rachunek za zbrodnie kolonializmu przez które wiele krajów afrykańskich źle sobie teraz radzi.

Co ta niechęć do obcokrajowców oznacza w praktyce? Czasem zwykłe chamstwo czy ignorowanie. Niezależnie od tego, jak dobrze mówicie po angielsku zdarzy wam się, że ktoś będzie do was mówił bardzo powoli albo tłumaczył wam skomplikowane słowa, jeśli jakiś użyje 😀 Miejscowi raczej nie są specjalnie zainteresowani, żeby z wami gadać na imprezie czy na evencie networkingowym. No chyba (!), że liczą na związek albo co najmniej ruchanko to wtedy to co innego. Do tego stopnia, że to o czym teraz mówię, nie zostałoby napisane, gdy byłam singlem.

Jak macie coś do załatwienia obsługa klienta i urzędnicy podchodzą do was jak do jeża, bo paszport znaczy dodatkowe procedury, a w ogóle to kto wie czy prawdziwy? Tak, tak raz mi ktoś pocierał paszport palcem w urzędzie, żeby sprawdzić czy jest cacy 😀 Do tego dochodzą uprzedzenia na rynku pracy, obcokrajowców najchętniej zatrudnia się w pracach językowych i turystyce, ewentualnie gastro, a na taki normalny rynek ciężko się wbić. Wiz też się boją i dla ułatwienie w wielu ogłoszeniach o prace pisze się, żeby aplikowali tylko obywatele lub posiadacze stałego pobytu. Jedno co dobre, to że o Polsce nic tu ludzie nie wiedzą, więc nie ma żadnego stereotypu Polaka.

Wiadro pomyj czy brak różowych okularów?

Jeszcze raz podkreślam, że to jest podsumowanie moich doświadczeń i tendencji, jakie zauważyłam. No i przede wszystkim jest to całkowicie subiektywne 🙂 Każdy kraj ma coś, co nam nie podpasuje, ale nie można mówić tylko o pozytywach, bo to kreuje nadmiernie pozytywne przedstawienie rzeczywistości. Jeśli macie jakieś przemyślenie albo doświadczenia z kraju, w którym wy mieszkacie to zapraszam do komentowania.