Smaki RPA

Jakby ktoś was zapytał o polskie smaki, to co byście wymienili? Ja na pewno twaróg z powodów, które wymieniłam w poście 5 rzeczy, które najbardziej zaskoczyły mnie w RPA. Smaki RPA na pewno są bardzo zróżnicowane, bo jest to kraj wielokulturowy, co podkreślam do znudzenia. W związku z tym lista ta będzie dość subiektywna – rzeczy, które mi kojarzą się z RPA i które najczęściej widzę jedzone w moim środowisku. Nie będę też pisała o specjalnych daniach czy wypiekach, bo o tym myślę, że zrobię osobne posty.

1. Biltong

Czy mi się to, jako wegetariance, podoba czy nie, biltong jest równie ważny w RPA jak w Polsce kiełbasa. Biltong to suszone mięso w specjalnych przyprawach. Znajdziecie go w każdym sklepie osiedlowym, na każdym wydarzeniu i na każdej stacji benzynowej. Taki najpopularniejszy biltong jest z wołowiny, ale robi się go też z wielu innych zwierząt np. kudu, antylopy, strusia czy ryby. Teraz można też dostać wegańskie biltong grzybowy, który jest całkiem dobry.

2. Rosjanie

Russians (Rosjanie) to kolejny rodzaj mięsa, który można kupić w RPA. Te kiełbaski przybyły do RPA z rosyjskimi lub polskimi imigrantami żydowskiego pochodzenia. Wizualnie jest to podobne do kiełbasy z grilla. To danie zrobiło furorę na świecie w zeszłym roku, kiedy rosyjski vlogger sprzedał fake info, że w RPA je się Rosjan. Wśród Rosjan wywołało to spore oburzenie i mimo że niby wszystko wyjaśniono, jak to z fake newsami bywa, niektórzy dalej w to wierzą.

3. Ruski

Ruski (wymawiaj raski, nie ruski :D), czyli spolszczone rusks to takie jakby suche ciastkowe herbatniki czy pieczone kawałki chleba. Znajdziecie je praktycznie w każdym Airbnb w mojej prowincji. Często je się je do kawy albo jako przekąskę. Występują w różnych odmianach, zupełnie bez niczego albo z bakaliami. Trzeba uważać jak się je je, bo można sobie na nich połamać zęby.

4. Słodkie ziemniaki

Słodkie ziemniaki są bardzo popularne. W restauracjach często podaje się z nich frytki. Można je też przygotować na braai czyli grillu. Często je się je bez obierania ze skórki. Nie jestem jakąś wielką fanką.

5. Marula

Drzewo maruli daje owoce, a z owoców robi się różne przysmaki. Jednym z najpopularniejszych jest kremowy likier Amarula, o tym smaku produkuje się też czekoladki i krówki (fudge). Można też je zjeść jako owoce, ale nie są w tej formie popularne w całym kraju.

6. Pap

Pap jest robiony z grubo utartej kukurydzy. To taki typ węglowodanów, który sam w sobie nie ma aż tak mocnego smaku. Bardzo dobrze łączy się on z wieloma potrawami. Ja go lubię z gulaszem z gotowanych warzyw, czyli chakalaka (przypominaj, że na blogu jest na chakalakę przepis).

7. Rooibos

Rooibos to roślina, które rośnie w fynbosie, czyli typie roślinności charakterystycznym dla mojej prowincji, Przylądkowo-Zachodniej. Z rooibos robi się napar potocznie nazywany herbatą, choć po polsku byśmy to raczej nazwali herbatką. Ma on specyficzny ziemisty smak. Rooibos jest mocno lansowanym produktem eksportowym, więc robi się z nim słodycze, kosmetyki i napoje, w tym wysokoprocentowe.

8. Awokado

Awokado można znaleźć na całym świecie. W RPA ma jednak dość znaczący status, bo bardzo często je się je na przykład, na śniadanie. Wtedy często podaje się je z solą z pieprzem i cytryną. O awokado jest dużo żartów o tym jak nigdy nie jest w sam raz, bo jest albo niedojrzałe albo przejrzałe. W sklepach można kupić tańsze awokado, które jeszcze musi dojrzeć albo droższe, dojrzałe i gotowe do spożycia (byle szybko!). Dodaje się je też często jako dodatek do pizzy czy do sushi.

9. Dynia piżmowa

Dynia piżmowa, czyli butternut, często je się jako warzywo na braai, czyli grillu. W restauracjach też jest często podawane jako opcja warzywna. Popularna jest także w postaci zupy. Ja za tym smakiem jakoś super nie przepadam bo ma konsystencję papki dla dziecka, ale zjem od czasu do czasu.

10. Granadilla

Granadilla to nie jest to samo co passiflora czy marakuja. Pochodzą z tej samej rodziny, ale trochę się różnią. Z grenadilli można łatwo znaleźć smoothie, lody czy jogurt. Ma takie specyficzne pestki i słodkawo-kwaskowaty smak. Ja bardzo lubię sam owoc i chętnie jem w sezonie czyli zimą (czerwiec, lipiec, sierpień).

A jakie są wasze ulubione smaki tam, gdzie mieszkacie? Z czym wam się kojarzy to miejsce? Bez czego nie moglibyście żyć? Dajcie znać w komentarzach.

5 rzeczy, które najbardziej mnie zdziwiły w RPA

Zanim przejdę do tematu, w ramach autopromocji polecam mój felieton o byciu Polką i stereotypach za granicą. To mój debiut w Klubie Polski na Obczyźnie, do którego niedawno dołączyłam.

Tymczasem dzisiejszym tematem jest to, co zdziwiło mnie po przyjeździe do RPA. Przed przyjazdem głównie straszono mnie bezpieczeństwem i problemami z wizami, więc byłam przygotowana tylko na problemy związane z tymi kwestiami.

1. Obsesja dowodu zamieszkania (proof of residence)

Z prośbą o dowód zamieszkania spotkałam się niezwykle szybko. Próbowałam kupić lokalną kartę SIM, gdy poproszono mnie o niego po raz pierwszy. Jakoś udało mi się namówić Panią, by ją sprzedała na adres podany bez odpowiednich dokumentów, głównie dzięki lokalnej koleżance, która miała dobrą bajerę.

Co to jest dowód zamieszkania? Dowód tego, gdzie mieszkacie. Niestety są określone zasady tego, co może taki dowód stanowić. Przez lata stawały się one coraz bardziej zawężone. W teorii wszystko jest proste, bo wystarczy na przykład rachunek telefoniczny czy inny z waszym imieniem nazwiskiem oraz adresem… Tyle, że wiele miejsc wymaga dowodu zamieszkania, żeby wprowadzić wasz adres do bazy danych. Trochę zamknięte koło.

Dowodem może być też np. umowa najmu, ale ludzie chętnie wynajmują kątem, więc nie zawsze to będziecie mieli. W tej chwili zdobycie dowodu zamieszkania jest dla mnie znacznie mniejszym problemem, ale były takie czasy, że wyłam do księżyca, bo np. wynajmowałam u kogoś pokój na lewo, a bez dowodu zamieszkania odmawiano mi założenia konta w banku. Bez konta w banku pracodawca nie chciał podpisać umowy i tak w koło Macieju.

Dowód zamieszkania jest potrzebny, gdy podpisujecie jakąkolwiek umowę – najmu czy na telefon, wszelkim urzędom, bankom. Po co? Tak w wielkim skrócie po to, żeby mogli się z wami skontaktować, jeśli coś nabroicie. Na przykład nie można się zapisać bez niego na test na prawo jazdy, żeby mandaty szły tam, gdzie trzeba, jeśli je dostaniecie.

2. Elektryczność na prepaid

Kiedy pierwszy raz skończyła mi się elektryczność nie miałam pojęcia, myślałam, że to awaria. Ta sama koleżanka z bajerą z poprzedniego punktu wyjaśniła mi, że muszę iść kupić elektryczność. Poszłam do sklepu, ale odesłano mnie do domu, bo nie spisałam numeru licznika. Nie wiedziałam wtedy, że elektryczność jest przypisywana do konkretnego licznika i im więcej jej zużywacie tym więcej kosztuje was jednostka elektryczności.

Aby wbić nowe jednostki dostajecie specjalny kod, który trzeba nabić w licznik. Elektryczność można kupić nawet w małych sklepikach osiedlowych, supermarketach, na stacjach benzynowych czy w apce waszego banku. Trochę trwa przyzwyczajenie się do tego systemu i początkowo nagminnie zdarzało mi się, że elektryczność mi się po prostu kończyła. Czasem oczywiście akurat wtedy, kiedy była najbardziej potrzebna.

3. Sprawy bankowe

Dowód zamieszkania to był pierwszy szok w banku, kiedy zakładałam konto poproszono mnie też o potwierdzenie wizy. Musiałam przedstawić zaświadczenie od pracodawcy, że dalej u niego pracuję, mimo że wiza była nówka sztuka. Najbardziej jednak zaskoczyły mnie wysokie opłaty bankowe np. przy wyciąganiu pieniędzy z konta czy przy przelewach. Moje pierwsze konto dawało mi opcję bodajże 10 transakcji miesięcznie za darmo, a potem trzeba było płacić. Tak samo wyciągnięcie pieniędzy z bankomatu nie należącego do waszego banku jest zazwyczaj stosunkowo drogie. To samo dotyczy kart zagranicznych.

Kolejną ciekawostką była opcja tzw. cashbacku w supermarkecie. Jest to tańsza opcja niż wyciągnięcie pieniędzy z bankomatu innego banku. Płacąc za zakupy kartą po prostu prosicie o cashback w pewnej wysokości i dostajecie gotówkę z kasy. Ta suma jest po prostu dodana do waszego rachunku za zakupy. Opcja ta nie jest zbyt lubiana przez kasjerów, bo często potrzebują autoryzacji od menadżera i zajmuje ona sporo czasu.

Ostatni punkt to zdecydowanie wymiana pieniędzy na czy z innej waluty. Jeśli jesteście turystami nie ma z tym żadnego problemu, ale jak macie wizę to zaczynają się schody. Poza paszportem w zależności od wizy należy przynieść do kantoru szereg dokumentów. Dlaczego? No bo chcą wiedzieć skąd te pieniądze macie i czy aby nie kradzione. Podobno jak się nie ma wizy, która pozwala pracować to wam w ogóle nie wymienią.

4. Sprawy serowo-nabiałowe

Dla kogoś, kto mieszka w Polsce albo w Europie i je nabiał, możliwość dostępu do nabiału może wydawać się błaha. Ja jednak po tylu latach deprawacji mam mokre sny na temat kefiru czy twarogu. No dobra, to o co chodzi z tym nabiałem w RPA? Oczywiście jest, ale po pierwsze ser najczęściej kupuje się w kostce i kroi samemu w domu. Nie ma w supermarketach czy sklepach żadnych pań plasterkujących, a sery do kupienia w plasterkach w paczce są mega drogie. To był szok numer jeden.

Potem zdałam sobie sprawę z tego czego brakuje – przede wszystkim twarogu i białego sera. Feta jest. Jest też coś, co się nazywa kefir w sklepach ze zdrową żywnością, ale to smakuje jak gazowane łzy utopione w mleku. Już bliżej kefiru czy mleka zsiadłego jest coś, co się nazywa maas albo amasi, co całkiem lubię. Można znaleźć też serek wiejski, jako cottage cheese, ale to jest drogie i smakuje co najwyżej podobnie.

5. Utrudnianie życia obcokrajowcom

Gdy mówię obcokrajowiec, mam na myśli kogoś kto nie ma stałego pobytu lub nie został naturalizowanym obywatelem RPA. System w RPA jest w 100% nastawiony na osoby z tymi dwoma statusami. Mimo że jest tu stosunkowo dużo obcokrajowców systemy wcale nie są ogarnięte, ani obcokrajowcom przyjazne. Czy chcecie podpisać umowę na internet, kupić samochód czy założyć konto w banku, wszystko jest problemem. Są popularne wizy, z którymi jest nieco łatwiej, są te mniej popularne, gdzie odsyła się was z kwitkiem, niezgodnie z prawdą twierdząc, że dany ułamek normalności wam się nie należy.

Dostanie wizy, a co dopiero stałego pobytu i naturalizacja także stały się nie lada wyzwaniem przez kilka ostatnich lat ciągłych zmian w przepisach. Oczekiwać na cokolwiek można miesiącami, a nawet latami. Ogólnie często żyje się w zawieszeniu w miejscu, które wydaje się domem. Każdy reaguje na to inaczej, ja na przykład jestem zła zanim jeszcze przekroczę próg urzędu. Narzekanie na to wszystko jest jednym z ulubionych tematów spotkań imigrantów, czy jak niektórzy wolą się nazywać ekspatów.

That’s all, Folks

No to tyle z takich najważniejszych rzeczy, które zdziwiły mnie zaraz po przyjeździe i trochę później. Jeśli macie jakieś pytania na ten temat lub inne tematy związane z mieszkaniem w RPA to pytajcie śmiało w komentarzach.

Parlament w ogniu

Stało się! RPA trafiło na pierwsze strony światowych gazet. Gdy płonęła nam uniwersytecka biblioteka z unikatami i hektary lasu w środku miasta mało które światowe media to interesowało. Podobnie jest z różnymi osiągnięciami czy innymi pozytywnymi wydarzeniami. Na polskie media możecie jednak liczyć, gdy kogoś tutaj ugryzie w genitalia kobra lub właśnie, gdy w ogniu stanie parlament.

Jeśli te media to już trochę wiecie, ale ja przygotowałam nieco dokładniejszą notkę zestawiającą wszystko co wiadomo na temat tego bezprecedensowego wydarzenia. Co się stało, jak to się stało i kto jest winny? Niestety nie dowiecie się tego dziś, bo nie wszystko jest jeszcze jasne. Na jaw wyszło jednak sporo żenujących zaniedbań związanych z tą sytuacją i inne kwiatki.

Co wiadomo na pewno

Około 5 nad ranem 2 stycznia straż pożarna otrzymała zgłoszenie, że parlament się pali. Mimo że odpowiednie służby zareagowały bardzo szybko, płomienie rozprzestrzeniały się jeszcze szybciej. Pożar momentami wydawał się ugaszony, a potem rozpalał się na nowo. W rezultacie całkowicie ugaszono go dopiero trzeciego dnia, czyli 4 stycznia.

W pożarze nie ucierpieli żadni ludzie, natomiast budynek jest w bardzo złym stanie. Parlament był piękną budowlą w centrum miasta. Części tego budynku powstały już w 1884 roku, inne dobudowano później. Pomijając już znaczenie polityczne tego miejsca, po prostu szkoda kawałka historii. Ze względu na zniszczenia nadchodzące coroczne przemówienie prezydenta tzw. SONA odbędzie się w tym roku w ratuszu w Kapsztadzie.

Informacje o pożarze były niepokojące, ale niemal natychmiast aresztowano osobę podejrzaną o podpalenie budynku. Sprawę przejęły służby specjalne zajmujące się przestępczością priorytetową. Mężczyzna pojawił się już w sądzie i początkowo przyznał się do winy. To jednak nie koniec tej historii.

Zeznania pod przymusem?

Początkowo wszystko wyglądało pięknie. Podejrzanego ujęto bardzo szybko, gdy wyślizgiwał się z płonącego budynku. Okazał się zwykłym bezdomnym mężczyzną, jakich pełno w tych okolicach. Bezdomność w Kapsztadzie to olbrzymi problem i zdecydowanie temat na osobną notkę. Wracając do głównego wątku – skoro facet się przyznał to chyba wszystko jest cacy, nie?

Nie zdaniem jego prawnika. Na Zandile Mafe (jak widzicie prasa się tu nie bawi w żadne Zandile M. i inne takie) podobno wymuszono zeznania i jest on kozłem ofiarnym, którego znaleziono by ukryć zaniedbania rządu. Mężczyzna rzekomo miał przy sobie laptopa, dokumenty parlamentarne i materiały wybuchowe, ale materiał dowodowy nie został przedstawiony w sądzie. Oskarżonego podobno nie zapoznano także z jego prawami przed aresztowaniem i przesłuchaniem.

Rodzina oskarżonego uważa, że jest on niewinny. Z tą opinią zgadza się też sporo osób na Twitterze. Teraz już sam oskarżony tez twierdzi, że jest niewinny. Daleko mi do wysuwania teorii spiskowych, ale możliwe, że służby specjalne pospieszyły się z wyciąganiem wniosków. Najważniejsze to pamiętać, że dotychczasowe dowody obciążające to nie ostateczny wyrok. Mężczyznę czeka normalny proces, zanim zostanie podjęta decyzja na temat jego winy lub niewinności.

Żenujące zaniedbania

Zdjęcie wnętrza parlamentu ze wstępnego raportu

Czemu ludziom spodobała się teoria, że rząd próbuje zrobić z Mafe kozła ofiarnego? Najprawdopodobniej dlatego, że rządowi pewnie rzeczywiście byłoby na rękę, aby szybkim aresztowaniem winnego odwrócić uwagę od żenujących zaniedbań, które sprawiły, że pożar był aż tak mało łaskawy dla budynku parlamentu. Zwykły zbieg okoliczności łatwo podpisać pod teorię spiskową, gdy nastroje społeczne i tak nie są najlepsze, a zaufanie do rządu niskie.

Pisząc o tych niedociągnięciach, aż mnie skręca z żenady. Chyba należy mi się w końcu stały pobyt, skoro wstydzę się już za tutejsze wtopy. No, ale nie ważne, lecimy z tym koksem. Zgodnie ze wstępnym raportem dopuszczono się następujących zaniedbań:

– Instalacje tryskaczowe nie zadziałały. Nie przeprowadzono ich planowego przeglądu w lutym zeszłego roku.

– System przeciwpożarowy był i działał, ale nie wiadomo czy był wystarczający, a zniszczenia uniemożliwiają ustalenie tego. Wiadomo za to, że nie aktywował się na długo od wybuchu pożaru.

– Niezgodnie z przepisami drzwi przeciwpożarowe były otwarte, czyli nie mogły pomóc w zatrzymaniu ognia. Sprawiło to, że schody przeciwpożarowe były pełne dymu.

Poza tym raportem okazało się też, że ochroniarze nie byli tego dnia w pracy. W grudniu zeszłego roku podjęto decyzję o cięciu kosztów i zdecydowano się nie płacić za nadgodziny ochroniarzy. Oznaczało to, że nie pracowali oni w weekendy. Przed parlamentem zawsze stoi policja, ale nie monitoruje tego, co się dzieje w środku. Kolejna niespodzianka to to, że budynek nie był ubezpieczony. Może to oznaczać wydatek w wysokości miliarda randów dla podatników.

Prawie biblijne plagi – szczury, żaby i węże

Jakby problemów parlamentarzystów było mało, od końca grudnia uskarżają się oni na niemal biblijne plagi w wioskach parlamentarnych. Ze względu na to, że rzekomo przez ponad rok nie ścinano traw w okolicach tych wiosek zaczęły pojawiać się szczury, żaby i węże. O ile te dwa pierwsze typy zwierząt są może nieprzyjemne, o tyle węże w mojej prowincji potrafią być niebezpieczne. Na temat strasznych i niebezpiecznych stworów tutaj napisałam nawet całą notkę. Minister Prac Publicznych, Patricia de Lille zgodziła się na rozłożenie trutek na szkodniki w jednej wiosce parlamentarnej, ale zaprzecza, że ten sam problem pojawił się w innej.

Podsumowanie

Czy Zandile Mafe jest niewinny czy nie, dowiemy się zapewne w ciągu najbliższych kilku tygodni, bo jest to sprawa priorytetowa. Niezależnie od werdyktu przebieg całej sytuacji wynikał w dużej mierze z licznych zaniedbań w kwestiach bezpieczeństwa. W corocznym przemówieniu prezydenta w lutym zapewne pojawi się ten wątek.

Ktokolwiek podpalił parlament na pewno nie żywi ciepłych uczuć do obecnego rządu, a biorąc pod uwagę czas wydarzenia, możliwe, że wiedział o dziurach w systemie bezpieczeństwa. A wy stawiacie na teorię spiskową, winę bezdomnego mężczyzny czy jeszcze na coś innego? Dajcie znać w komentarzach.

Festiwal Noworoczny Kaapse Klopse w Kapsztadzie

Festiwal Kaapse Klopse, znany również jako Tweede Nuwe Jaar (Drugi Nowy Rok) to parada, która odbywa się w Kapsztadzie co roku 2 stycznia. Niestety z okazji pandemii została odwołana po raz drugi. Dzisiaj opowiem wam trochę o tej tradycji, na którą niektórzy występujący czekają cały rok.

Krótka historia festiwalu

Festiwal Kaapse Klopse wywodzi się z czasów niewolnictwa w tym regionie. Niewolnicy mieli tylko jeden dzień wolnego, co było powodem do świętowania, śpiewów i tańców. Nawet po zniesieniu niewolnictwa, ludzie dalej myśleli pozytywnie o tym dniu. Po pewnym czasie zaczęto organizować w tym dniu występy grup minstrelów, czyli kolorowo poubieranych i często pomalowanych muzyków i tancerzy.

Mówi się, że na rozwój tej tradycji wpłynęły też występu minstrelów amerykańskich odwiedzających RPA. Warto jednak podkreślić, że kulturowo ta rozrywka ma zupełnie inne korzenie. W USA pokazy minstrelów były rasistowską rozrywką, gdzie biali ludzie naśmiewali się z czarnoskórych i kultur afrykańskich. Występującymi były głównie białe osoby, udające czarnoskórych przy użyciu między innymi tzw. blackface, czyli makijażu, gdzie ich twarz była pomalowana na czarno. Te pokazy były obrzydliwe na wielu poziomach i pełne szkodliwych stereotypów.

W RPA jest i był to sposób artystycznego wyrażania się grup uciśnionych. W czasach apartheidu rząd walczył z tą tradycją, ponieważ jednoczyła ona ludność malajską i koloredów. Ówczesny rząd chciał jak najbardziej niszczyć grupowe poczucie jedności. Uderzenie w tą tradycję, było tylko jednym z przykładów tej polityki. Celowo utrudniano próby i same parady i tak już coraz trudniejsze przez masowe przesiedlenia i złamanie ducha społeczności. W pewnym momencie parady całkowicie zabroniono.

Tradycja na szczęście przetrwała i dziś jest wiele trup minstrelów. Piosenki i muzyka pochodzą nawet z czasów niewolnictwa, inne powstały dużo później. Wszystkie, razem z muzyką graną na instrumentach dętych tworzą styl, znany jako ghoema. Ta parada to bardzo ważna i typowo kapsztadzka tradycja, która symbolizuje wolność poprzez ekspresję artystyczną. Trzymam kciuki, że w przyszłym roku znowu się odbędzie.

Festiwal dziś

Zdjęcie z oficjalnego fanpage’u festiwalu

Dziś ten festiwal to przede wszystkim fajna impreza dla wszystkich i konkursy. Dla tej parady zamyka się sporo ulic w centrum, a ludzie przychodzą z całymi rodzinami, żeby podziwiać występy. Występujący mogą otrzymać nagrody w różnych kategoriach np. na najlepszy strój czy najlepiej wykonaną piosenkę miłosną.

Festiwal poza znaczeniem kulturowym chwali się też za kształtowanie umiejętności muzycznych u dzieci i młodzieży. Niektórzy znani artyści zaczynali właśnie jako osoby biorące udział w tym festiwalu. Dodatkowo buduje poczucie tożsamości grupowej i dumy, wspierając społeczności, które często borykają się z dużymi problemami społecznymi takimi jak bieda czy przestępczość.

Festiwal nie jest jednak wolny od problemów. Od lat ma problemy finansowe, dlatego dziś wiele grup godzi się na sponsoring różnych firm, prawie jak sportowcy. Dodatkowo mieszkańcy dzielnicy Bo Kaap, przez którą przechodzi parada, już nie raz skarżyli się na to wydarzenie. Festiwal jest dla nich za głośny, a tłumy sprzyjają drobnej przestępczości takiej jak kradzież kieszonkowa.

Ja sama na festiwalu byłam tylko raz, czego oczywiście teraz bardzo żałuję. Występy są naprawdę i jedyne w swoim rodzaju. Najlepszy jest jednak klimat tej imprezy. Pamiętajcie o tym wydarzeniu, jeśli będziecie w Kapsztadzie w normalniejszych czasach.

Interakcje ze zwierzętami, zoo i sanktuaria – jak dokonywać etycznych wyborów

Właśnie wróciliśmy z naszego tygodniowego roadtripa głównie po regionie Garden Route. Obydwoje z mężem lubimy zwierzęta, więc różnego rodzaju miejsca ze zwierzętami są zawsze na naszej liście. W RPA jest ich pełno, ale to nie oznacza, że wszystkie miejsca powinno się odwiedzać. Niektóre są po prostu nieetyczne czy szkodliwe, inne balansują na granicy dobra zwierząt i zarabiania na ich utrzymanie oraz działalności komercyjnej, jeszcze innym ciężko coś zarzucić. Jak dokonywać tych wyborów świadomie? Dziś opowiem wam, jak ja do tego podchodzę.

Aspekt moralny turystyki ze zwierzętami

Przejażdżka na słoniu czy małpka tańcząca w rytm przebojów może brzmieć fajnie. Selfie z lwem da nam dużo lajków na insta, a trzymanie małego krokodylka jeszcze więcej. Niestety za wieloma z tych aktywności kryje się olbrzymie cierpienie zwierząt szpicowanych lekami uspokajającymi czy brutalnie tresowanych. Jeśli nie jesteście obojętni na los zwierząt, to zawsze sprawdźcie czy dana aktywność jest aby etyczna i wyszukajcie informacje na temat miejsca, które chcecie odwiedzić.

Może wam się wydawać, że dane aktywności są niewinne, ale warto zawsze na ten temat poczytać. Podrzucam artykuł na temat tego przez co przechodzi słoń używany do przejażdżek, żebyście zobaczyli dlaczego nie warto przykładać do tego ręki. To, że coś jest legalne, nie oznacza, że jest dobre dla zwierząt. Prawa zwierząt wciąż są traktowane z przymrużeniem w wielu krajach. Jeśli myślicie, że Polska nie jest jednym z nich to polecam profil DIOZ na Instagramie.

Dzikie zwierzęta powinny być na wolności?

Rozważenie kwestii etycznych jest ważne, ale moim zdaniem trzeba też rozważyć obraz całościowy. Jak w każdej dyskusji i w kwestii zwierząt, niektórzy są fundamentalistami. Ludzie ci twierdzą, że zwierzęta powinny żyć na wolności i koniec. Wspieranie jakiegokolwiek innego miejsca, gdzie zwierzęta nie są zupełnie wolne, jest ich zdaniem złe.

Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania, ale problem z tym podejściem jest taki, że wiele zwierząt nie może żyć na wolności. Te wychowywane czy urodzone w zoo, jako maskotki ludzi w domach, zwierzęta cyrkowe czy w małych “rezerwatach”, gdzie zawsze są karmione, często nie są po prostu przygotowane do życia na wolności. Wypuszczenie ich to dla nich pewna śmierć. Jasne, zgadzam się, to wszystko nie powinno mieć miejsca… ale ma. I co zrobić z tymi zwierzętami? Pierwsza nagroda to oczywiście wielkie rezerwaty przyrody, gdzie ewentualnie organizowane są safari. Jednak i tam nie wszystkie zwierzęta się odnajdą. W związku z tym sanktuaria i mniejsze parki czy centra rehabilitacji też mają swoje miejsce.

Nie należy też przesadzać w drugą stronę. Ja staram się nie dokładać do miejsc, które nad zwierzętami w jakikolwiek sposób się znęcają. Typowe zoo czy miejsce, gdzie są interakcje szkodliwe dla zwierząt typu jazda na słoniu czy przytulanie tygrysów odpadają. Dużo można wywnioskować z recenzji danego miejsca i zdjęć jakie wstawia. Jeśli widzicie łańcuchy czy dziwne zachowania dla dzikiego zwierzęcia, zaufajcie tej czerwonej lampce, która zapaliła się w waszej głowie i tam nie idźcie.

Sanktuarium czy zoo?

Wraz z rosnącą świadomością na temat ochrony dzikich zwierząt zmienia się też model biznesowy obcowania ze zwierzętami. Stąd wysyp różnego rodzaju sanktuariów, centrów pomocy i innych takich. To słownictwo dobrze się kojarzy. Niestety często to zwykły marketing i sanktuarium jest takowym tylko z nazwy. Poniżej kryteria, jakie powinno spełniać dane miejsca, by się tak naprawdę kwalifikować:

– zwierzęta trafiają do danego miejsca z tzw. drugiego obiegu – są to osierocone zwierzęta, zwierzęta odrzucone przez stado, zwierzęta wychowywane przez człowieka, osobniki które straciły dom bo np. zoo czy ich poprzednie miejsce splajtowało czy te przeznaczone do wybicia, bo jest za dużo zwierząt na terenie jakiegoś parku

– zwierzęta nie mogą zostać wypuszczone na wolność i jedyną alternatywą dla sanktuarium jest uśpienie

– teren danego miejsca jest duży

– zwierzęta są wysterylizowane lub na środkach antykoncepcyjnych – zwierzęta się nie rozmnażają w danym miejscu, aby nie rodziły się nowe osobniki w niewoli. Tutaj jedynym wyjątkiem mogą być sanktuaria gatunków zagrożonych wyginięciem.

– są minimalne lub żadne interakcje gości ze zwierzętami

– zwierząt nie zmusza się do zachowań odbiegających od normy, nie karze się ich lub w żaden sposób nie krzywdzi

Poza tym trzeba się po prostu kierować rozsądkiem. Jeśli dane miejsce oferuje nie wiadomo co, a nie wydaje nam się, żeby było to dobre dla zwierzęcia to często wystarczy wygooglować pytanie przed wizytą i już wiadomo, że nie warto tam iść.

Interakcje ze zwierzętami

Czy interakcje z dzikimi zwierzętami mogą być w ogóle w 100% etyczne? Poza zwierzętami praktycznie zupełnie udomowionymi, co jest niemal niemożliwe z dzikimi zwierzętami, pewnie nie. Z drugiej strony mało jest rzeczy w życiu, które takie są. Jedne interakcje są szkodliwe i tych należy zupełnie unikać, inne nic nie zmieniają w życiu zwierzęcia, które i tak nie ma szans na wolność.

Utrzymanie zwierząt kosztuje i te prawdziwe sanktuaria muszą z czegoś to opłacać. Dzikie zwierzęta takie jak lwy czy słonie, jedzą olbrzymie ilości jedzenia. Opieka weterynaryjna tych zwierząt, często po przejściach, również kosztuje krocie. W związku z tym niektóre sanktuaria decydują się na wprowadzenie atrakcji, poza samym oglądaniem zwierząt z daleka.

Czy karmienie małpek lub słonia z ręki albo rzucenie mięsa lwom przez gościa sanktuarium jest nieetyczne? Jeśli jest to w ramach diety danego zwierzęcia to moim zdaniem jest to odpowiedni balans między możliwością obcowania ze zwierzęciem, a szanowaniem jego przestrzeni. Tak samo spacer w małpim gaju czy ze słoniem, spełnia moje kryteria etyczne. Podejrzliwe podchodzę za to jakiegokolwiek dotykania, przytulania, selfies, już nie mówiąc o siadaniu!

Przed podjęciem decyzji, zawsze jednak czytam na dany temat i robię tylko to, co moim zdaniem jest w interesie zwierzęcia – nie krzywdzi go, jednocześnie łożąc na jego utrzymanie. Nie zapominajmy, że o ile nie powinno się wspierać okrucieństwa to efektem wylewania dziecka z kąpielą czyli nie chodzenie czy bojkotowanie miejsca, bo nie jest idealne, też jest cierpienie zwierzęcia. Brak funduszy oznacza gorsze warunki, a jeśli sanktuarium splajtuje to eutanazję, bo stamtąd zwierzęta nie mają już dokąd pójść. Efekt COVIDu i braku turystów oznaczał zamknięcie wielu placówek i śmierć wielu zwierząt.

Decyzja należy do Ciebie

Ja jestem dość pragmatyczna, jeśli chodzi o takie sprawy i wolę wybierać mniejsze zło. Z drugiej strony zgadzam się, że powinniśmy odchodzić od jakichkolwiek interakcji z dzikimi zwierzętami i przyzwyczajać się do tego, że ich piękno należy doceniać z daleka. Nie do końca wiadomo, czy miejsca, które reklamują się jako etyczne takie są. Przewodnik powie nam to, co chcemy usłyszeć. Jaki macie dowód na to, że słoń, który jest sierotą faktycznie nią jest, a nie jest to tylko historyjka dla gości?

Jeśli zdecydujecie się odwiedzić jakieś miejsce, a będzie ono miało jakieś znaki ostrzegawcze podczas wizyty np. zwierzęta są w złym stanie, wyglądają na głodne czy widzicie, że przewodnicy źle je traktują, możecie powiedzieć o tym na mediach społecznościowych. Zwiększanie świadomości na ten temat pomaga w poprawie ogólnych wysiłków w celu konserwacji przyrody.

Zachęcam do wyznaczenia sobie własnego kompasu moralnego w tych sprawach i dostrajaniem go do nowych informacji. Jeszcze nie tak dawno, nikt nie wiedział jak szkodliwe mogą być niektóre interakcje. Nie chodźcie do takich miejsc bezmyślnie i nie wspierajcie okrucieństwa. Jeśli macie jakieś pytania na ten temat lub własne zdanie to zapraszam do dyskusji w komentarzach.

La Colombe – jedna ze 100 najlepszych restauracji świata

La Colombe to jedna ze 100 najlepszych restauracji na świecie 2021 według prestiżowego zestawiania S.Pellegrino. Na tej liście znalazły się aż trzy restauracje z RPA, wszystkie w mojej prowincji Przylądkowej Zachodniej, a dwie w samym Kapsztadzie. W dzisiejszym poście dowiecie się czy warto takie miejsce odwiedzić, ile to kosztuje oraz dlaczego nie ma gwiazdki Michelin.

Gwiazdki Michelin

Gwiazdki Michelin to najwyższe odznaczenie dla restauracji na świecie, prawda? Oznaka prestiżu? Restauracja, o której mówię nie może przecież być taka dobra bez niej? Nieprawda! RPA, a zwłaszcza Kapsztad i okolice są znane z wielu rewelacyjnych i nie ukrywajmy, ekskluzywnych restauracji. Niestety inspektorzy Michelina po prostu nie odwiedzają kontynentu afrykańskiego. Gwiazdkę Michelin może mieć co najwyżej pracujący tu kucharz ściągnięty z zagranicy. Ma ją też dwóch szefów kuchni z RPA mieszkających za granicą, Jean Delport i Jan Hendrik van der Westhuizen.

To, że Michelin jest uznawany za ogólnoświatowy wyznacznik prestiżu wynika z europocentryzmu i trzeba pamiętać, że inspektorzy mają ograniczony geograficznie zakres funkcjonowania. Poza Europą podróżują do Japonii, niektórych miast w USA i innych wybranych miejscówek takich jak Szanghaj, Singapur, Seoul, Rio i Bangkok. Pamiętajcie, że jest cała masa porównywalnych jakościowo restauracji na świecie, które pewnie nigdy nie zostaną ocenione.

Doświadczenie w La Colombe

Na powitanie napój w jajku podany w “gnieździe gołębim”

La Colombe znaczy gołąb i podczas całego pobytu w restauracji ten symbol jest mocno lansowany. W zależności od waszych preferencji może to być męczące i uznane za przesadę. Dla mnie była to fajna dbałość o detale. Na powitanie dostajecie napój zaserwowany w wydmuszkach w gnieździe. W łazience usłyszycie śpiew gołębi, a na do widzenia dostaniecie czekoladki podane w origami z gołębi.

Oczywiście cały pomysł z tym doświadczeniem typu fine dining to nie tylko samo jedzenie, ale też pokaz. Pod tym względem La Colombe naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła. Praktycznie każde danie jest podane w jakiś ciekawy sposób – od pomidorów w pomidorowym naczyniu w oparach, przez rożki lodowe z lodem skruszonym przez maszynę z Japonii, po rozkładane naczynie w kształcie ulu, gdzie kryją się miodowe desery.

Na do widzenia czekoladki także z gniazda, podane w origami w kształcie gołębia

Wystrój i obsługa

No dupy nie urywa, naprawdę. Taka prosta, biała knajpa, stylizowana na francuską restaurację. Obsługa schludna i na każde zawołanie. Jak na mój gust trochę za dużo się nad człowiekiem pieszczą. Ja jednak lubię rozmawiać przy posiłku, a jak ktoś dolewa wam wodę za każdym razem jak dopijecie trzy łyki to przeszkadza. To dla mnie był największy minus tego miejsca. Z drugiej strony obsługa jest bardzo sprawna i nie czekacie nie wiadomo ile między daniami… choć kolejne dania podawane są w odpowiednim odstępie, żeby nie było wrażenia, że to fast food.

Ręcznie pisany “wstęp” do listy win

Tak jak w wielu restauracjach tego typu, także w La Colombe funkcjonuje ustalone z góry menu. Do wyboru macie opcję wegetariańską, pesketariańską (wege + ryba/owoce morza) i mięsną. Bardzo fajne w tej restauracji jest to, że każdy wybór jest równie kreatywny i podobny. W związku z tym np. wegetarianin taki jak ja nie czuje się pokrzywdzony. Wbrew pozorom nawet w drogich restauracjach zdarza się traktowanie klienta bezmięsnego po macoszemu i w rezultacie wychodzicie głodni, bo jak inni dostali kawałek ryby, wam podano marchewki. True story!

Możecie zdecydować się na menu polecane przez szefa, czyli większe i droższe albo na takie nieco mniejsze. Jeśli macie ochotę na opcję po wypasie to możecie zdecydować się na menu polecane przez szefa z wybranymi winami. Jest to jednak opcja dla osób, które naprawdę lubią sobie i pojeść i wypić. W RPA ogólnie wina się nie żałuje gościom, więc to dobra opcja tylko jeśli macie ochotę na kilka kieliszków wina.

Bardzo fajne jest tu stawianie na produkty lokalne i w związku z tym praktycznie wszystkie wina są z RPA. Oczywiście w tym miejscu możecie liczyć na te z wyższej półki, ale są i takie, które was nie zrujnują. Możecie też wybrać piwo lub kreatywne koktajle, także mocktaile dla osób niepijących. Ogólnie każdy znajdzie coś dla siebie.

Pod względem smakowym było to chyba najlepsze doświadczenie dla mojego podniebienia w Kapsztadzie. Kilka razy w roku chodzimy do takich miejsc na specjalne okazje, więc nawet mam w tej kwestii jakieś tam rozeznanie.

Niespodzianka w żołędziowym naczyniu

No dobra, a ile to wszystko kosztuje?

Najważniejszy punkt takiej recenzji to oczywiście cena. No właśnie, Kapsztad i RPA to może naprawdę być wspaniała okazja do wycieczek kulinarnych obcokrajowców. Patrząc na te ceny musicie wziąć pod uwagę, że mówimy o jednej ze 100 najlepszych restauracji świata. Wybranie się do miejsca o takim standardzie w innych krajach kosztuje dużo więcej. Aktualny cennik (grudzień 2021) wygląda jak następuje:

Menu zredukowane w dowolnej opcji: ZAR 1195 (300 PLN za osobę)

Menu polecane przez szefa: ZAR 1695 (430 PLN za osobę)

Dodatek przy selekcji wybranych win: ZAR 850 (216 PLN za osobę)

Cena za drinka alkoholowego lub bezalkoholowego przy własnym wyborze: 80-150 randów (20 – 38 PLN)

Cena za butelkę wina przy własnym wyborze: 300-4000 ZAR (76-1000 PLN) (pisana ręcznie lista win ciągle się zmienia)

Dodatkowo 13.5% napiwku, niby nieobowiązkowego, ale już wliczonego w rachunek

Drogo czy nie drogo biorąc pod uwagę renomę tego miejsca? Dajcie znać w komentarzach, jaki był najdroższy posiłek jaki zjedliście i gdzie jedliście najlepsze jedzenie.

Kontrowersyjne badania sejsmiczne Shella na wybrzeżach RPA

Plan na dzisiejszy post był zupełnie inny, ale nie mogłam ominąć gorącego tematu badań sejsmicznych na wybrzeżach RPA w celu znalezienia złóż ropy i innych. W kraju od kilka tygodni mamy z ich powodu protesty aktywistów. Nawołują oni też do bojkotu Shella jako dystrybutora paliw. O co ten krzyk? Już tłumaczę!

Zgoda na badania sejsmiczne

Zgoda na badania sejsmiczne Shella na wybrzeżach RPA została wydana w 2014 roku przez departament surowców mineralnych. Jest to zgodne z przepisami, aczkolwiek niektórzy twierdzą, że ten departament nie ma odpowiedniej wiedzy do wydawania takich decyzji. Zdaniem aktywistów decyzjami, które mogą wpłynąć na środowisko naturalne powinien zajmować się departament leśnictwa, rybołówstwa i środowiska.

Potencjalne zagrożenie dla środowiska

Wbrew pozorom nie ma jasnych badań dotyczących wpływu badań sejsmicznych na środowisko. W najbardziej wyważonym artykule, który czytałam na ten temat, jasno widać, że na dwoje babka wróżyła. Nie ma rzetelnych badań udowadniających ani, że obawy aktywistów są uzasadnione ani że na pewno nie są.

Delfiny i wieloryby to rzeczywiście zwierzęta wrażliwe na dźwięki. Teoretyzuje się, że te badania mogą mieć wpływa na ich ogólne zachowania, również te migracyjne. Badania sejsmiczne Shella przeprowadzane są teoretycznie poza tzw. sezonem na wieloryby, ale te zwierzęta można w mniejszym lub większym stopniu spotkać na wybrzeżach RPA zawsze.

Dodatkowo te wody były do tej pore w znacznej mierze wolne od takich aktywności. Wydobycie ropy, jeśli zostanie znaleziona, może zakłócić homeostazę środowiska naturalnego. Kolejnym powodem do obaw, jest potencjalny rozlew ropy, przy próbach wydobywania jej. RPA jest też krytykowane za pozwolenie na takie działania, w czasach gdy wszyscy powinniśmy skupić się na źródłach energii odnawialnej.

Co mówią aktywiści

Aktywiści martwią się z wyżej wymienionych powodów. Niestety ich retoryka jest często oparta na przekłamaniach. Dla przykładu, wykorzystują zdjęcia wielorybów na plażach, twierdząc, że to efekt badań sejsmicznych. To zjawisko jest łączone z działaniem sonarów morskich, a nie przyrządów używanych do badań sejsmicznych.

Mimo to możliwe jest, że osoby walczące o ochronę środowiska mają rację… niestety nie do końca mają na to dowody. Nie są oni też skorzy do zaakceptowania jakiegokolwiek kompromisu jeśli chodzi o interes kraju w trudnej sytuacji ekonomicznej. Shell będzie przecież stosował się do wytycznych, przeniósł nawet strefę badań od chronionych wód o 3 km dalej niż wymagają tego przepisy. Aktywistów to nie interesuje. Ich zdaniem wód po prostu nie należy dotykać i tyle.

Czy takich aktywistów się lubi czy nie, trzeba pamiętać, że odgrywają oni ważną rolę w walce o środowisko. Firmy takie jak Shell interesują głównie pieniądze. Nie od dziś wiadomo, że wielkie koncerny często ignorują wpływ na ludzi czy środowisko naturalne, a nawet ukrywają to, co wiedzą, że jest szkodliwe. Dobrze jest więc przyjrzeć się argumentom obydwu stron i zdecydować kto ma racje na postawie faktów.

Co zdecydował sąd

Planowo badania sejsmiczne Shella, miały zacząć się pierwszego grudnia. Grupy zajmujące się ochroną środowiska, w tym Greenpeace, pozwały jednak Shella. W związku z tym rozpoczęcie prac przesunięto, czekając na decyzję sądu. Shell podkreślał, że działa w granicach prawa i że te badania są dość standardowe. Aktywiści mówili za to o możliwych strasznych konsekwencjach tych badań dla stworzeń morskich i nie tylko. Sąd najwyższy zdecydował, że nie ma dowodów potwierdzających ich teorie i są to spekulacje. Aktywiści przegrali, ale zapowiadają, że to jeszcze nie koniec walki. Ich zdaniem Shell nie ma odpowiedniej zgody od organów chroniących środowisko.

Pożar magazynu UPL

Podczas gdy ewentualne szkody dla środowiska związane z działaniami Shella stoją pod znakiem zapytania, RPA wciąż nie uprzątnęło bałaganu po jednej z największych katastrof chemicznych w historii RPA. Podczas lipcowych zamieszek podpalono magazyn chemiczny UPL. Przez prawie dwa tygodnie po pożarze ludzie mieszkający w okolicach skarżyli się na toksyczny zapach unoszący się w powietrzu. Toksyczne substancje trafiły też do wody. Pierwsze raporty na ten temat już opublikowano, ale dokładne dane nie są jeszcze potwierdzone. To że mnie ta katastrofa ominęła pokazuje, że nie mówiło się o niej wcale tak dużo. Poinformował mnie o niej Eth, polski YouTuber mieszkający w Durbanie.

Omicron i ban na RPA oraz inne kraje w regionie

24 listopada naukowcy z RPA wykryli nowy wariant koronowirusa nazwany omicronem lub B.1.1.529. W związku z tym odkryciem naukowcy dostali taką piękną nagrodę, że ich kraj, a także ileś innych krajów w regionie (Namibia, Eswatini, Zimbabwe, Bostwana, Angola, Mozambik, Malawi, Zambia i Lesotho) zostały zbanowane przez wiele krajów takich jak UK, USA, Australia, Japonia, Kanada czy cała Unia Europejska. Zakaz dla podróżujących z tych krajów był niemal natychmiastowy, w tym zawracano ludzi na granicach.

Dlaczego to RPA odkryło mutację?

RPA odkrywa już drugą mutację, bo jest dobre w te klocki i ma zaawansowane technologie jeśli chodzi o sekwencjonowanie genomów. Świetni wirusolodzy w kraju to między innymi wynik doświadczenia wielu lat walki z gruźlicą i HIV/AIDS.
Nowa mutacja koronawirusa nie pochodzi z RPA, tylko w RPA została pierwszy raz wykryta. W momencie banów było już wiadomo, że mutacja omicron, nie występowała tylko w RPA, bo jej nosicielem był też Belg, który wrócił z podróży do Egiptu. W stosunku do Egiptu nie zastosowano jednak restrykcji. To samo dotyczyło Hong Kongu, gdzie również znaleziono nosicieli.

Co oznacza zawieszenie lotów do RPA?

W RPA trwa właśnie sezon turystyczny, którego szczyt przypada na grudzień. Jest to olbrzymia strata dla kraju, który do tej pory bardzo ucierpiał przez pandemię. Turystyka jest olbrzymią gałęzią przemysłu tutaj. RPA znajdowało się na czarnych listach wielu krajów, nawet przed wykryciem tej mutacji. Nie miało to nic wspólnego z ilością przypadków, bo gdy w Europie panoszyła się już czwarta fala, RPA miało właśnie czas małej ilości zakażeń między falami. Dla przykładu UK zdjęło RPA z listy krajów, z których nie można było podróżować dopiero w październiku.

Kara za stosowanie się do protokołów?

RPA czuje się ukarane za stosowanie się do protokołów dotyczących informowania o mutacjach. Pamiętajcie, że kraje, o których wspominam nie zwiększyły ostrożności w stosunku do RPA i innych krajów regionu np. narzucając dodatkowe testy czy kwarantannę tylko od razu zakazały lotów. To uderza w turystykę, biznes, ale też ich w zwykłych ludzi, którzy mają rodzinę za granicą albo właśnie stracili pieniądze wydane na wakacje życia. Nie mówię tu nawet o tych, którzy utknęli za granicą czy w podróży.

Przekaz dla innych krajów

Zastanówmy się, jaki ta cała sytuacja daje przekaz innym krajom, zwłaszcza tym biedniejszym, które bardzo polegają na turystyce. Myślicie, że chętnie poinformują inne kraje o odkrytej mutacji patrząc jak z RPA i innych krajów w regionie zrobiono kozła ofiarnego? Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy RPA zostaje w ten sposób ukarane. To tak naprawdę powtórka z rozrywki i wariantu beta z 2020 roku. Wtedy po tyłku za ogłoszenie szczepu dostało się też Brazylii. Podobna sytuacja była z Indiami w kontekście warianta delta.

Szczepionki i mutacje

To prawda, że kraje z niższymi statystykami zaszczepionych osób są bardziej podatnym gruntem na mutacje wirusa. Tu znowu pojawia się problem nierówności na świecie. Bogate kraje miały umowy na szczepionki podpisane już w lipcu 2020, a te biedniejsze pozostały daleko w tyle. Jeśli “pierwszy świat” nie chce mutacji, to musi zacząć myśleć nie tylko o czubku własnego nosa. Karanie krajów za brak dostępu do szczepionek mimo chęci jest nieetyczne. Nikt nie kara aktywnych antyszczepionkowców, którzy są współodpowiedzialni za zwiększanie prawdopodobieństwa mutacji, nie mówiąc już o zabieraniu miejsc w szpitalach.

I co teras?

Zobaczymy. Olbrzymie straty finansowe poniesione przez kraje w regionie to na pewno. Dodatkowo nawet jeśli te bany zostaną zniesione trochę potrwa odzyskanie zaufania społecznego do tych kierunków. Ale kogo to obchodzi? Kraje tzw. pierwszego świata, których bogactwo pochodzi przecież w dużej mierze z eksploatacji krajów afrykańskich, zrobiły zagrywkę polityczną pokazując, że reagują szybko i dla nich wszystko jest cacy.

Czerwony autobus, czyli jak najlepiej zwiedzać Kapsztad

Sezon turystyczny w RPA właśnie się zaczyna na dobre. W związku z tym zainteresowanie przyjazdem tutaj wzrasta, a ludzie chcą wiedzieć jak najlepiej zwiedzić zwłaszcza Kapsztad. Między straszeniem na temat bezpieczeństwa turystów w RPA, a brakiem informacji na wszystkie tematy online, turyści nie wiedzą jak się przygotować do podróży. Tymczasem w Kapsztadzie można tak naprawdę spędzić dwa tygodnie zaliczając super atrakcje bez wynajmowania samochodu. Jak to zrobić? No właśnie kłania się czerwony autobus i wszystkie inne atrakcje organizowane przez tego operatora.

Co to jest ten czerwony autobus?

Basen w dzielnicy Sea Point

To jest dwupoziomowy autobus turystyczny, podobny do tych londyńskich. Autobus ma otwarty górny poziom, więc jest bardzo przyjazny czasom COVID-owym. Już sama przejażdżka jest fajna, bo widzi się super widoki, jeżdżąc nad oceanem, w okolicach góry i w innych piękny miejscach. Cena też nie jest wygórowana, a na pokładzie można sobie posłuchać o atrakcjach mijanych po drodze. Nagrania są dostępne w 15 różnych językach, nie udało mi się potwierdzić, czy jest wśród nich Polski.

Autobus jest o tyle fajny, że można sobie z niego wyjść na dowolnym przystanku, zwiedzić atrakcję, a potem pojechać do następnej. Standardowy pakiet na czerwony autobus to od jednego do trzech dni dostępu do autobusu. Jeśli chcecie zwiedzać dokładnie i interesuje was dużo przystanków sama podstawowa linia to jest zabawa na tydzień. Jednodniowy dostęp do tego środka transportu to w tej chwili 225 randów dla dorosłego (60 PLN) i 130 randów (35 PLN) dla dziecka. Oczywiście im dłuższy pakiet, tym lepsze ceny.

Linia czerwona – Centrum Kapsztadu i okolice

Skwerek w centrum miasta

Linia czerwona to ta najbardziej podstawowa linia czerwonego autobusu i nazywa się Red City Tour. Ze względu na to, że jest ograniczona tylko do centrum Kapsztadu, jeśli macie czas tylko na to, powiedziałabym, że lepiej korzystać z normalnego autobusu MyCiti Bus albo Ubera. Ta trasa wygląda tak:

– START: Waterfront przy akwarium – koniecznie tam zajrzyjcie

– Wieża Zegarowa (Clocktower) – stamtąd można poobserwować foku albo pojechać na wycieczkę na Robben Island, czyli do więzienia na wyspie, gdzie więziony był Nelson Mandela

CTICC – centrum konferencyjne, gdzie odbywają się ciekawe wydarzenia typu expo, koncerty, wystawy. Musicie sprawdzić, czy warto tam wysiąść w danym czasie i czy coś się dzieje

– Long Street – znana ulica imprezowa, jest tu sporo restauracji i sklepów, a niedaleko przystanku autobusu jest Green Market Square, gdzie można zaopatrzyć się w pamiątki

– Góra Stołowa – stąd możecie rozpocząć wspinaczkę na Górę Stołową albo wjechać kolejką

– Camps Bay – ekskluzywna dzielnica Kapsztadu, są tu drogie restauracje i bardzo ładna plaża, gdzie można pójść na spacer albo się poopalać

– President Hotel – ekskluzywny hotel w dzielnicy Sea Point, można wysiąść tu albo na następnych przystankach St. John’s Road czy Winchester Mansions, żeby połazić po sklepach, zjeść coś na markecie Mojo Market albo w jednej z licznych trendy restuaracji, pójść na spacer przy plaży na Promenadzie czy popodziwiać tam różne instalacje artystyczne

– Green Point – przystanek zaraz obok latarni morskiej, znowu macie tu sporo restauracji z widokiem na ocean i można sobie pospacerować przy plaży lub w parku miejskim Green Point Urban Park. Przystanek jest też blisko fajnej lodziarni, The Creamery

Linia Niebieska – Półwysep

Dzielnica Waterfront, gdzie zaczyna podróż czerwony autobus

Linia niebieska zapuszcza się już dalej i to tutaj bus turystyczny zaczyna wygrywać cenowo z innymi opcjami takimi jak Uber czy Bolt. Pierwszy przystanek to po raz kolejny akwarium, a potem macie na liście następujące przystanki:

– Foreshore – w okolicach CTICC, można sobie połazić, ale dupy ta okolica nie urywa, chyba, że chcecie kupić tanzanit albo diamenty, to jest tam dobry sklep

– Long Street – atrakcje opisałam wyżej

– Mount Nelson – ekskluzywny hotel, gdzie można pójść na tak zwane High Tea, czyli angielską herbatkę z olbrzymim wyborem herbat i ciast, ciastek i ciasteczek. Tylko sprawdźcie kiedy to się odbywa, czasem trzeba rezerwować miejsce. Poza tym ten przystanek jest rzut beretem oldschoolowego kina Labia, do którego można podskoczyć dla klimatu oraz bardzo fajnych ogrodów Company Gardens

– Kirstenbosch – przepiękny ogród botaniczny, w którym na spacerach czy na pikniku można spokojnie spędzić pół dnia. Bardzo znany z Boomslang Canopy Trail, czyli takiego mostu, który jakby się chwieje ale nie do końca. Latem w Kirstenbosch można się też wybrać na koncert albo na kino pod gwiazdami

– potem są cztery przystanki, które są częścią fioletowego szlaku degustacji win

World of Birds – największy park ptaków w Afryce, jak klikniecie na link to macie pełną relację z tego miejsca

– Imizamo Yethu – township czyli slumsy w Hout Bay, dostępna jest wycieczka z przewodnikiem. To już wasz moralny kompas musi zdecydować czy bieda w obcym kraju to waszym zdaniem atrakcja turystyczna.

– Mariner’s Wharf – przystań rybacka z masą operatorów wycieczek “wodnych”, można tu sobie wykupić wycieczkę na wyspę fok, pływanie z fokami, kajaki morskie, co tam chcecie, można też po prostu pochodzić po tej przystani, są ładne widoki i foki często się relaksują na pomoście

– kolejne przystanki są te same, co na czerwonej trasie: Camps Bay, President Hotel, St. John’s Road, Winchester Mansions i Green Point

Trasa fioletowa – Degustacja win

To kolejna trasa dostępna przy standardowych pakietach czerwonego autobusu. Można wtedy odwiedzić trzy farmy wina – Groot Constantia, Eagles Nest, Beau Constantia i Constantia Nek. Ta trasa pozwala też wybrać się na spacer po górach, Constantia Nek.

Inne atrakcje tego operatora

Poza zwykłymi wycieczkami na standardowych trasach czerwonego busa można też wykupić inne wycieczki:

– całodniowa wycieczka po regionie winiarskim – to jest wyjazd poza Kapsztad do miejscowości Stellenbosch, Franschhoek i Paarl, z kilkoma degustacjami w cenie, wycieczką po piwnicy na wino i z podwózką i odbiorem z hotelu

– całodniowa wycieczka z testowaniem wina w Franschhoek, korzystając z oldschoolowgo tramwaju, który podrzuca was na różne farmy wina. Transfer z i do hotelu jest ogarnięty

– całodniowa wycieczka do pięknego rezerwatu przyrody, gdzie jest Przylądek Dobrej Nadziei oraz wizytę na Boulders Beach, gdzie żyją pingwiny

– wycieczka łódką po porcie w Waterfroncie z podziwianiem fok

– wycieczka łódką po kanale

– dojazd na piknik o zachodzie słońca na Signal Hill i z powrotem

Mają też inne deale, na które warto rzucić okiem.

A może lepiej Uberem?

A może lepiej pojechać Uberem albo wynająć samochód? Wszystko zależy od tego, co chcecie robić. Ten czerwony autobus to jest najbezpieczniejsza i najłatwiejsza opcja, gdzie o nic nie musicie się martwić. Wysadzają was przed atrakcją, a jak skończycie to wracacie na przystanek i czekacie na następny autobus. Jeśli mieszkacie w centrum czy w Waterfroncie, gdzie zatrzymuje się wielu turystów, czerwony autobus przebija Uber pod względem ceny dojazdów zwłaszcza na linii niebieskiej i fioletowej. Do tego przystanki są w fajnych miejscach i tak naprawdę można i spędzić pół dnia pierwszy raz w Sea Point, Camps Bay, samym centrum, już nie mówiąc o samym Waterfroncie.

Wywiady z Polakami: Karolina z Życie jak w Afryce

Od dawna chodził mi po głowie pomysł rozmów z Polakami i Polkami, którzy mieszkają w RPA, a kiedyś także szerzej na całym kontynencie afrykańskim. Ten pomysł nie zrodziłby się pewnie w mojej głowie, gdybym nie wpadła nie cykl Ani Błażejewskiej z Polakami mieszkającymi w Azji, “Powiedział mi Ekspata”.

W końcu udało mi się zabrać za ten projekt z czego się bardzo cieszę. Mam już kilku kandydatów do następnych wywiadów. Do pierwszej rozmowy zaprosiłam Karolinę, która razem z mężem w RPA mieszka na pół etatu, a na drugie pół w Wielkiej Brytanii. Zapraszam do lektury i podziwiania ich zdjęć!

W RPA macie drugi dom. Opowiesz jak to się wszystko zaczęło?

Zwierzęta są ciekawskie i przesiadują pod domem

Może zacznę od przedstawienia nas, Karolina i Grzegorz, czyli Życie jak w Afryce. Dom w buszu znaleźliśmy kilka lat temu. Bywaliśmy wcześniej w Afryce, ale nie braliśmy pod uwagę nieruchomości w tak nietypowym miejscu jak rezerwat przyrody.

Od długiego czasu snuliśmy plany jak może wyglądać nasze życie za 20, 30 lat. Co będziemy robić? Myśleliśmy o naszej emeryturze, gdzie i jak ją spędzimy… Może to i niepopularny temat, bo jednak na co dzień człowiek jest uwikłany w gonitwę i zwyczajnie nie ma czasu, możliwości na zastanawianie się. Stwierdziliśmy jednak, że starości nie można traktować pobłażliwie. Trzeba mieć jakiś plan, bo nie wiem jak długo będziemy zdrowi, sprawni itp.

My również żyjemy w pędzie, ale myślenie nasze ukierunkowane było także na to z czego będziemy żyć. Mimo zmian na świecie dotyczących stylu życia, łatwości przemieszczania się, nadal ludzkość skoncentrowana jest na funkcjonowaniu tylko w jednym kraju. My mieliśmy szansę sporo przez lata podróżować, dużo widzieliśmy i to również buduje nową perspektywę, zmienia punkt widzenia.
Dom w buszu stał się dla nas odskocznią od stresu, takim azylem.

Pokochaliśmy to tzw. simple life. Trochę się z tego terminu nabijamy, bo w domu mamy mimo wszystko wszelkie udogodnienia, jak porządne wanny, w których można się zrelaksować, zmywarki, internet itp. No ale musimy się również odrobinę ścierać pomiędzy idealistycznym wyobrażeniem domu a realiami buszu. Czasami brakuje prądu*. Ostatnio mieliśmy awarię i zaczęliśmy myśleć nad alternatywą w postaci energii słonecznej.

Dom jest podzielony na osobne apartamenty i w każdym jest również kuchnia gazowa, na wypadek przerw w dostawie elektryczności. Musimy też uważać, aby nie wpuszczać zwierząt do domu, nie zostawiać uchylonych drzwi. Wczoraj guziec już pakował się nam na taras… bo przecież u siebie jest… Zwierzęta po pewnym czasie stają się zwyczajnie bardzo śmiałe…

*Przypis Magdy: Planowane problemy z dostawą prądu dotykają całe RPA. Jest to tzw. loadshedding, czyli odciążanie przeciążonej sieci, która nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu. Kiedyś napiszę na ten temat więcej.

Wasz pierwszy dom nie jest jednak w Polsce. Jak trafiliście do Wielkiej Brytanii, co tam robicie i jak wam się tam żyje?

Motocyklem i promem przez świat… wracamy z Turcji do Grecji. Lubimy to wspomnienie, bo cudem udało nam się ten prom znaleźć…

Mamy podwójne obywatelstwa polskie i brytyjskie. Mieszkamy w Wielkiej Brytanii. Dziadek mojego męża był tu pilotem dywizjonu bombowego 301 w czasie wojny.

Grzesiek jest lekarzem myślę, że z powołania. Mówi z dużą pasją, że zawsze chciał nim być. Ja zaczynałam swoją pracę zawodową w obszarze pomocy społecznej również z ogromnej pasji do pracy z ludźmi. Głównie skoncentrowałam się na tych, którzy żyją bez dachu nad głową, ofiarach handlu ludźmi, generalnie ludziach w ogromnym kryzysie życiowym.

Hobbystycznie lubimy podróżować, fotografować… żagle, motocykle, klasyczne samochody, nurkowanie… mamy sporo pasji… nie nudzimy się… potrafimy zorganizować sobie czas. Oczywiście nie chodzi o przesiadanie się z jednego pojazdu na drugi i gnanie gdzieś przed siebie. Lubimy usiąść gdzieś z książką, popatrzeć na zachód słońca, docenić świat.

Kilka lat temu pojawił się, właśnie po latach podróży, pomysł na dom w buszu. Poznaliśmy kawał globu i zawsze szukaliśmy ciekawych miejsc. Afrykę również wielokrotnie odwiedzaliśmy. Mówiąc szczerze już kilka lat wcześniej rozglądaliśmy się za domem gdzieś… w jakimś naszym raju. Początkowo miała być to Turcja, w której spędzaliśmy dużo czasu żeglując, jeżdżąc motocyklem. Prowadzimy bardzo aktywne życie.

Dom w buszu pojawił się w zasadzie przypadkiem, gdy wpadliśmy na to specjalne miejsce na ziemi. Znaleźliśmy też taką starą bidulkę i zaczęliśmy go remontować, rozbudowywać. Większość robiliśmy sami aby zredukować koszty, no i przyznam, że mój mąż potrafi i lubi budować, remontować. Nauczył go tata i ta umiejętność bardzo się w życiu przydaje. Ja przyznaję, wcześniej nie robiłam remontów samodzielnie w domu. Kiedy się poznaliśmy siłą rzeczy, potrzebą życiową pewnych czynności również się nauczyłam. Zresztą mówiąc o domu w buszu trzeba być realistą i zwyczajnie w wielu kwestiach lepiej jest wiedzieć jak coś naprawić, zrobić samodzielnie. Zresztą w Anglii również dużo w domu robimy sami.

Mieszkacie w dość niecodziennym miejscu w RPA. Możesz trochę opowiedzieć czytelnikom o Marloth Park?

Zwierzęce nazwy ulic w naszym Marloth Parku

Marloth Park to taka nietypowa forma rezerwatu przyrody. Często tłumaczę tą kwestię w mediach społecznościowych. Wiele lat temu obszar ten był farmą przy Narodowym Parku Krugera. Zwyczajnie w świecie pozwolono aby busz to miejsce naturalnie przejął dla siebie, zaadoptował, rozszerzył obszar parku narodowego. Dzisiaj mamy tu busz i zwierzęta jak w Parku Krugera. Jedyna różnica polega na tym, że my, ludzie mamy tu też swoje domy.

Jakie zwierzęta widzicie na co dzień?

Przychodzą pod dom i już… zwyczajnie tak nam stoją pod tarasem...

One tu zwyczajnie wszystkie mieszkają od żyraf, po zebry, wszelkiej maści antylopy, hipopotamy nad rzeką… co tylko w afrykańskim buszu jest, żyje wszędzie wokoło.

Czy mieliście jakieś niebezpieczne sytuacje w buszu albo przygody, o których chciałabyś opowiedzieć?

To logiczne, że nie możesz wyłączyć drapieżników z obszaru, który z założenia ma być rezerwatem. Zaburzysz wtedy cały system.

Podstawową zasadą jest zdrowy rozsądek. Przede wszystkim ludzie tu żyją. Jest też drugi efekt, czyli odrobinę przesiąknięci jesteśmy filmowo-medialnym obrazem dzikich zwierząt atakujących ludzi. To jest ich naturalne środowisko i należy być ostrożnym, aby komuś przez przypadek na ogon nie nadepnąć. Bądźmy tu realistami, nikt nie lubi być zaskakiwany i deptany.

Możemy tu normalnie chodzić. Z racji powyższego, zalecamy chadzanie po drogach, ścieżkach, nie wchodzenie w wysokie trawy czy krzaki. Od naszego domu ścieżka zwierzęca prowadzi jakieś 200 metrów nad rzekę. Sami jednak jesteśmy ostrożni i raczej się tam nie pakujemy bez potrzeby. Jeżeli już to w okresie zimowym, kiedy jest mało liści i wszystko w buszu widać. Zbytnią odwagą można zrobić sobie krzywdę. Uważamy na węże. Kiedyś Grzesiek spotkał się oko w oko z kobrą plującą w garażu, robiąc porządek. Teraz porządek jest, kobra się wyniosła.

Jakie zwierzęta uznawane za niebezpieczne tam mieszkają?

Przy kontaktach z guźcami uważać szalenie należy na dolne kły, które ostrzone są przy każdym ruchu pyska o charakterystycznie zawinięte kły górne.

No i tutaj dochodzimy właśnie do sedna… co to znaczy niebezpieczne? Bo my zawsze powtarzamy, że szalenie należy uważać na komary, z uwagi na malarię* i tu nie ma żartów.

Ponownie wracam do przejaskrawionego filmowo obrazu dzikich zwierząt rzucających się ludziom do gardeł. Tylko jaki miały by w tym cel? Człowiek i zwierzę żyli od dawien dawna na tym globie. Na pewnym etapie cywilizacyjnym zaczęliśmy się od siebie odsuwać. Ludzie z prostej konstrukcji wiosek, prostych sposobów codziennego funkcjonowania, zaczęli przenosić się do coraz większych skupisk i odsuwać od natury, przyrody.

Mimo wszystko żyjemy na tym świecie wspólnie, tylko jako ludzie sporo w tych relacjach namieszaliśmy. Trochę uprościłam ten wielowiekowy proces, ale zmierzam do zdefiniowania NIEBEZPIECZNOŚCI… W naszych ludzkich głowach zakorzenione jest wyobrażenie dzikich kotów, które na nas zewsząd czyhają. Z

awsze powtarzamy, że sami możemy sobie to niebezpieczeństwo wygenerować z każdym najsłodszym stworzonkiem w okolicy i nie potrzeba do tego lwa. Wystraszone antylopy też stratują albo uderzą porożem. Paradoksalnie należy być bardzo uważnym na ruchy małych antylop z krótkimi rogami, bo są niezwykle płochliwe i mają lepsze pole manewru takim krótkim „narzędziem”. Może być to dla nas bardzo niebezpieczne.

Strusie walczą środkowym, silnym pazurem, który również działa jak rozpruwające ostrze. Potrafią również uderzyć skrzydłem. Jako, że przyjeżdżają do nas turyści, mieliśmy kiedyś wypadek, w którym mężczyzna miał przez uderzenie strusia złamany obojczyk… bo zaczął go gonić… nie struś… turysta gonił strusia… i struś się zirytował, bo zwyczajnie nie miał ochoty na gonitwę jak z kreskówki…

*Przypis Magdy: W RPA zagrożenie malarią jest tylko w niewielkiej części kraju, ale na przykład tam, gdzie mieszkają Karolina i Grzegorz. Mówimy głównie o terenach przy granicy z Mozambikiem, Zimbabwe i Królestwem Eswatini, w tym o Parku Krugera.

Założę się jednak, że nie spotykacie ich codziennie. Ludzie często kojarzą nie tylko RPA, ale i cały kontynent z niebezpiecznymi zwierzęta. Czy takie skojarzenia i związany z nim strach są twoim zdaniem uzasadnione?

Fotografia to  pasja! Często robimy zdjęcia zwierzętom. Busz to raj dla fotografa. Nie zdradzamy miejsc, w których widuje się dzikie koty, aby miały spokój. Może dlatego lubią tu spędzać czas.

Kurczę szkoda, że się nie założyliśmy o coś kosztownego hihihi… Żarty żartami, ale mamy tu wszystko co w buszu żyje. Wiele lat temu przesunęliśmy słonie do Parku Krugera, z którym mamy płot, w sumie siatkę. Powód, to oczywiście duża liczba przyjezdnych i nie zawsze idąca za tym umiejętność obcowania z dzikimi zwierzętami. Słonie są niezwykle wrażliwe. Przechodzą jednak przez tą cholerną siatkę, bo nie wiedzą, że nie wolno, czy jakoś tak… Ostatnio jeden przemaszerował przez główną ulicę.

Systematycznie uciekają hipopotamy znad rzeki. W zbiornikach wodnych są krokodyle. Jak wszędzie są węże. Kotom ciężko wytłumaczyć, że mają nie przechodzić po gałęziach drzew nad siatką. Mamy dwa rezydujące lwy, w wyznaczonym obszarze Marloth Parku. Zdarza się, że przychodzą lwy z zewnątrz np. te które chcą przejąć teren po naszych lwach. Lamparty łażą gdzie chcą i też nie kumają, że niby gdzieś nie wolno, że są jakieś zakazy.

Mamy wewnętrzną policję i strażników, którzy na bieżąco informuje nas mieszkańców, jeżeli na jakichś ulicach widziane były koty (pozytywna magia Facebooka). Uprasza się wtedy o ostrożność i nie spacerowanie o zmroku. Tak jak jednak pisałam na początku. My tu żyjemy, chodzimy do sklepu, jeździmy na rowerach, chodzimy na basen, bo też mamy tu niezłe zaplecze rekreacyjne. Nazywamy to miejsce BUSHTOWN.

Opowiedz, jak wygląda wasz zwykły dzień w waszym południowoafrykańskim domu.

Kończymy właśnie drugi, przestronny apartament. Będzie dostępny od grudnia. Taki sobie wymarzyliśmy. Mamy trochę opóźnienia z racji kryzysu zdrowia na świecie, przez ostatnie 1,5 roku.

Zwykły niezwykły, bo otwierasz drzwi domu i spotykasz wpatrzone w Ciebie zebry, skubiące liście żyrafy… To jest ten rajski, disneyowski obraz, który najczęściej prezentujemy. Mimo wszystko jak mamy jakiś problem do rozwiązania, to nie mamy czasu tego filmować i pokazywać na fejsbuku.

Prawda jest taka, że żyjąc blisko natury trzeba również zdawać sobie sprawę z np. jej prób przejęcia Twojego domu… Zwierzęta próbują się pakować do środka i przejmować nasz teren hihihi. My od 2019r. próbujemy wyremontować dom do końca. Na drodze ludzkości stanął COVID i utrudnił i opóźnił wszystko. Ten trudny czas spędziliśmy w Wielkiej Brytanii.

Dlatego teraz ponownie wróciliśmy do domu w buszu i każdego dnia tak naprawdę pracujemy przy porządkowaniu i budowaniu, przerabianiu. Relaks tutaj to siedzenie przed domem po całym dniu pracy. Przychodzą zwierzęta, słuchamy dźwięków buszu, jeździmy nad rzekę poobserwować kto tam chodzi, fotografujemy. Mamy w planach dwie rozpoczęte książki. Dla mnie personalnie to raj introwertyka. Mój mąż też tak mówi, ale nie chcę za niego odpowiadać. W każdym razie jesteśmy wielkimi indywidualistami.

Jakie udogodnienia są dla Was dostępne. Czegoś wam brakuje, gdy tam jesteście?

Taras, z którego głównie pokazujemy filmy ze zwierzętami…

Tu jest wszystko, czego do życia potrzebujesz, od sklepu po fryzjera. W okolicy za bramą naszego miasteczka są standardowe duże markety. U nas wewnątrz jak nie chce Ci się jechać do miasta to mamy dwa centra sklepowe, gdzie też wszystko załatwisz. Mamy baseny, ludzie przyjeżdżają tu na wakacje. Świat się kręci.

Czasami zabieramy coś ze sobą z Wielkiej Brytanii, albo Polski, bo zwyczajnie niektóre rzeczy człowiek już ma w domu i nie musi kupować nowych, niektóre zwyczajnie lubisz i chcesz je przywieźć. Bywa, że są to bardzo prozaiczne kwestie. Ostatnio się okazało, że większość rzeczy najlepiej przechowuje się w metalowych skrzyniach, które kupiliśmy w Anglii. Codzienność uczy rozwiązań.

Co zwiedziliście w RPA?

A to my, a w tle nasz Land Rover. To bardzo afrykański samochód, wręcz symbol Afryki.

Przygodę z RPA zaczęliśmy od wizyty w Johannesburgu i się nie polubiliśmy, bo jest nieprzyjazny. Generalnie z natury nie jesteśmy zbyt miastowi i unikamy dużych zbiorowisk. W Wielkiej Brytanii też mieszkamy na wsi. Także jeżeli duże miasto to na weekendowy wyjazd. Lubimy Paryż, Nowy York, bo mają swój klimat, warto je odwiedzić jeżeli masz taką chęć i możliwość, ale potem z radością wrócimy w nasz cichy świat.

RPA to tak wielki kraj, że ciężko go szybko przemierzyć wzdłuż i wszerz. Byliśmy raz w Kapsztadzie, w Durbanie, w okolicy Johanesburga uwielbiamy Cradle of Humankind. To były nasze pierwsze przyjazdy tutaj i wtedy więcej jeździliśmy po kraju żeby go poznać. Potem jednak szybko odwiedziliśmy Mozambik, na granicy z którym obecnie mieszkamy, bo interesowały nas wieloryby i delfiny.

Ktoś zapyta… a ludzie? Co z nimi? Na naszych stronach rzadko dotykamy tematu ludzi, bo po pierwsze z racji kryzysu zdrowia na świecie w ostatnim czasie, piętrzących się problemów ekonomicznych gospodarek, zajęci prowadzeniem własnej firmy i rozwiązywania jej problemów, z remontami na głowie również w tym samym czasie… zwyczajnie nie mieliśmy jak siedzieć i pisać artykułów o problemach ludzi tutaj.

Wiele sytuacji zapada nam w głowach, o wielu jeszcze wkrótce napiszemy… bo nie wolno problemów świata tego traktować po łebkach. Zwyczajnie nie ładnie. Przyzwyczailiśmy nasze ludzkie mózgi do scrolowania, szybkiego przechodzenia z tematu na temat. Tu ludzie umierają, tam ładne zdjęcie kota, potem czyjeś problemy zdrowotne, znowu zdjęcia kota… Tracimy przy tym wszystkim zdrowy rozsądek. Afryka uczy też cierpliwości. W buszu czas płynie też trochę wolniej… Spokojnie wszystko Wam opowiemy w swoim czasie.

Czy jest coś, co chcielibyście powiedzieć Polakom o RPA? O tym kraju mało się pisze po polsku, a jeśli już to raczej negatywnie?

Busz buszem, ale mieszkamy na granicy z Mozambikiem i do wody od nas niedaleko. Fotografowanie migrujących wielorybów…

Magda ja myślę, że Ty to zawsze na swojej stronie tak fajnie zbierasz informacyjnie do kupy, że trudno mi coś dodać. Bardzo mile nas zaskoczyła reakcja RPA na COVID, szybka i jednoznaczna, kiedy my w Europie dopiero się rozciągaliśmy po przebudzeniu. Ludzie tutaj chodzą w maskach, przed wejściem do sklepu mierzona jest temperatura.

RPA pamięta ebolę, HIV* i to sądzić można trzeźwi reakcje. Grzesiek jest lekarzem i z racji zawodu nie jest w stanie traktować tematu pobłażliwie. Przez wiele lat obydwoje pracowaliśmy z ludźmi z dużymi problemami. Ja zaczynałam swoją pracę w obszarze pomocy społecznej, współpracowałam z policją. Obydwoje mieliśmy zawodowe kontakty z osobami w zakładach karnych, lub po ich opuszczeniu, z osobami, które w kryzysowej sytuacji tracą dach nad głową, z tymi, którzy od lat żyją na ulicy, z ofiarami handlu ludźmi, z chorymi w tylu obszarach, że aż trudno to wymieniać. Generalnie widzieliśmy jak życie potrafi smagać. Dlatego też może staramy się o ludzkich problemach pisać na zasadzie… zasiadam do tematu i staram się go wyjaśnić, bo oby nikt z nas nie musiał się tak w życiu męczyć.

Na świecie i w RPA widzimy i widzieliśmy mnóstwo problemów na co dzień. Afryka jest piękna, natura jest niezwykle pierwotna, człowiek czuje tą dzikość gdzieś z tyłu głowy i to niesamowicie fascynuje. Jak wszędzie jednak jest ta ciemna strona mocy. Lubimy zawsze małe miasteczka, wioski, bo tam człowiek ma możliwość spotkania kogoś, ludzie są ciekawi, my jesteśmy ciekawi ich.

Przypis Magdy: W RPA były tylko dwa przypadki eboli, w tym jeden śmiertelny, bo kraj szybko zareagował restrykcjami na granicach. Epidemia HIV/AIDS dalej trwa i z tym wirusem żyje około 14% społeczeństwa. RPA ma jednak świetne programy prewencyjne, dzięki czemu dzieci matek zarażonych HIV rodzą się bez wirusa, a dzięki lekom leki antyretrowirusowym osoby zarażone HIV prowadzą praktycznie normalne i długie życie.

Czy proces kupna domu i przeprowadzki był skomplikowany? Jakie rady dałabyś sobie teraz po przejściu całego procesu?

Dom w buszu pokryty strzechą, ale wewnątrz wszystko czego potrzebujesz do życia od pralki, po zmywarkę.

Zdecydowanie nie jest trudny. Wszystko załatwia agent i obsługa prawna. Formalność jak zawsze i trochę papierków. Potem najmniej przyjemna kwestia czyli płatność, ale to wszędzie na świecie.

Jeśli ktoś chciałby was odwiedzić to można wynająć u was lokum. Kiedy można do was przyjechać, ile to kosztuje i co oferujecie gościom?

Sypialnie połączone z łazienkami…

Mamy dwa apartamenty. Jak wspominałam wcześniej drugi dwuosobowy (plus dostawka na dziecko) właśnie kończymy. Jeden pięcioosobowy skończony.

Na naszej stronie www.zyciejakwafryce.pl starałam się wszystko skrupulatnie opisać. Z racji takiej, że dopiero zaczynamy mamy promocję na rezerwacje dokonane do końca roku. W skrócie 5-osobowy apartament kosztuje 500 funtów brytyjskich/ok. 2700 zł za tydzień. Apartament 2+1- 350 gbp/ok1800 zł za tydzień.

Po więcej informacji prosimy o kontakt z nami bezpośredni albo mailem zyciejakwafryce@gmail.com albo przez formularz kontaktowy na stronie powyżej, albo piszcie do nas na mesendżerze.

Z wygodną wanną…

Gdzie czytelnicy mogą się dowiedzieć więcej o waszym życiu w Marloth Parku? Prowadzicie jakieś media społecznościowe?

Z przymrużeniem oka-mówię im, ustawcie się do zdjęcia na Insta… Grzesiek i Landrover od razu zrozumieli o co chodzi…

Facebook i Instagram głównie. Mamy też w planach rozwinięcie naszego kanału na YouTube, bo gdzieś tam został w tyle. Wszystko jest strasznie czasochłonne, ale staramy się to opanowywać krok po kroku. Tym bardziej, że wszystkie zdjęcia i filmy są nasze. Nie szerujemy czyichś materiałów. Tu nie chodzi o nasz kaprys. Spędzamy bardzo dużo czasu i wkładamy ogrom pracy w przygotowanie zdjęć.

Na naszej stronie internetowej również mamy sporo materiałów, opisujemy jak wygląda życie w buszu. Jest tam mnóstwo zdjęć, filmów i tekstów jak to wszystko wygląda u nas na co dzień.

Nie jesteśmy profesjonalnymi fotografami, ale robienie zdjęć wymaga czasu. Cały proces to nie tylko wstawanie o świcie i szukanie światła idealnego, ale też panowanie nad sprzętem. Piękna pasja, pierwotnie mojego męża. Zaraził mnie „zdjęciologią”.

Śmieszne jest jednak to i zarazem fascynujące, że każdy z nas ma inne spojrzenie na tą samą sytuację. My obydwoje z racji indywidualizmu potrafimy się przy tym posprzeczać, ale ciekawostką jest, że każdemu może wyjść coś innego, inny obraz spod każdego pędzla…

Nowa seria

Mam nadzieję, że wywiad was zaciekawił. Jak już wiecie, możecie śledzić Karolinę i Grzegorza na różnych mediach społecznościowych, a nawet ich odwiedzić. Jeśli macie do nich jakieś pytania, możecie zadać je w komentarzach, obiecuję przekazać 🙂

Jesteś Polakiem lub Polką mieszkającym w RPA lub innym afrykańskim kraju? A może znasz kogoś, z kim mogłabym zrobić ciekawy wywiad? Dajcie znać, jestem otwarta na propozycję 🙂