Język afrikaans i jego pomnik

W RPA jest oficjalnie 11 języków urzędowych. Nie jest jednak tajemnicą, że takim najbardziej oficjalnym jest język angielski. Używa się go w biznesie i w dużej mierze w szkolnictwie. Ciężko jest znaleźć dobrą pracę nie znając angielskiego, choć np. w mojej prowincji język afrikaans (lub afrykanerski) również może być przydatny.

W dzisiejszym poście dowiecie się trochę więcej o afrikaans, jego historii, przebrzydłym pomniku oraz czemu w kraju z dużą różnorodnością językową ten akurat język jest wciąż dość problematyczną kwestią.

Pomnik języka afrikaans

Widziałam już rzeźby upamiętniające różnorodność językową w RPA, ale o rzeźbie dla konkretnego języka słyszałam tylko jednej. Gdzieś czytałam, że to jedyna taka rzeźba na całym świecie, ale nie wiem czy to prawda. Myślę, że ta 57 metrowa budowla świetnie oddaje to, że afrikaans bierze siebie raczej na poważnie.

Pomnik języka afrikaans (Afrikaanse Taalmonument) znajduje się około godziny jazdy od Kapsztadu w miejscowości Paarl (tam gdzie brałam ślub!). Jeśli jesteście fanami Doctor Who, być może rozpoznacie go z 12 sezonu. Pomnik jest wysoki i rozległy, bardzo ciężko go sfotografować w całości. Właśnie dlatego daje wam kilka fotek i filmik gratis. Do środka można wejść, jest tam nawet fontanna.

Poza samym pomnikiem, równie subtelnym jak Pałac Kultury, jest tam maleńkie muzeum, miejsce na piknik i kilka tras wspinaczkowych. W muzeum można się między innymi dowiedzieć o tym, że afrikaans to najmłodszy afrykański język. Pochodzi od niderlandzkiego i Holendrzy nie mają problemu, żeby afrikaans zrozumieć. Podobno w drugą stronę jest już ciężej. W muzeum wspomina się też o historycznych problemach z afrikaans… No właśnie!

Problemy z afrikaans

Afrykanerzy albo Burowie to potomkowie osadników (albo kolonizatorów) pochodzenia holenderskiego. Poza Afrykanerami w RPA mamy też osadników (albo kolonizatorów) pochodzenia angielskiego. Bez wchodzenia w szczegóły historyczne od stuleci między osobami mówiącymi w afrikaans, a osobami mówiącymi po angielsku jest konflikt i żywią do siebie średnio ciepłe uczucia.

W czasie apartheidu i czasów segregacji rasowej podjęto decyzję, że nauka w kraju będzie 50% w afrikaans, a 50% po angielsku. To już samo w sobie było problematyczne, bo zupełnie ignorowano języki afrykańskie. Czarnoskórzy nauczyciele znali angielski, ale w afrikaans nie mówili wcale albo dobrze. Mimo tego w segregowanych szkołach mieli w tym języku uczyć. Ten wymóg jeszcze bardziej obniżał poziom szkolnictwa dla osób czarnoskórych.

W rezultacie ludzie mieli dość tej opresji. W 1976 w township Soweto w Johannesburgu zaczęły się protesty. Co ciekawe było to w rok po ukończeniu pomnika, o którym wspomniałam. Kulminacja protestów nastąpiła 16 lipca, kiedy to 1500 uczniów zorganizowało protest. Policja otwarła do nich ogień i zabito ponad 100 osób. Dla upamiętnienia tego wydarzenia 16 lipca to dziś święto narodowe, tzw. Dzień Młodzieży (Youth Day). Szkołom w rezultacie pozwolono wybrać język nauczania i wybranym językiem w przeważającej większości był angielski.

Angielski to przyszłościowy język nie tylko w samym RPA, ale też otwiera możliwości pracy na świecie. Dlatego dziś tak bardzo dominuje w RPA. Na szczęście teraz są też ruchy walczące o promocję języków afrykańskich, tak aby było je widać więcej w przestrzeni publicznej. Widzę np. fajne książki dla dzieci w językach afrykańskich czy nowe gazety.

Afrikaans dzisiaj

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że afrikaans to nie jest tylko język Afrykanerów. Dla koloredów, a także niektórych indusów i czarnoskórych to język ojczysty, z którym się identyfikują. Szacuje się, że na świecie mówi w tym języku ok. 17 milionów ludzi. Poza RPA, mówi się w nim też w Namibii czy w mniejszym stopniu w Botswanie, Zimbabwe i Zambii.

Dodatkowo w samym RPA są trzy różne dialekty Afrikaans. Oczywiście jest masa stereotypów między osobami mówiącymi w tych dialektach, typu śmianie się z akcentu czy ze słownictwa. Dialekt z dzielnicy klasy robotniczej Cape Flats w Kapsztadzie, czyli tzw. Kaaps or Afrikaaps powoli zaczyna uznawać się za osobny język. Ma już nawet swój pierwszy słownik. No, ale ta dzielnica i skąd się tam ludzie wzięli to jest temat na osobny post 🙂

Mimo tego zróżnicowania kwestia afrikaans dalej jest problematyczna. Stereotypowy Afrykaner nie chce i nie lubi mówić po angielsku oraz uważa, że głównym językiem w RPA powinien być afrikaans, a nie angielski. Z jednej strony podkreślam słowo stereotypowy, bo wiele osób takich nie jest. Z drugiej strony Afrykanerzy zwłaszcza w małych miejscowościach potrafią być bardzo niemili, jeśli mówi się do nich po angielsku.

Widziałam też kilka nieprzyjemnych sytuacji, gdy Afrykaner mówił w afrikaans głośniej i głośniej do osoby, która go ewidentnie nie rozumiała… albo po prostu darł się na kogoś, żeby do niego nie mówić po angielsku. Wiecie coś na zasadzie, jak mieszkasz w RPA to się naucz afrikaans! Brzmi znajomo? Trzeba pamiętać, że w RPA takie zachowanie ma bardzo negatywne konotacje zarówno historyczno, jak i rasowe.

W tej chwili na forum publicznym spory kręcą się wokół wprowadzania afrikaans np. jako drugiego języka wykładowego, podczas gdy języki afrykańskie nie mają tego przywileju. O angielski nikt się nie kłóci bo raz, że jest użyteczny, a dwa, że to wspólny język większości mieszkańców RPA niezależnie od języka ojczystego czy etniczności.

Dla przykładu trwa teraz spór z uniwersytetem UNISA, który chce nauczać tylko w afrikaans i po angielsku. Jak podkreśla partia EFF, jeśli wprowadzają afrikaans jako język wykładowy to powinni też wprowadzić języki afrykańskie. Zaledwie dla 13% społeczeństwa afrikaans to język ojczysty, podczas gdy Zulu jest takim dla 22% społeczeństwa, a Xhosa 18%. Dlaczego więc Afrikaans ma mieć ten przywilej? Już pomijając okropną historię dominacji afrikaans, obiektywnie mają rację!

Moja przygoda z afrikaans

Afrikaans jest językiem dość łatwym – ma tylko trzy czasy, masa słów jest podobnych do angielskiego. Głównym problemem są niektóre długie, często złożone słowa oraz momentami dziwna składnia. Skoro język jest łatwy dlaczego więc po mieszkaniu 10 lat w RPA dalej nie mówię w nim biegle? Zwłaszcza, że ogólnie jestem zaparta z językami i znam kilka?

Pierwszy raz za afrikaans zabrałam się po przyjeździe, gdy przygarnęła mnie grupa znajomych z pierwszym językiem afrikaans. Jak tylko sobie popili to zaczynali nadawać w afrikaans, chciałam czy nie chciałam musiałam go trochę ogarnąć. Wtedy praatałam całkiem nieźle, ale po dwóch latach towarzystwo się rozpadło. Kilka lat później miałam jednego chłopaka Afrykanera to znowu trochę przysiadłam. No i trzeci raz w lockdownie znowu spróbowałam… w rezultacie ogarnęłam dwa inne języki, a afrikaans dalej nie 😀

Sam język jest ładny, ale mam z nim złe skojarzenia. Z mojego byłego z czasem powychodziły straszne poglądy dał mi np. wykład na temat tego jak ludzie o różnych kolorach skóry nie powinny “się mieszać”, bo to tak jak mieszać dwa gatunki zwierząt i inne takie rasistowskie kwiatki. Jego rodzina też z czasem zaczęła czuć się ze mną bardziej komfortowo i dzieliła się podobnymi poglądami. Był to strasznie wykańczający psychicznie związek, bo wszystko co partner przedstawił mi na początku okazało się kłamstwem – otwartość kulturowa, stan jego finansów, zawód, wykształcenie, podejście do religii. No wszystko 😀 Jak mi się ta relacja przypomni to do dziś mnie trzącha. Afrikaans dalej mi się z nim kojarzy.

A w szerszym kontekście to mimo że Afrikaans to nie tylko język Afrykanerów, z mojego doświadczenia wynika, że tylko niektórzy Afrykanerzy mają problem z rozmawianiem z innymi po angielsku. Ci natomiast, którzy mają z tym problem często mają straszne poglądy typu biała supremacja. Rozmowa z takimi osobami to słaba motywacja. Dodatkowo zdecydowanie dominuje tu angielski i wszystko można w tym języku załatwić. Teraz moje wysiłki w afrikaans skupiają się więc głównie na próbie przebrnięcia przez ciekawą książkę w tym języku.

Czy afrikaans jest potrzebny na wakacje w RPA?

Ogólnie nie. Natomiast jeśli jedziecie do mojej prowincji Western Cape, Northern Cape albo Free State i chcecie się zapuścić poza miasto czy poza atrakcje turystyczne to na pewno może się przydać. Czego się na szybko nauczyć? Podstawowych zwrotów i liczenia, nazw jedzenia, słownictwa, jeśli macie jakieś wymagania, typu jeśli jesteście wegetarianinem. Aczkolwiek z tym ostatnim i tak będziecie mieli problem w mniejszych miejscowościach. Weganin może liczyć co najwyżej na pomidory z własnymi łzami.

Jeśli macie jakieś pytania to zapraszam do komentowania. Z czasem planuję poopowiadać o wszystkich językach w RPA.

Co lubię w ludziach w RPA

W zeszłym tygodniu marudziłam na to, co mnie wkurza w ludziach z RPA. Dzisiaj dla odmiany będę mówiła o pozytywach RPAńczyków. Tak jak z cechami negatywnymi, podkreślam, że nacechowanie emocjonalne danej cechy to kwestia subiektywna i oczywiście nic nie dotyczy wszystkich mieszkańców, a raczej ogólnych tendencji. Okej, to jedziemy!

1. Chęć pomagania

Ludzie w RPA są bardzo chętni do pomocy. Czy wam się rozkraczy samochód na drodze czy się zgubicie czy upadniecie, nie trzeba długo czekać, żeby ktoś wam się rzucił na pomoc. W codziennym życiu to naprawdę pomaga, bo nigdy nie wiecie, co wam się przydarzy. Możecie np. złamać sobie stopę w drodze na siłownię i nie być w stanie się samemu podnieść (true story!).

Oznacza to też, że ludzie chętnie dają pieniądze na szczytne cele. W 2019 aż 8 na 10 ludzi przyznało, że przekazało pieniądze na dobry cel w ciagu 12 miesięcy. Biorąc pd uwagę, że wiele osób ma trudności finansowe to naprawdę pozytywny wynik. Chęć pomagania to także organizowanie inicjatyw gdy komuś potrzebna jest pomoc – pożar, powódź czy inna mniejsza lub większa katastrofa zawsze mobilizuje społeczeństwo do zbiórek i pomocy bezprośredniej.

2. Bycie przyjaznym

Ludzie w RPA są ogólnie dużo sympatyczniejsi niż w Polsce. Oczywiście wiadomo, że czasem trafi się gbur, a urzędy to już w ogóle rządzą się własnymi prawami, ale ogólnie ludzie są mili. Na trasach wspinaczkowych standardowo mówi się cześć, ale ludzie też witają nieznajomych na spacerach. Czasami tylko się macha, czasami jest jakiś small talk.

Jeśli się na kogoś zapatrzycie albo ktoś “złapie” wasz wzrok to normalnie jedna albo dwie strony się uśmiechają. Czasami też ktoś nieznajomy wam walnie komplement tak sam z siebie (Fajny kolor włosów! / Fajna torebka! / Ale masz ładne kolczyki!), no to to już naprawdę był dla mnie wielki szok kulturowy. To nie prowadzi do żadnej rozmowy, tylko tak o. Niby nic, a może naprawdę poprawić dzień.

W pracy wita się i żegna wszystkich, nie że pojedynczo tylko formułką “Hi/Bye everyone/all!”. Jest też typowo RPAński wymysł “(Good) Mornings” na “Dzień dobry” w sumie ma sens jak się widzi dużo osób to się życzy dużo udanych poranków 😉

3. Pomysłowość

RPA nie jest super łatwym krajem do życia. Poza gospodarką, która postanawia wiele do życzenia, rząd jeszcze dokłada przepisy, które dodatkowo utrudniają ludziom życie. Przykład? Gdy na rynek wszedł Uber, wiele osób zdobyło dzięki niemu całkiem spoko płatną pracę. Po jakimś czasie rząd uznał jednak, że e-hailing musi mieć licencję taką jak standardowe firmy taksówkowe. Decyzja przyszła z dnia na dzień, Uber zareagował natychmiast, ale otrzymanie tej licencji i tak trwało miesiące. Na kierowców zaczęły więc spadać wielkie mandaty.

Nie ma jednak znaczenia co RPAńczykom zafunduje rząd, oni zawsze wymyślą jakiś sposób, żeby sobie dać radę. W każdej ekonomii to jest cecha na wagę złota i naprawdę zawsze jestem w szoku, jak ludzie sobie radzą mimo wszystko. Teraz w pandemii bardzo było widać szybkie przebranżowienia i zmiany usług oferowanych przez firmy, tak żeby zarabiać mimo obostrzeń. Jak to mówią, potrzeba matką wynalazku!

4. Otwartość na inność

Żeby nie było ta otwartość na inność ma swoje granice, bo jak wspominałam w poprzednim poście jak wszędzie jest tu niechęć do imigrantów ze strony RPAńczyków. Jednak ogólnie ludzie tu są bardzo przyzwyczajeni do różnorodności i religijnej i etnicznej i poza jakimiś skrajnymi przypadkami nikt się na nikogo dziwnie nie patrzy ze względu na strój czy odcień skóry.

Tę otwartość widać w pracy, gdzie nie zakłada się, że wszyscy są tego samego wyznania czy mają te same preferencje żywieniowe. Jak czasem ktoś się zagapi, to raczej szybko się to poprawia. Na przykład raz w pracy mieliśmy loterię i nagroda była w postaci wina, a wygrał kolega muzułmanin. Kolega oddał wino komuś innemu czym zaskarbił sobie nowego przyjaciela, a menadżer zmienił nagrody i następnym razem nagrodą był bardziej inkluzywny bon w restauracji.

5. Bezpośredniość

Pamiętam jak się uczyłam dawno dawno temu angielskiego i uczono nas angielskiego biznesowego z oficjalnymi formułkami do korespondencji. Nie wiem jak jest w Anglii czy w USA, ale w RPA tego się praktycznie w ogóle nie używa. Emaile zaczyna się od “Hi” ewentualnie “Hi” z imieniem. Odrobinę bardziej formalnie wysyła się podania o pracę, ale nawet tam często dostajecie odpowiedź z “Hi”. Tak samo jak się dzwoni do kogoś to jest raczej pełen luz.

Nigdy nie miałam tu takiej sytuacji, żeby ktoś mnie poprawił albo użył wyższej formalności w emailu zwrotnym. Raczej w drugą stronę, jak się pisze formalnym językiem to odpowiedź jest super wyluzowana, aż się człowiek głupio czuje, że zaczął za wysoko stylistycznie. No ale wiadomo, jak wszędzie lepiej za grzecznie niż za nie niegrzecznie.

Mimo że kraj jest anglojęzyczny, nie ma tu też nadmiernej grzeczności (na pewno znacie żarty o tym jacy nadmiernie grzeczni są Anglicy. Używa się proszę i dziękuję bardziej niż po polsku, ale ogólnie styl jest bezpośredni. Pytań i rozmów też, bo czasem niektóre tematy nawet z nowopoznanymi osobami aż mi się nie mieszczą w głowie. Z drugiej strony wolę to niż nadmierne nadęcie i skrytość.

Sam cukier

No dobra już się nasłodziłam. Co ciekawe piszę to w dzień, w który wyjątkowo dokuczała mi cecha RPAńczyków pt. wyluzowane podejście do czasu. Tym bardziej doceńcie mój wyczyn w przekazywaniu pozytywnych treści 😉

Co mnie wkurza w ludziach z RPA

RPA zazwyczaj przedstawiam z pozytywnej strony, bo ogólnie lubię ten kraj. Nie znaczy to jednak, że po 10 latach nie nazbierało się trochę rzeczy, które mnie wkurzają w ludziach. Każda nacja ma swoje przywary i wiadomo, że nie każdy człowiek danej narodowości ma daną cechę. Mimo dużej różnorodności w RPA, są pewne cechy wspólne niezależne od grupy społecznej czy etnicznej…niektóre z mojego punktu widzenia dość irytujące. Jest to więc subiektywna lista uogólnień, na temat tego, co akurat mi tu w ludziach nie pasuje. W przyszłym tygodniu dla przeciwwagi będzie lista tego, co lubię 🙂

1. Niechęć do “Nie wiem”

Ludzie wolą dać wam złe wskazówki niż po prostu powiedzieć “Nie wiem.”. Nie jestem pewna czy to wynika z tego, że ludzie tutaj bardzo chętnie pomagają i “nie wiem” jest postrzegane jako mało pomocne czy może z czegoś innego. W każdym razie często się zdarza, że ktoś myśli, że zła odpowiedź jest lepsza niż żadna. To się zdarza i na ulicy, gdy pytacie o drogę i jak dzwonicie do biura obsługi klienta w jakiejś sprawie. W kilku skrajnych przypadkach, gdy pytanie zostało zadane przez telefon druga strona po prostu się rozłączyła.

2. Niesłowność i gadanie, byle gadać

Ta cecha ma wiele twarzy. Zaczyna się to od tego, że np. gadacie z kimś nowym, kto jest fajny i decydujecie, że KONIECZNIE musicie się ustawić na kawę. W wielu przypadkach, jeśli potem skontaktujecie się z taką osobą będzie ona tym dość zdziwiona. Ludzie po prostu mówią dużo miłych rzeczy, których wcale nie mają na myśli. Trzeba mieć do tego dystans i dać znajomości więcej czasu, żeby zobaczyć czy osoba gada, byle gadać czy rzeczywiście nadajecie na tych samych falach.

Potem nawet jeśli się z kimś ustawicie to wcale nie wiadomo, czy to jest aby na poważnie. W związku z tym najlepiej wysłać “follow up” przed spotkaniem, żeby to jeszcze raz potwierdzić (trzeba reconfirm!). Poważnie, jak się ustawicie z kimś to tak nie idźcie bez potwierdzenia, że dalej aktualne, nawet jeśli umówiliście się poprzedniego wieczora na lunch dnia następnego.

Ludzie często odwołują też spotkania/obecność w ostatniej chwili z błahych powodów, które łatwo można by wręcz uznać za obraźliwe. Mówi się, że to jest taka mentalność zwłaszcza w Kapsztadzie, że ludzie się po prostu nie lubią do niczego zobowiązywać i zmieniają zdanie w ostatniej chwili, decydując się na to, co akurat im pasuje.

3. Zafiksowanie na punkcie liceum

Poprawcie mnie w komentarzach, jeśli wam się to często zdarza w Polsce, ale ja nie przypominam sobie jakiegoś specjalnego zafiksowania na punkcie liceum. A tutaj tak, jest wręcz fetysz. Na imprezach nawet po tej 30stce miejscowi się pytają innych miejscowych, gdzie chodzili do liceum. To im często mówi coś o sytuacji finansowej danej osoby, ich zapatrywaniu na świat (czy szkoła była konserwatywna czy lewicująca) oraz czasem o przynależności religijnej/etnicznej.

Ludzie bardzo często się trzymają z paczką z liceum i nie za bardzo chcą do siebie dopuszczać nowe osoby. Mój mąż ma bardziej otwarty umysł, ale już jego siostra też trzyma się głównie ze znajomymi z tamtych czasów i wywraca oczami, jak musi poznać kogoś nowego 😀 W związku z tym imigranci trzymają się z imigrantami i raczej mają mało miejscowych przyjaciół. Ci miejscowi, z którymi się przyjaźnią to najczęściej są albo znajomi od jakiegoś hobby albo osoby, które same gdzieś mieszkały za granicą, ewentualnie lubią podróżować. To ostatnie jest tu dużo rzadsze niż w Polsce o czym już pisałam w poście “Co się robi w wakacje w RPA“.

4. Spóźnialstwo i wyluzowane podejście do czasu

Spóźnialstwo towarzyskie to cecha całego kraju, ale profesjonalne to podobno raczej domena Kapsztadu. 15 minut to jest takie zupełnie normalne spóźnienie i niektórzy nawet nie wyślą ci w związku z tym smsa. Ewentualnie jak wyślą to piszą, że trochę się spóźnią bez żadnych konkretów. Rekordziści w moim życiu to osoby spóźnione między 45 minutami, a godziną. Niektórzy robią to nagminnie, inni od wielkiego dzwonu.

Najgorzej jest jednak umówić się z kimś w domu, żeby po coś wpadli w weekend. Wtedy ludzie już całkiem wychodzą z założenia, że nic nie macie do roboty. Piszą, że będą u was now now – nikt niestety nie wie w RPA co to do końca znaczy, bo może znaczyć wszystko. I tak można naprawdę by czekać godzinami, chyba że kogoś przyciśniecie. No, ale i wtedy “wychodzę z domu” albo “już jadę” pozostawia sporą wolność interpretacyjną czy to będą minuty czy raczej godziny.

5. Niechęć do imigrantów

Zastanawiałam się czy w ogóle dodawać ten punkt, bo czy się mieszka w RPA czy w Australii czy we Francji, w większości krajów ludzie nie mają jakiegoś super pozytywnego nastawienia do imigrantów. Jednak dodaję, bo jest to dla mnie duża część braku komfortu życia tutaj przez dłuższy czas. Jedyni imigranci do których jest wręcz nadmiernie pozytywne podejście to Anglicy i Amerykanie. W RPA negatywne podejście jest jeszcze związane z dużą liczbą uchodźców, bo kraj przecież wcale nie tak bogaty płaci słony rachunek za zbrodnie kolonializmu przez które wiele krajów afrykańskich źle sobie teraz radzi.

Co ta niechęć do obcokrajowców oznacza w praktyce? Czasem zwykłe chamstwo czy ignorowanie. Niezależnie od tego, jak dobrze mówicie po angielsku zdarzy wam się, że ktoś będzie do was mówił bardzo powoli albo tłumaczył wam skomplikowane słowa, jeśli jakiś użyje 😀 Miejscowi raczej nie są specjalnie zainteresowani, żeby z wami gadać na imprezie czy na evencie networkingowym. No chyba (!), że liczą na związek albo co najmniej ruchanko to wtedy to co innego. Do tego stopnia, że to o czym teraz mówię, nie zostałoby napisane, gdy byłam singlem.

Jak macie coś do załatwienia obsługa klienta i urzędnicy podchodzą do was jak do jeża, bo paszport znaczy dodatkowe procedury, a w ogóle to kto wie czy prawdziwy? Tak, tak raz mi ktoś pocierał paszport palcem w urzędzie, żeby sprawdzić czy jest cacy 😀 Do tego dochodzą uprzedzenia na rynku pracy, obcokrajowców najchętniej zatrudnia się w pracach językowych i turystyce, ewentualnie gastro, a na taki normalny rynek ciężko się wbić. Wiz też się boją i dla ułatwienie w wielu ogłoszeniach o prace pisze się, żeby aplikowali tylko obywatele lub posiadacze stałego pobytu. Jedno co dobre, to że o Polsce nic tu ludzie nie wiedzą, więc nie ma żadnego stereotypu Polaka.

Wiadro pomyj czy brak różowych okularów?

Jeszcze raz podkreślam, że to jest podsumowanie moich doświadczeń i tendencji, jakie zauważyłam. No i przede wszystkim jest to całkowicie subiektywne 🙂 Każdy kraj ma coś, co nam nie podpasuje, ale nie można mówić tylko o pozytywach, bo to kreuje nadmiernie pozytywne przedstawienie rzeczywistości. Jeśli macie jakieś przemyślenie albo doświadczenia z kraju, w którym wy mieszkacie to zapraszam do komentowania.

Jak zrobiłam prawo jazdy w RPA

Prawie każdy prędzej czy później robi prawo jazdy. Ja z tych drugich, bo mimo że pierwszy kurs zrobiłam w Warszawie w wieku 18 lat nigdy nie podeszłam do egzaminu. Kolejne podejście miałam w okolicach 30-stki oczywiście w Kapsztadzie i była to prawdziwa odyseja. Teraz mnie to śmieszy, ale uwierzcie, że wylałam sporo łez frustracji podczas całego procesu 😀

Paragraf 22

W RPA wiele rzeczy można załatwić dość sprawnie, jeśli macie obywatelstwo RPA albo stały pobyt. I jedno i drugie obcokrajowcom coraz ciężej zdobyć, a dodatkowo do tej grupy jest małe zaufanie. Oznacza to, że gdy załatwia się cokolwiek formalnego nie wystarczy po prostu przynieść paszportu z wizą, tylko jeszcze trzeba udowodnić, że to co na tej wizie jest napisane jest prawdą. Jak? No to to już zależy od danego miejsca, a nawet osoby z którą macie do czynienia.

Co musi zrobić obcokrajowiec, żeby móc zdać egzamin na prawo jazdy albo kupić samochód? Po pierwsze potrzebny jest specjalny numer, który nazywa się TR (traffic register) number. Żeby go dostać, należy złożyć podanie, no a do podania trzeba złożyć dokumenty potwierdzające naszą wizę. No i tu zaczyna się wolna amerykanka i widzi mi się urzędników.

Przez ileś miesięcy przychodziłam do urzędu z nowymi dokumentami i za każdym razem wychodziłam, bo kolejny urzędnik mówił, że potrzebne mi jeszcze coś innego. Przynosiłam potwierdzenie zatrudnienia, dokumenty z banku, potwierdzenie adresu zamieszkania… Po tym jak za którymś razem usłyszałam “No a skąd mamy wiedzieć, że Pani dalej jest mężatką?”, przyprowadziłam męża. Wtedy Pan urzędnik wysłał nas na posterunek policji, gdzie mąż miał podpisać zaświadczenie, że razem mieszkamy 😀 Nie, nie mógł go po prostu podpisać tam w urzędzie.

Jak to się skończyło? Ostatni urzędnik, który przyjął dokumenty, wziął w rezultacie samą kopię paszportu i wizy, mówiąc, że reszta mu nie potrzebna 😀

Teoria

Po miesiącach mordęgi, piękny TR number dostałam po zaledwie tygodniu. Z tym mogłam zapisać się na test z teorii. Termin dostałam chyba miesiąc później bez jakichś większych sensacji. Sam egzamin nazywa się K53 i jest oparty na angielskim z lat 80-tych. Trzeba ogarniać podstawowe zasady jazdy, co jest w samochodzie i oczywiście znaki drogowe. Z najważniejszych rzeczy to w RPA jeździmy po lewej stronie.

Wykucie się teorii to nie jest jakaś wielka filozofia, natomiast pytania są bardzo podchwytliwe. Żeby zdać trzeba po pierwsze znać bardzo dobrze przepisy drogowe, a po drugie potrafić myśleć w określony sposób. Test sprawdza trzy umiejętności i przy każdej z nich musicie zdobyć ponad 70%, żeby zdać. Egzamin jest pisemny i wciąż pisany ręcznie.

Sam egzamin był mało przyjemny, bo Pan egzaminator to był taki typ, co lubi pokrzyczeć. Odpytywał wyrywkowo przed egzaminem, grożąc ludziom, że ich wyrzuci, gdy nie znali odpowiedzi i takie tam. Podczas egzaminu chodził po sali i komentował np. wygląd piszących. Ludzie i tak byli dość zestresowani, no ale przecież o to mu chodziło. Na szczęście zdałam za pierwszym razem, więc nie musiałam powtarzać tej mordęgi.

Po egzaminie wyniki dostaje się po kilkunastu minutach. Jeśli ktoś zdał, można dostać prawo jazdy dla osoby uczącej się (learner’s licence) od ręki. Trzeba tylko przejść badanie wzroku. Specjaliści są na miejscu i testują w okularach albo w soczewkach, jeśli ktoś nosi. Chodzi o to, czy widzicie, mając je na oczach albo czy widzicie bez niczego.

Koszmarni instruktorzy i egzamin praktyczny

Tymczasowe prawo jazdy

Prawo jazdy dla osoby uczącej się uprawnia do prowadzenia pojazdu, pod warunkiem, że jest z wami kierowca z normalnym prawem jazdy. Uważam, że to świetna opcja, żeby nabrać pewności za kółkiem. Bez instruktora macie jednak słabe szanse na zdanie egzaminu praktycznego. Kierowcy jeżdżą bowiem zupełnie inaczej niż podczas egzaminu i nikt nie pamięta tych wszystkich zasad.

Na egzaminie sprawdza się umiejętność tzw. jazdy defensywnej (defensive driving). Jest to cały zestaw zachowań, które mają was chronić podczas jazdy, a założenie jest ogólnie takie, że każda inna osoba niż wy jest ch*jowym kierowcą i potencjalnym zagrożeniem. Mówię poważnie! Niektóre zachowania mają sens np. sprawdzenie martwego pola lusterek podczas zmiany pasa. Inne są totalnie bez sensu.

Za każdym razem jak ruszacie, więc spod świateł też, musicie spojrzeć w widoczny sposób na 5 punktów bezpieczeństwa i 3 przy zmianie pasa. Oznacza to obkręcenie lub półobkręcenie głowy. Ta zasada może być nawet niebezpieczny, jeśli ktoś inny nie zauważy waszej L-ki albo mu się spieszy i wam wjedzie w tyłek. Przede wszystkim wygląda to po prostu komicznie.

Oczywiście trzeba też opanować kilka manewrów. Z tego, co pamiętam z polskiego prawka to te same. Jest dużo miejsc, gdzie można ćwiczyć manewry za opłatą, a bardziej doświadczeni instruktorzy mają swoje własne miejscówki. No właśnie… instruktorzy!

Mój pierwszy instruktor był seksualnie sfrustowanym ojcem trzyletnich bliźniaków i ciągle opowiadał mi, że żona z nim nie sypia… Po kilku zajęciach zmieniłam go na kogoś innego, skończyło się po pierwszych zajęciach, gdy ten pan powiedział mi, że znak stop to tylko sugestia. Następny instruktor przyjechał samochodem, który nie miał działającego prędkościomierza i powiedział mi, że dobry kierowca wie z jaką prędkością jedzie ;D

Potem trafiłam na świetną instruktorkę, więc po pierwszych zajęciach wykupiłam pakiet. Niestety szkoła, dla której pracowałam to była banda oszustów, brali pieniądze, umawiali się na zajęcia, ale nie wysyłali instruktorów. Po kilku tygodniach takiej zabawy, uznałam, że mogę zapomnieć pieniądzach. Chciałam to zgłosić na policję, ale okazało się, że praktycznie wszystkie dane były fałszywe. Sprawa nawet trafiła do gazet, zgłoszona przez inne oszukane osoby, ale w rezultacie i tak ich nie złapali.

Potem koleżanka poleciła mi mojego anioła Kevina, który nie dość, że był świetnym instruktorem to był po prostu miłym człowiekiem. Moim egzaminem denerwował się chyba bardziej niż ja. Udało mi się zdać za pierwszym razem, ale przyznam, że miałam szczęście do egzaminatora. Facet widział, że się denerwowałam i np. dał mi kilka minut, żebym sobie “głęboko” pooddychała między polem manewrowym, a egzaminem drogowym.

Tak jak w Polsce (?), najpierw jest plac manewrowy. Potem czeka was 25 minut jazdy po mieście. Niby nie ma żadnych specjalnych zadań do wykonania, ale egzaminator wie, gdzie was zabrać, żeby łatwo nie było. Jeśli zdacie, tymczasowe prawo jazdy dostajecie od ręki. Ja moje na pewno zawdzięczam też mężowi, który dzielnie ze mną jeździł. Nasze małżeństwo jakoś przetrwało, ale ogólnie nie polecam 😀

Kilka słów na koniec

Bez całej szopki spowodowanej byciem obcokrajowcem w RPA zdobycie prawa jazdy nie jest bardzo trudne. Ludzie tak jak w Polsce rzadko zdają za pierwszym razem, ale ogólnie nie jest to jakiś bardzo ciężki proces. Sporo osób ma tu problemy z teorią, moim zdaniem jest ona skonstruowana w sposób “akademicki” i przypomina egzaminy na studiach.

Prawo jazdy ludzie zdobywają w zależności od statusu finansowego rodziny. Bogata młodzież robi prawko w wieku 18 lat i dostaje super samochód od rodziców. Klasa średnia tak samo, z tym że samochód będzie trochę starszy. Nie mając samochodu przez wiele lat, byłam ewenementem i często słyszałam na ten temat komentarze.

To kolejny podział w RPA, bo zdaniem wielu ludzi klasa średnia wzwyż, “nie da się żyć bez samochodu”. No, ale 50% albo więcej społeczeństwa żyje bez niego… Osoby biedniejsze, robią prawko później w życiu, jeśli się dorobią samochodu albo jeśli wymaga tego od nich praca. Wiele osób nigdy nie stać na kupno samochodu. Tak, da się żyć beza samochodu, ale jest trudno, bo niestety transport publiczny pozostawia wiele do życzenia.

Cały proces jest dość drogi. Nie ma minimum wyjeżdżonych godzin, ale tak jak mówiłam, bez instruktora są słabe szanse na zdanie. Dodatkowo nawet jeśli macie swój samochód instruktorzy bardzo niechętnie pozwalają wam się na nim uczyć. Chodzi głównie o to, że za egzamin potrafią zgarnąć kilka tysięcy randów/ponad tysiąc złotych, bo w cenie jest wypożyczenie samochodu. Z tego powodu tylko ostatni instruktor pozwolił mi uczyć się na moim.

Jak (mi) się pracuje w RPA

To zdecydowanie wasz ulubiony typ postów, które biją rekordy popularności, a że lubię je pisać to daję następny 😀 W ciągu 10 latach mojego pobytu tutaj pracowałam w wielu miejscach i na różnych stanowiskach. Doświadczyłam międzynarodowego korpo, różnych lepszych i gorszych firm. Myślę, że mam całkiem spore rozeznanie, bo poza swoim doświadczeniem robię dużo rzeczy i znam sporo ludzi. A że wiadomo, że narzekanie na pracę to ulubiony światowy sport to się dużo nasłuchałam.

Możecie komentować, jak jest w Polsce, bo ja wiem tylko mniej więcej. W czasie studiów pracowałam tylko jako lektorka angielskiego, no a potem wyjechałam. Nie mam więc doświadczenia na polskim rynku pracy w pracy na tzw. “etacie”. Tak samo w RPA, mówię o osobach z pracą podobną do mojej, takich które pracują na etat. Wiele osób w ogóle nie ma tu przecież pracy albo łapie się wszelkiej pracy dorywczej i ich życie zawodowe wygląda zupełnie inaczej.

Prawa pracownika, urlopy i inne takie

Autentyczny kapsztadzki open space

Prawa pracownika teoretycznie są dobrze chronione, a pracodawcę, który nie przestrzega naszych praw można pozwać do CCMA. To jest taka komisja, która pomaga ludziom z różnymi problemami. Co najważniejsze cały proces jest za darmo, choć niestety często nie rychło widzi się efekty.

Zanim zaczniecie pracę, zazwyczaj czeka was okres próbny. Z nim jest sporo nieporozumień, bo pracodawcy go przedłużają, mimo że teoretycznie nie powinni. Dość ogólne słownictwo tych przepisów pozwala jednak na różne interpretacje, co oznacza “odpowiedni” okres próbny, aby przekonać się, czy pracownik się nadaje. Często są jakieś targety do ogarnięcia i ogólnie, jeśli pracodawca nie jest kogoś pewny to albo dziękuje albo przedłuża okres próbny. Ludzi po prostu ciężej się wyrzuca na normalnej umowie o pracę.

Z takich najważniejszych rzeczy to zgodnie z prawem człowiekowi przysługuje 15 dni urlopu rocznie plus ustawowo wolne dni. Do tego dochodzi 30 dni chorobowego na 3 lata, czyli 10 dni rocznie. Praca w niedzielę powinna być wynagrodzona podwójnie, no chyba, że jest ustalona kontraktem to wtedy 1,5 raza. Praca w święto narodowe to w teorii podwójne wynagrodzenia.

Każda godzina pracy poza ustaloną kontraktowo powinna być opłacona jako nadgodziny, w wysokości 1,5 raza normalna stawka godzinowa. Pracownik powinien być uprzedzony o tym, że ma je wykonać itd itp. Do nadgodzin nie można też zmusić, no chyba że jest jakaś wyjątkowa sytuacja, określona prawnie.

Przerwa na obiad powinna być godzinna, ale nieopłacana. Wtedy pracuje się 9 godzin 5 dni w tygodniu. Tutaj jednak panuje pełna wolna amerykanka i każde miejsce, gdzie pracowałam miało inne zasady. 8 godzin dziennie z 30 minutową przerwą, 9 godzin dziennie z godzinną przerwą, 9 godzin i praktycznie w ogóle brak przerwy w myśl zasady “10 minut starczy, żeby zjeść kanapkę”.

Urlop tacierzyński to dwa tygodnie, a macierzyński cztery miesiące. Obydwa są nieodpłatne, choć kobieta jest uprawniona do pieniędzy od UIFu. To jest takie ubezpieczenie społeczne, ile wam przez te cztery miesiące wypłacą zależy ile i za ile pracowaliście. Jest to najwyżej ponad połowa (58%) wynagrodzenia miesięcznego.

Jeszcze jeden gratis to są trzy dni tzw. compassionate leave, jeśli wam albo członkowi bliskiej rodziny coś się stanie. Jest to na nieprzewidziane sytuacje i można go wziąć w każdej chwili. Jeśli chodzi o normalny urlop to trzeba go zaplanować z wyprzedzeniem, każda firma ma swoje zasady. Tajemnicą poliszynela jest, że osobom bezdzietnym niechętnie przyznaje się urlop, na duże święta, kiedy zamyka się żłobki i szkoły. Mi to nigdy nie przeszkadzało, bo i tak nie obchodzę, ale jako niepisana zasada mnie denerwuje 😀

Obowiązkiem pracodawcy przy zatrudnieniu na pełen etat jest płacenie podatków za pracownika i składki na ubezpieczenie społeczne. Ubezpieczenie zdrowotne, fundusz emerytalny czy karnet na siłownię to nie są oczywiście obowiązki pracodawcy. Lepsze i/lub większe firmy jednak często je oferują. Niestety często to jest po prostu odcinane z wynagrodzenia raczej niż dodatek do niego, co HR dobrze wie, jak przedstawić tak, żebyście źle zrozumieli 😀

B-BEEE – Broad Based Black Economic Empowerment

Nie można mówić o pracy w RPA bez wspomnienia o BBEEE. W skrócie jest to polityka, która zachęca do zatrudniania osób, które ucierpiały ekonomicznie z powodu apartheidu. Innymi słowy, praktycznie wszystkie osoby o etniczności innej niż biała, bo osoby o tej etniczności wciąż mają najlepiej. Posiadanie certyfikatów BBEEE przez firmę nie jest obowiązkowe i ma kilka poziomów w zależności np. od tego ile osób historycznie pokrzywdzonych (historically disadvantaged) firma zatrudnia na stanowiskach kierowniczych, ile udziałów w firmie należy do takich osób lub co firma robi, żeby inwestować w rozwój takich osób czy ogólny rozwój społeczny.

Co firma zyskuje dzięki wysokiemu poziomowi BBEEE? Głównie lepszą pozycję w ubieganiu się o kontrakty rządowe i z korporacjami i ulgi podatkowe. W zależności od rozmiaru firmy i branży to może mieć spory wpływ na rokowania firmy albo żadne. Dla przykładu tzw. mikro przedsiębiorstwa automatycznie dostają 100% BBEEE niezależnie od wszystkich czynników. Ten system jest daleki od ideału i powinno się dopracować kilka elementów, ale ogólnie sprawia, że kiedyś w RPA może będzie można pomówić o prawdziwej równości rasowej. Niestety niektórzy biali ludzie uwielbiają się na niego skarżyć (i to ci, którzy wcale nie są przez niego pokrzywdzeni).

Według statystyk w RPA 80% osób to ludność czarnoskóra, 8% koloredzi, a 8% osoby białe. Natomiast, jeśli chodzi o dochody to białe osoby dalej zarabiają trzy razy więcej, niż te czarnoskóre. Nie znam białych osób bez pracy, aczkolwiek znam takie, którym się wydaje, że powinni zarabiać krocie bez wykształcenia, kwalifikacji czy doświadczenia. I żeby nie było – ja uważam, że każdy człowiek pracujący na pełen etat powinien mieć godziwe wynagrodzenie, ale to po prostu nie są realia tego kraju… Z tą różnicą, że dziś te realia dotykają także białych osób, a wśród niektórych z nich jest wciąż szok i niedowierzanie, że jak to.

Ze względu na nepotyzm wśród białych (głównie zatrudnianie członków rodziny/znajomych na fajne stołki niezależnie od wykształcenia), który i tak widać dziś oraz uprzedzenia rasowe wielu białych osób (oczywiście, że nie zniknęły one razem z systemem segregacji rasowej) bez BBEEE nie byłoby pewnie żadnej różnicy między RPA dziś, a trzydzieści lat temu.

Czy firmy przestrzegają praw?

Kiedy patrzysz w pustkę, pustka patrzy w ciebie. W biurze w drugiej najgorszej pracy w moim życiu.

Czy firmy przestrzegają praw? Niektóre bardziej, inne mniej. Ogólnie powiedziałabym, że te podstawowe prawa typu godziny pracy, urlop czy przerwy są przestrzegane przy normalnym zatrudnieniu w biurze, jeśli ma się umowę. Najbardziej nadużywane są nadgodziny i jeśli chcesz zabłysnąć i kiedyś dostać awans to raczej nie możesz za nie chcieć pieniędzy. Dodatkowo na stanowiskach menadżerskich nadgodziny nie są już nadgodzinami i to akurat jest zgodne z prawem. Ogólnie zwłaszcza w korpo widać to rozwarstwienie, gdzie ci, co korzystają ze swoich praw (urlopu czy płatnych nadgodzin) to raczej nie ci, co potem gdzieś się wspinają po szczebelkach korpo kariery i korpo pieniążków. Ludzie pracujący w małych firmach się na to nie skarżą.

W praktyce nikt mnie nigdy nie zmuszał fizycznie, żebym robiła darmowe nadgodziny albo pracowała w sobotę. Co z tego, jeśli jednak było za dużo pracy do wyrobienia się przed deadlinem, a nie dotrzymywanie deadlinów liczyło się do oceny kwartalnej? Miałam jednego menadżera, który się na mnie rozdarł jak coś wspomniałam o prawach, gdy poprosił mnie żebym przyszła do biura o drugiej w nocy, żeby zrobić niemożliwy deadline na 9 rano następnego dnia 😀 Jego zdaniem jako imigrant i tak nie miałam żadnych praw i w ogóle powinnam go w ręce całować, że jeszcze mi nie pokazał drzwi. Rzeczywiście zrobiłam ten deadline, a o 9 zaczęłam normalny, kolejny dzień pracy. To był skrajny przypadek i szybko znalazłam nową pracę, ale nie każdy ma tyle szczęścia.

Trzeba pamiętać, że w RPA jest słaby rynek pracy. Bezrobocie jest wysokie (ponad 30%), a wśród najmłodszych osób na rynku pracy bardzo wysokie. Mam kolegę senior dewelopera, który nigdy nie miał żadnego problemu ze znalezieniem pracy i nigdy się nie skarży na traktowanie. Dlaczego? No bo to jedna z tych profesji, które się dobrze traktuje. W innych branżach (np. turystyczna, marketing, sprzedaż, dziennikarstwo) ludzie bardzo boją się stracić pracę. Im mniej człowiek jest wykształcony czy niezastąpiony, tym większy jest ten strach. To z kolei oznacza, że łatwo kłaść na nich nacisk i trzymać ich nawet w toksycznym miejscu pracy.

To też wiąże się np. z ignorowaniem dyskryminacji czy na tle orientacji seksualnej, płciowej czy rasowej. O tej ostatniej wspominali bohaterowie książki Black Tax, o których już pisałam. Jeśli jesteś czarnoskóry i z powodów historycznych jesteś w rodzinie jedyna osoba z normalną pracą, raczej kiedy twój menadżer powie coś rasistowskiego zbędziesz to żartem niż się komuś poskarżysz.

Jak się pracuje na co dzień?

Nie z biura, ale totalnie mogłoby być, a ładna kiecka, więc dam 😀

Biuro i te małe i te większe to w przeważającej większości open space, boksy, ewentualnie po kilka osób na pokój. Dziwne jest to, że wiele biur nie ma ogrzewania czy klimatyzacji. Wtedy są małe grzejniki albo wiatraki, ale to niewiele daje. Z drugiej strony w biurach, w których pracowałam, gdzie była klimatyzacja lub ogrzewanie była też ciągła walka o ustawienia. Tamten ma katar, tamta ma alergię, temu za zimno, tamtemu za gorącą. To coś, co się w kółko powtarzało. W jednym biurze, były o to takie kłótnie, że panie dostały słowne ostrzeżenia do menadżera, a panel klimatyzatora umieszczono za szybką z kłódką 😀

No właśnie, ostrzeżenia. W RPA za złe zachowanie w pracy można dostać słowne lub pisemne ostrzeżenie. Za trzy pisemne ostrzeżenia wylatujecie. Trzy słowne ostrzeżenia liczą się jak jedno pisemne. Ludzie raczej nimi nie szastają, ale jeśli coś się dzieje, to są one skrupulatnie rejestrowane. Za zwolnienie bez dobrego powodu pracodawca może mieć poważne kłopoty, dlatego pilnuje się, by w razie czego mógł się bronić. Można też oczywiście dostawać pochwały, ja zawsze dostawałam dużo, a w zamian za nie… NIC 😀 Po dwóch latach ewentualnie rozmowy na temat stanowiska menadżerskiego, czyli +10% do wynagrodzenia i +50% do godzin pracy, ewentualnie team leaderstwo, czyli uścisk ręki od szefa i harowanie za darmo. Dzięki, ale nie dzięki!

Jeśli chodzi o strój to zazwyczaj jest to casual elegance. Firmy są raczej mało elastyczne, niezależnie od tego czy pracujecie z klientem czy nie ani na jakim jesteście stanowisku. Pracowałam tylko w jednym miejscu, gdzie było totalne róbta co chceta i to bardzo dobrze działało na morale.
Praca zazwyczaj zaczyna się o 8 lub 9, choć firmy teraz powoli zaczynają rozważać elastyczny czas pracy, pracę z domu itd. Mówię powoli, bo moje ostatnie korpo, które opuściłam nie aż tak dawno nie dawało się totalnie przebłagać. Miałam dwie koleżanki, którym zaczynanie pół godziny wcześniej totalnie ratowałoby dupę, bo dojeżdżały z bardzo daleka i na ten normalny czas w pracy stały bardzo długo w korkach. Niestety mimo, że logistycznie nie było powodu na brak ustępstw, szef był nieubłagany, bo “nie lubił” jak ludzie wychodzili z pracy przed 17:00 😀

Ludzie jak chyba wszędzie na świecie są średnio produktywni. Kawka, papierosek, ploteczki z koleżankami, praca przecież nie zając, nie ucieknie. Papierosy pali wciąż całkiem sporo osób i wyskoczenie na szluga to dobra forma zacieśniania znajomości. Jako palacz masz też oczywiście więcej przerw. Niestety albo stety papierosy są bardzo drogie w stosunku do zarobków i kosztują w tej chwili koło 10 PLN za paczkę. Ja swoje wypaliłam, ale do dziś żałuje przepalonych pieniędzy 😀

Lunch to kolejna okazja towarzyska. Wiele osób przynosi swój, ale równie wiele codziennie kupuje albo chodzi do barów szybkiej obsługi, co jest strasznym marnowaniem pieniędzy. Czasami zdarza się, że firma ma jakąś stołówkę z normalnym jedzeniem w dobrej cenie, ale to rzadkość. Zazwyczaj albo jesz niezdrowo i stosunkowo tanio albo zostają ci restauracje, gdzie wszystko sporo kosztuje. Tam gdzie jest dużo biur oczywiście jest większy wybór i wtedy można się bardziej lenić bez wydawania setek złotych miesięcznie na średnie żarcie.

Jak się pracuje… od święta

Święta, święta… Niektóre firmy w RPA zamykają biuro na dwa tygodnie w okolicy Xmas i sylwestra i dają ludziom wolne. To jednak coś, o czym wiem ze słyszenia i nigdy nie uświadczyłam. W tym okresie często dostaje się trzynaste wynagrodzenie albo bonus roczny, no ale tu wszystko zależy od firmy.

Mimo że w RPA jest wiele wyznań i religii, dni wolne od pracy to często święta chrześcijańskie. Jeśli ktoś jest innego wyznania na swoje święta musi brać wolne. Niektóre firmy na szczęście dają ludziom dodatkowe płatne dni wolne na świętowanie, jeśli są wyznawcami innych religii.
Firmy często wysyłają życzenia na wszystkie święta religijne i podkreślają, że to dla tych, którzy świętują. Życzenia świąteczne to często zamiast “Wesołych Świąt” po prostu “Udanego wypoczynku” i inne takie. Ewentualnie “Wesołych Świąt dla świętujących oraz udanego wypoczynku wszystkim”. Pewnie ciężko wam to też sobie wyobrazić, jeśli mieszkacie w Polsce, ale też jakoś nikogo dupa od tego tu nie boli. Z tego co mi wiadomo, żaden chrześcijanin też nie umarł tutaj od życzenia komuś udanego Ramadanu albo udanej Chanuki.

Jednak religijna tolerancja ma swoje granice i jak ktoś jest ateuszem to się nasłucha kąśliwych komentarzy. Od tego, że nie powinien mieć wolnego w Święta, przez głośne ubolewanie, czego ci w ogólne można życzyć, po obietnice, że ktoś się będzie o was modlił. Raz nawet dostałam słabe gwiazdki na Uberze jak Pan się zapytał jakiego jestem wyznania, a ja otarłam usta z krwi niemowląt i powiedziałam, że żadnego.

Poza świętami religijnymi, w pracy zwyczajowo obchodzi się urodziny pracowników. W zależności od wielkości firmy albo świętuje tylko team albo cała firma. Ciasto zazwyczaj kupuje firma, takie obrzydliwe z supermarketu, aż się zbiera. Niestety ludzi bardzo złoszczą, jeśli go nie chcecie. Reakcja jest typu, “ze mną się nie napijesz?”. Jest totalny brak zrozumienia, że wcale nie trzeba się odchudzać, żeby nie chcieć cukru w mało atrakcyjnej postaci 😀

Ludzi też się żegna w podobny sposób. Zakładając, że jakoś się strasznie nie upokorzyli i nie znikają w atmosferze skandalu dostają też kwiaty i kartkę pożegnalną. Czasami jest zrzutka na prezent, ale to już zależy od firmy czy menadżera. Oczywiście wszystkim trzeba ładnie podziękować na forum, nie ma znaczenia jak bardzo umieraliście w środku, gdy chodziliście do danego miejsca pracy.

Chyba ostatnia okazja do świętowania to baby shower, czyli nadchodzące narodziny dziecka. To się organizuje tylko, jeśli team jest miarę zżyty i zazwyczaj jest to poza godzinami pracy. HR w niektórych biurach robi też taki mailing parafialny, gdzie piszą, jeśli ktoś akurat urodził, zaręczył się albo wyszedł za mąż.

Drinki po pracy to raczej kwestia teamów, no chyba, że firma jest mała i mocno stawia na zżycie się zespołu. Za to praktycznie każda firma organizuje imprezę firmową raz w roku w okolicy Xmas. Standardowo pyta się o preferencje żywieniowe, choć te religijne zawsze są respektowane, te z wyboru takie jak wegetarianizm czy weganizm nie zawsze. Miałam kilka takich imprez, gdzie dostawałam posiłek po prostu bez głównego kawałka dania czyli mięsa lub ryby 😀

Podsumowanie

Ogólnie w RPA pracuje się nie najgorzej, a najgorszy jest słaby rynek pracy. Chyba wspomniałam o wszystkich aspektach, ale jeśli macie jakieś pytania to proszę w komentarzach. Ja jestem w tej chwili “poza” rynkiem, bo utrudnienia wizowe zmusiły mnie do pracy na własne konto. Pracodawcy bardzo niechętnie zatrudniają w tej chwili obcokrajowców bez stałego pobytu albo obywatelstwa, nie ma znaczenia jaka to wiza i co wam wolno. W ogłoszeniach pisze się w tej chwili, żeby nawet nie aplikować.

Co się robi w wakacje w RPA

Co ludzie w RPA robią, gdy chcą się zrelaksować w długi weekend albo wyjechać na wakacje? Czy to się jakoś różni od tego, co się robi w Polsce? Dowiecie się tego z mojej dzisiejszej notki.

Jak zawsze podkreślam, że mówię o osobach takich jak ja – o tzw. klasie średniej czyli z mniej więcej podobnymi zarobkami czy sytuacjami życiowymi. Wiadomo, że w Polsce też nie każdy ma na wakacje, ale jednak statystycznie jest to nieporównywalnie więcej osób niż w RPA.

Hej, sokoły!

Cape Point – Rezerwat przyrody na obrzeżach Kapsztadu

RPA jest krajem z bardzo piękną i różnorodną przyrodą dlatego dużo ludzi lubi spędzać wakacje aktywnie. Wśród pięknych i młodych, czyli takich jak ja, bardzo popularne są wyjazdy na kilkudniowe trasy wspinaczkowe, biwakowanie czy trasy kolarskie. Inne rozrywki wakacyjne to wszelkiego rodzaju sporty ekstremalne takie jak abseiling, bouldering czy zip lining. Te drugie często są łączone z jakimiś bardziej stacjonarnymi wakacjami.

Aktywność to jest coś, czym ludzie się tu bardzo szczycą, zwłaszcza pokolenie 20 i 30 latków. Oczywiście ludzie też lubią sobie bardzo tu popić, ale to popicie często jest połączone z biegiem następnego dnia. W bólu, bo w bólu, ale na różne media społecznościowe trzeba przecież załadować przebiegnięte kilometry najlepiej z jakimś pięknym widoczkiem.

Dla mniej spragnionych wrażeń jest wiele miejsc do odwiedzenia, gdzie można pooglądać dzikie i pół dzikie zwierzęta. Wbrew pozorom lokalsi też potrafią pojechać na safari i to nie jest tylko rozrywka dla turystów. Wyjazd na kilka dni “w dzicz” do jakiegoś ośrodka w rezerwacie przyrody to dość droga, ale lubiana rozrywka. Wśród rodzin z dziećmi i nie tylko bardzo popularne są wszelkiego rodzaju parki z małpami, ptakami i innymi zwierzętami.

Gdzie ze znajomymi?

Nasz ostatni wypad na weekend – farma wina i jabłek w Elgin

Dalej w temacie doceniania pięknej przyrody mamy wyjazdy na wszelkiego rodzaju farmy. Farmy wina, owoców, warzyw czy bydła bardzo często mają na swoim wielkim terenie kilka domków dla gości. Zupełnie porządny domek dla dwóch osób kosztuje około 1000 randów za noc (ok. 260 PLN). Najtaniej jest wynajmować duży dom z większą grupą osób (8-10).

W domku praktycznie zawsze jest dobrze wyposażona kuchnia, a często także miejsce do grillowania, czyli braai. Dzięki temu, jeśli nie chcecie wydawać pieniędzy na jedzenie na wynos czy w restauracji to nie musicie. Najczęściej rezerwuje się bezpośrednio na stronie internetowej danej farmy albo przez Airbnb. To ostatnie jest najpopularniejszym sposobem od kilku lat i w RPA i myślę wszędzie.

Takie wyjazdy organizuje się w weekendy, długie weekendy, ale i na wakacje. Na dłuższy weekend spędza się czas na jedzeniu, piciu, długich spacerach, wizytach w pobliskim parku narodowym (zawsze jakiś jest) i testowaniu wina. Na dłużej takie wyjazdy często są łączone z innymi rzeczami. Dla przykładu my spędziliśmy cztery dni w Plettenberg Bay ze znajomymi i rodziną, a potem zrobiliśmy kilkudniową wspinaczkę górską “The Otter Trail”. O tym ostatnim obiecuję kiedyś napisać, bo jest to mega doświadczenie.

Pełen relaks

Popularna nadmorska miejscowość, Hermanus

Sposób spędzania wakacji zależy oczywiście od tego, co kto lubi. Ludzie równie często wynajmują domek w jakiejś nadmorskiej miejscowości i po prostu łażą nad ocean, do knajp i pubów. Wybrzeże RPA jest pełne miejscowości tego typu. Niektórzy przyjeżdzają tam jedynie na wakacje, dla innych taka przeprowadzka to plan na emeryturę.

Małe miejscowości w RPA to przede wszystkim większy luz i mniejsza przestępczość. Trzeba jednak pamiętać, że potrafią to być miejsca bardzo konserwatywne – krzywo na ciebie patrzą jeśli nie chodzisz do kościoła w niedzielę, wszędzie króluje mięso, tłuszcz i alkohol w dużych ilościach. Jest też trochę pasywno-agresywnego napięcia między Afrykanerami, a ludźmi mówiącymi po angielsku. Nie ma co stereotypować, bo wszystko zależy od wielu czynników. Zazwyczaj jednak im więcej “ludności napływowej”, tym lepiej dla otwartego umysłu lokalnej społeczności.

Osoby, które lubią tego typu klimaty, często decydują się na zakup domku. Jest to trochę klimat polskiego działkowania w wersji deluxe. Jeśli ktoś korzysta często to zakup bardziej się opłaca niż wynajem. Oczywiście można kupić ziemię i wybudować coś bardzo prostego, ale niewiele osób to robi. Większość ludzi decyduje się na normalny dom z ogródkiem. Cenowo oznacza to mniej więcej połowę tego, co zapłacilibyśmy za lokum w Kapsztadzie czy innym mieście. Taniej, ale wciąż bardzo drogo.

Dla lubiących luksus

W KwaZulu-Natal przerwa między safari

Oczywiście nie każdy, nawet z osób bogatszych, lubi spędzać każde wakacje w swoim drugim wypasionym domu w małej miejscowości na oceanem. Niektórzy uwielbiają luksus i dla nich każda podróż musi skończyć się w cztero lub pięciogwiazdkowym hotelu. Takie osoby często inwestują w wakacje w luksusowych rezerwatach przyrody lub resortach pełnych rozrywek, tak aby nie trzeba było ich opuszczać.

Najsławniejszym miejscem typu w RPA jest Sun City niedaleko Johannesburga. Jest to olbrzymi, nowoczesny resort z kilkoma hotelami, parkami wodnymi, polami golfowymi, kasynami i innymi atrakcjami. Ja nigdy nie byłam, ale podobno klimat jest taki, jakby ktoś próbował przekonać ludzi, że Las Vegas jest świetnym miejscem dla dzieci. Sun City zyskało na popularności na świecie po tym gdy w 2014 nakręcono tam komedię romantyczną z Drew Barrymore i Adamem Sandlerem, “Rodzinne rewolucje”.

Mimo że RPA jest krajem, w którym jest olbrzymia bieda, można tu znaleźć naprawdę drogie hotele z wykwintnymi restauracjami. Bolączki znane ludziom w życiu codziennym takie jak nienajlepsza obsługa klienta w ogóle nie mają tam miejsca bytu. Sektor turystyczny jest świetnie rozwinięty, a ten luksusowy to już w ogóle. Jeśli kręcą was takie klimaty to w RPA znajdziecie to, czego szukacie.

Wakacje zagraniczne

Ja w Baku, stolicy Azerbejdżanu. Bilety lotnicze z Kapsztadu tam kosztowały nas mniej niż do… Tanzanii.

W RPA wakacje zagraniczne są znacznie mniej popularne niż w Polsce. Znam całą masę ludzi, którzy nigdy nie byli za granicą i wcale ich to nie interesuje. Być może to dlatego, że RPA ma wiele do zaoferowania, być może wynika z braku zainteresowania światem, a być może ze względu na horrendalne ceny biletów lotniczych, nawet na kontynencie… Kto wie!

Z osób, które jeżdżą za granicę widać dwa główne trendy – osoby szukające “autentycznych doświadczeń” i fani wakacji all inclusive. Ci ostatni bardzo często wybierają resorty w Mozambiku, na Zanzibarze, na Seszelach lub w Tajlandii. Pakiety są stosunkowo tanie. Mówię stosunkowo, bo ceny biletów lotniczych są bardzo wysokie. Loty w samym RPA patrzycie to minimum 500 PLN, a za granicę raczej koło 2 000 PLN przy dobrej promocji i wzwyż.

Inną lubianą luksusową rozrywką są rejsy. Tego w ogóle nie znam z Polski, ale tu tygodniowy czy dwutygodniowy rejs na luksusowym statku z przystankami w różnych krajach to znana rozrywka. Dużo młodych osób z RPA zresztą zarabia spore pieniądze pracując na statkach rejsowych jako stewardzi albo szefowie kuchni.

Osoby szukające “autentycznych doświadczeń” to bardziej świadomi turyści i backpackerzy. Ci ostatni to często młodzież robiąca sobie rok przerwy między liceum, a studiami (“gap year”). Podróżują raczej po Tajwanie czy Wietnamie niż innych krajach Afryki. W tych krajach wielu młodych ludzi z RPA mieszka także nawet kilka lat, ucząc angielskiego i podróżując.

Zamożni ludzie jeżdżą też do Europy, choć między cenami lotów, a kursem randa to naprawdę droga atrakcja. Kiedyś Anglia miała specjalną dwuletnią wizę pracowniczą dla młodych obywateli RPA, żeby mogli zdobyć pierwsze doświadczenia na rynku pracy. Wtedy też oczywiście korzystali oni z tanich europejskich podróży. Teraz raczej już tego nie widać wśród młodych ludzi i kraje Europy to ekskluzywny kierunek.

A co z domem?

Domy w nadmorskiej miejscowości Paternoster

No właśnie, co z domem? Może to wam się wydać dziwnym pytaniem, bo wy pewnie zamykacie na klucz i tyle. Jak macie kota to ktoś wam go karmi, psa zostawiacie z kimś, ale z domem? W RPA ze względu na bezpieczeństwo wiele osób ma podejście, że strzeżonego Pan Bóg strzeże. Dlatego często dom, zwłaszcza taki wolnostojący, nie zostaje pozostawiony sam sobie.

Usługa “housesitting” jest wykupowana na wakacje od tygodnia wzwyż. Płacicie więc komuś za to, żeby siedział u was w domu. Jeśli macie zwierzęta to taka osoba zajmuje się też waszymi zwierzętami, ale to jest już droższe. Czasami o taką przysługę prosi się też znajomych czy rodzinę.

Niestety przestępcy zawsze szukają dobrej okazji do włamania. Pozostawienie domu bez opieki na dłuższy czas często kończy się niemiłą niespodzianką po powrocie. Największe zagrożenie jest podczas takich okresów, gdy wyjeżdżają wszyscy np. Bożego Narodzenia. Moim zdaniem zawsze jednak warto zainwestować w house sittera.

Podsumowanie

Ludzie w RPA, którzy mają budżet na wakacje lubią małe miejscowości, sport, luksus albo inne przygody krajowe. Wakacje zagraniczne to rzadziej wybierana opcja. Polskie działkowanie tu nie istnieje, ale jak się ktoś dorobi można inwestować w drugą rezydencję. Wyjeżdzając na dłuższe wakacje należy też odłożyć pieniądze na kogoś, kto będzie nam doglądał domu. Jakieś pytania? Zapraszam do komentowania!

(Mój) ślub w RPA

Z okazji mojej dzisiejszej piątej (!) rocznicy ślubu postanowiłam wysmarować posta na temat ślubu w RPA. Będzie głównie oparty na moich doświadczeniach, ale dodam też trochę informacji ogólnych.

Ślub faktyczny

Mój mąż oświadczył mi się po niecałym roku związku z czego sześciu miesiącach mieszkania ze sobą. Niby szybko, ale my już byliśmy trochę starsi i wieku 27 (ja) i 32 lat, każde po kilku związkach i wyszaleniu się, gdy się poznaliśmy raczej wiedzieliśmy, że to jest “to”. Ślub zaplanowaliśmy na +/- 6 miesięcy po, no bo po co czekać?

Zebranie dokumentów to był trochę koszmar, bo przy małżeństwach międzynarodowych jest trudniej. Najpierw mąż musiał dostać zaświadczenie, że jest singlem i może wziąć ślub. Dopiero z zaświadczeniem męża ja mogłam poprosić o swoje zaświadczenie o zdolności do zawarcia małżeństwa. Polska musiała między innymi sprawdzić czy nie jesteśmy za blisko spokrewnieni 😀 Cały proces trwał około trzy miesiące (w tym dwa dokument męża tu na miejscu, a miesiąc mój…). Mój dokument o byciu niezamężną miał też ograniczenie czasowe.

Potem wszystko powinno było pójść łatwo… ale nie poszło. W Kapsztadzie mieli terminy na ślub dopiero na czas po wygaśnięciu mojego papierka. Znaleźliśmy bardziej elastyczny urząd, ale ponieważ RPA to jest kraina mlekiem i miodem płynąca w mniemaniu tutejszych służb imigracyjnych musieliśmy przejść przez rozmowę, zezwalającą na zawarcie małżeństwa. Pani urzędniczka była mocno straszna i podzieliła się kilkoma ksenofobicznymi komentarzami. Najbardziej oberwało się Pakistańczykom, według niej przyjeżdżającym do RPA tylko po to, żeby zapładniać lokalne kobiety…

Do nas miała złe podejście nie za moją narodowość, ale za to, że nie mieliśmy “pastora”, nie byliśmy wierzący i chcieliśmy wziąć ślub cywilny. Dwa razy jak przyjechaliśmy na rozmowę to odesłała nas z kwitkiem. Zgodnie z zasadami wymagała od nas obecności jednego rodzica męża przy rozmowie, ale poprosiła nas też o szereg dokumentów niewymaganych prawnie. Np. list od mojej mamy, że jest świadoma tego, że wychodzę za mąż i aprobuje wybór :D. Przypominam, że tu chodzi o dorosłych ludzi… Tak czy inaczej dokumenty dostarczyliśmy.

Rozmowa odbyła się dopiero za trzecim razem. Rozdzielono mnie i męża – najpierw przepytywali jego, potem mnie. Teść musiał być obecny przy obydwu częściach. Sama rozmowa była pełna głupich pytań, a Pani czepiała się dziwnych rzeczy. Już nie będę was zanudzać szczegółami, ale dla przykładu w RPA nie ma już od iluś lat łączonych kont bankowych dla par z różnych względów. Można ewentualnie mieć pełnomocnictwo do czyjegoś konta, które też mieliśmy. No ale pani urzędniczce się nie podobało, że nie było łączone i dalej cmokała mimo że tłumaczyliśmy, że prawnie nie ma takiej opcji. Mimo cmokania i kręcenia głową w rezultacie zdecydowała, że jednak jesteśmy spoko i możemy wziąć ślub.

Nasz faktyczny ślub odbył się tydzień później w deszczowy wtorek w urzędzie stanu cywilnego w Paarl. Praktycznie nikomu o tym nie powiedzieliśmy. Wiedziała moja mama, siostra męża oraz obecni: rodzice mojego męża, którzy nam świadkowali, jego babcia i moja przyjaciółka. Wzięliśmy dzień wolnego w pracy i po ślubie wszyscy poszliśmy do restauracji. Dla mnie to było super i nie zmieniłabym tego dnia na nic innego. Potem opublikowaliśmy zdjęcia na Facebooku i dowiedziała się reszta znajomych. Chyba nikt się nie obraził, ci co mnie dobrze znają wiedzą, że z niektórymi rzeczami jestem bardzo skryta.

Przy ślubie oczywiście wybiera się nazwisko. Nazwisko można mieć męża, dwuczłonowe albo swoje. Mąż też może wziąć wasze albo dwuczłonowe. Pary homoseksualne też mają pełną dowolność w tej kwestii. Wybiera się też nazwiska dzieci. Decyzję można jednak zmienić na późniejszym etapie. Ja chciałam najpierw dwuczłonowe, ale potem zmieniłam zdanie i zostałam przy swoim, bo jednak każda okazja do j*bania patriarchatu jest dobra 🙂

Dużo osób, które decydują się na tradycyjny ślub z weselem tutaj, też bierze ślub cywilny tylko na kilka dni, a nie miesięcy przed weselem. Wynika to z tego, że osoby uprawnione do zawierania małżeństw poza urzędem są często porezerwowane lata do przodu i czasem jest po prostu łatwiej przejść się do urzędu. Wtedy na weselu jest często ślub tylko religijny, jeśli ktoś jest wierzący albo po prostu ktoś udaje urzędnika i się robi wszystko jeszcze raz.

Wieczór panieński i kawalerski

Wieczór panieński i kawalerski to raczej stały punkt imprez przedślubnych. Na kawalerskim głównie się pije, częste jest wyjście na miasto i robienie z siebie idioty. Niektórzy mają na sobie kostiumy. W Kapsztadzie często faceci idą do klubu ze striptizem Mavericks, innych mniej bawi uprzedmiotowianie kobiet i tam nie idą. Zarówno kawalerski i panieński składają się z kilku etapów czy aktywności.

Dla dziewczyn hitem są zajęcia z tańczenia na rurze (było u mnie), burleski i drag shows. Często są jakieś zabawy, czasami takie same jak na kawalerskim. Oczywiście wszędzie dużo penisów (hihihi) i podtekstów seksualnych. Ja z mojego mało pamiętam, bo we wszystkich zabawach waliłam karne szoty. Porzygałam się już na etapie drugim imprezy, wiem, że ta wiedza była wam potrzebna.

Teraz często ludzie robią też panieński i kawalerski wspólnie albo przynajmniej łączą ostatni etap. Tak zrobiliśmy my i obydwie grupy spotkały się w klubie karaoke. Jest z tego nagranie jak śpiewałam “My heart will go on” z koleżanką, wiecie czym mnie będzie można szantażować, gdy zostanę politykiem.

Najgorzej na tych okazjach obrywa się druhnom. Tutaj trendem jest posiadanie całego szeregu dziewczyn. Często widać na zdjęciach 6 czy 10 osób. Oczywiście ciężko, żeby to były bliskie przyjaciółki, więc często słychać jęczenie “wybranych”. Zazwyczaj robi się zrzutki, ale jeśli coś nie wypali czy ktoś nie dopłaci koszt spada na druhny. Często panny młode mają wygórowane wymagania, co do ich wieczoru panieńskiego i grupa się na konkretną aktywność nie chce zrzucić – to też jest problem druhen.

Dodatkowo od druhen wymaga się tu często konkretnego stroju na wesele. To zwykle drogie sukienki, które kosztują kilka tysięcy randów. Wszystko po to, żeby focia ślubna była idealna.

Wesele w RPA – co jest inne niż w Polsce

Wesela w RPA są ogólnie podobne do tych w Polsce. Mówię ogólnie, bo wszystko zależy od religii i etniczności. Sporo osób decyduje się jednak na takie zachodnie. Największa różnica jest taka, że nie na wszystkich weselach wszystko jest opłacone. Np. często nie ma open baru tylko np. opłacony jest pierwszy drink gości albo tylko piwo i wino, ale nie mocne alkohole. My nakupiliśmy Żubrówki i daliśmy spory limit, który ludzie wykorzystali dopiero pod koniec imprezy.

Jeśli chodzi o ceny wesel to są one mega drogie, chyba tak jak wszędzie. Zazwyczaj rodzice trochę pomagają finansowo albo całkowicie pokrywają koszta imprezy. Ja kupiłam dwie białe kiecki na promocji w normalnym sklepie z ubraniami (jedną na ślub, drugą na wesele), welon w sklepie “Mała Księżniczka” i tyle. Nienawidzę wydawać pieniędzy, a już 30% do wszystkich produktów, bo wesele to już w ogóle. Jedyne w co zainwestowałam to makijaż i włosy, bo jednak jestem próżna 😀

Na nowoczesnym weselu, zwłaszcza w dużym mieście, nie można liczyć na koperty od gości. Niektórzy wam dadzą, a niektórzy nie. Pieniądze nie interesowały nas aż tak bardzo, wesele mieliśmy na 40 najbliższych osób z RPA. Organizowaliśmy je tak, żeby nie musiało się zwrócić. To jednak, że niektórzy ludzie nie przynieśli nawet kartki z życzeniami czy czegoś drobnego w ramach gratulacji trochę mnie zdziwiło. Tak samo jest tu jednak z urodzinami, niektórzy nic nie przynoszą, nie postawią ci też piwa. Dla mnie to jest dalej nie do ogarnięcia, no ale to raczej kwestia pokolenia, bo dla starszych ludzi tu to też jest dziwne.

Jeśli chodzi o kopertowanie to czasem jest jakiś cel pieniędzy wpłacanych na wesele np. jedna koleżanka poprosiła o wpłacanie pieniędzy, mówiąc, że to na fundusz na studia jej pomocy domowej. Jeśli już ludzie dają to nie są to duże kwoty. Jak pierwszy raz szłam na wesele ze znajomymi w cztery osoby zrobiliśmy wspólną zrzutkę na tysiąc randów (260 PLN). Ja dałam tyle, ile inni mówili, że się daje. Piąta koleżanka z paczki się wyłamała. Uparła się na osobną kopertę, bo inaczej skąd młodzi mieliby wiedzieć, że ona dała więcej 😀 No ale i ona jaka osoba bogata dała 500 randów (130 PLN). Jak widzicie, organizowanie wesel to tu słaby biznes. My mieliśmy jeszcze uroczystość rodzinną w Polsce to sobie odrobiliśmy, lol.

My też nie wymagaliśmy wiele od gości. Wybraliśmy kolor niebieski na dekoracje i poprosiliśmy w miarę możliwości o strój w tym kolorze. Poza kolorami ludzie często wybierają cały temat, czasami są wesela przebierane, gdzie wymaga się przebrania. Najbardziej znienawidzonym weselem o jakim słyszałam było to znajomych męża pt. “Alicja w Krainie Czarów w latach 20tych”.
No i teraz będzie niespodzianka, ja na to wesele nie zostałam zaproszona. Osoba towarzysząca na zaproszeniu nie jest wcale normą, nie ma znaczenia czy ktoś ma partnera czy nie. Często zaprasza się ludzi indywidualnie. W tym przypadku to byli znajomi męża ze szkoły, których widziałam w życiu dwa razy i nie zostałam zaproszona.
Tak samo nie ma czegoś takiego jak zapraszania kogoś, bo oni nas zaprosili na wesele. Chcesz to zapraszasz, nie to nie. Ludzie się oczywiście obrażają, ale to już inna sprawa 😉

Przebieg wesela

Na weselu na początku ludzie często najpierw biorą ślub (lub udają, że go biorą, jeśli już wzięli). Na ceremonii często czyta się własną przysięgę małżeńską albo osobiste listy przed normalnymi formułkami typu “Biorę sobie Ciebie za żonę…”. My tylko odczytywaliśmy takie listy, ale bez szopki. Ja się tak denerwowałam podczas czytania, że mi się całe nogi trzęsły, co oczywiście goście zauważyli i się podzielili 😀 Potem jest rzut welonem i muszką.

Lubię gwiazdorzyć, ale wesele to totalnie nie moja bajka. Gdyby to zależało całkiem ode mnie nie mielibyśmy żadnego, ale mężowi zależało na naszym tu, a mojej mamie na uroczystości rodzinnej w Polsce. Ważne, że mieliśmy nasz dzień. Trochę szkoda, że nie mieliśmy imprezy z polskimi znajomymi, no ale nasze życie jest tu i klimat z masą ludzi, którzy nie mojego męża raczej by dla niego nie był fajny. Koniec dygresji.

Po przysiędze goście zazwyczaj coś tam sobie jedzą, a potem jest następny punkt programu. Dużo ludzi ma jakieś występy (np. para młoda śpiewa piosenkę albo ma jakąś choreografię), są życzenia od osób, które nie dotarły czy przemowy. Potem znowu jedzenie i pierwszy taniec, tort i czas wolny i dla gości i dla młodych. U nas był jeszcze polski akcent w postaci toastu Wyborową. Goście mieli wydrukowane instrukcję jak się krzyczy “gorzko” i o co z tym chodzi. Nawet spoko im to wyszło.

No i tyle! Wesela rzadko trwają do białego rana, bo zazwyczaj wynajem jest do północy. Czasem można dłużej za dopłatą, ale to zależy od miejsca. Jeśli wesele jest w mieście często jest after party. Baaaardzo często ludzie organizują wyjazdówki. W naszej prowincji są piękne farmy wina i inne fajne miejscówki z ładnymi widokami. Lepiej dla gości, bo nie trzeba wracać po pijaku samochodem. Gorzej dla gości, bo to koszt no i cały weekend na to przepada.

Myślę, że kiedyś jeszcze wam napiszę o innych typach wesel organizowanych tutaj np. tradycyjnych muzułmańskich czy afrykańskich. To będzie jednak post oparty na książkach i artykułach, no chyba, że ktoś mnie do tego czasu gdzieś zaprosi. Mam znajomych z różnych etniczności, ale jednak wszyscy z tych, których znam stawiają na Zachód i białe suknie.

Afterek

PS Co zrobić z suknią ślubną

Tak jak mówiłam, wydałam mało na suknie ślubne, więc mnie głowa nie bolała. Jedną dalej trzymam w szafie i już raz wykorzystałam na ślubną sesję fotograficzną w Polsce zasponsorowaną przez przyjaciółkę z Polski :* Drugą za to założyłam na zombie walk i oczywiście trafiłam dzięki temu do gazet. Także jeśli nie macie pomysłu na wykorzystanie sukni to tu jest jeden 😀

Jak (mi) się żyje w RPA

Na to, że żyję w RPA słyszę różne reakcje. Od oskarżeń o permanentne wakacje do zdziwienia, przez sympatyczną ciekawość, po pytania jak mogę w takim kraju żyć (często opartego na stereotypach). Dzisiaj więc rzucę trochę światła na to jak faktycznie w RPA żyje się mi i osobom, z którymi mogę się porównywać. Natomiast pamiętajcie, że to jest doświadczenie kogoś z tak zwanej klasy średniej, bo w RPA jest wielkie zróżnicowanie i żyją ludzie bardzo biedni i bardzo bogaci.

Praca – zarobki i rynek pracy

O pracę jest w RPA ciężko z bezrobociem w wysokości 30%. Im wyższe wykształcenie, tym większe szanse na zatrudnienie, ale zarobki bardzo się różnią w zależności od ukończonych studiów. Najlepiej żyje się ludziom ze zdolnościami technicznymi albo po kierunkach ścisłych. Dla humanistów po studiach zarobki zaczynają się w okolicach 10-15 tysięcy randów (2,5-4 tysiące złotych) w Kapsztadzie. W Durbanie byłoby to mniej, a w Johannesburgu więcej, ale jest to adekwatne do cen. Nie mówcie jednak, że całkiem całkiem, zanim nie dojdę do części o kosztach życia 😉

Dla humanistów na tym poziomie kończą się zarobki. W wielu firmach jest inflacyjny wzrost co roku, ale ogólnie możliwości podwyżkowe są dość ograniczone. Z tego powodu dużo zdolniejszych osób skacze po firmach, każda kolejna oferuje trochę więcej. Możliwości w danej firmie to zazwyczaj dwie ścieżki – albo kierownictwo albo zasiedzenie, gdy po latach zaczynają dochodzić jakieś bonusy. Można się też zarzynać pracą dodatkową albo płatnymi nadgodzinami (jeśli firma oferuje). Przy kompetencjach miękkich wyjątkiem jest szerokorozumiana turystyka, gdzie można (było) naprawdę nieźle zarabiać.

Warunki zatrudnienia różnią się od firmy do firmy. Według prawa pracownikowi należy się 15 dni płatnego urlopu rocznie, oczywiście poza weekendami i świętami. Urlop macierzyński to 4 miesiące urlopu BEZPŁATNEGO, urlop tacierzyński 10 dni tego samego. Wiele firm oferuje kobietom lepsze opcje, ale przy rezygnacji z pracy za szybko po powrocie zdarza się, że za ten macierzyński trzeba zwrócić pieniądze. Chorobowego standardowo przysługuje człowiekowi 10 dni rocznie albo 30 dni przez trzy lata (można to sobie różnie rozłożyć).

Znalezienie pracy bardzo często odbywa się przez znajomości. Firmy mają prawo do tzw. wewnętrznego poszukiwania kandydatów i za polecenie osoby, która się sprawdzi można nawet dostać dobry hajs. Rekruterzy spoza firmy są bardzo ostrzy i trochę jak roboty. Np. raz nie przeszłam nawet pierwszej rundy do pewnej firmy przez rekrutera, ale na to samo stanowisko ktoś mnie polecił i pracowałam u nich trzy tygodnie później.

Taki system to jest oczywiście koszmar dla imigrantów, bo na początku znajomych nie masz. Ogólnie szukanie pracy bez stałego pobytu graniczy w tej chwili z niemożliwością, nie ma znaczenia, czy jesteś małżonkiem obywatela RPA czy ot tak sobie szukasz. Poza zatrudnianiem ludzi z bardzo określonymi kwalifikacjami lub na wysokich stanowiskach, żadnemu pracodawcy się nie chce bawić w wizy. Gdy przyjechałam, nie było aż tak źle. W tej chwili prowadzę własną działalność gospodarczą. Trochę bo chcę, a trochę bo nie mam wyboru.

Styl życia

Styl życia to jest moja ulubiona część życia w RPA. Dużo się wychodzi ze znajomymi do “lepszych” restauracji czy na różne wydarzenia kulturalne i w stosunku do nawet takich humanistycznych zarobków jest to bardzo do ogarnięcia. Ludzie z mojego pułapu zarobkowego są też aktywni, chodzą na wspinaczki górskie, ćwiczą, biorą udział w różnych aktywnościach fizycznych. I najlepsze – jest też spore zaangażowanie społeczne we wszelkiego rodzaju projekty.

W Kapsztadzie jest mega, bo jest i ocean i góry i fajne markety i restauracje i teatry i w ogóle. ALE nie da się mimo wszystko porównać życia kulturalnego tutaj z tym, które miałam w Warszawie. Tam jest więcej teatrów, festiwali filmowych i różnych innych. Żeby być w centrum kulturalnym tutaj musiałabym przeprowadzić się do Johannesburga, którego nie lubię z innych powodów.

Ludzie w RPA są mili i pomocni. Jeśli coś ci się stanie, zaraz ktoś przybiegnie z pomocą. Czasem ktoś się do Ciebie uśmiechnie na ulicy bo tak, albo podejdzie i powie ci coś miłego. Może to nie wydaje się jakąś wielką rzeczą, ale naprawdę zmienia jakość życia. Jak pięć (?) lat temu pojechałam do Polski to byłam w szoku jacy niesympatyczni są ludzie w takich normalnych, codziennych sytuacjach.

Bezpieczeństwo

O bezpieczeństwie dla turystów pisałam osobno. Życie codzienne jest inne od wycieczki na dwa tygodnie, więc nie ma co się sugerować codziennymi doświadczeniami ludzi. Martwienie się o bezpieczeństwo to po prostu coś, co jest takim dodatkowym filtrem nałożonym na mózg, którego się po pewnym czasie nie zauważa. To normalne przeanalizować jakiś plan pod kątem “a czy to jest aby bezpieczne”, nawet jeśli ten plan to po prostu powrót samochodem od znajomych samej o północy.

Na pewno brakuje mi łażenia na piechotę po zmroku, bo tu zazwyczaj zaczyna się robić pustawo. Najbardziej widać to w zimie, kiedy o 19 jest prawie totalna pustka na chodnikach poza centrami handlowymi czy miejscami, gdzie ludzie chodzą wieczorem. Ja chodziłam sama nawet do 22, kiedy nie było mnie stać na taksówkę, ale nigdy nie czułam się bezpiecznie.

Bezpieczeństwo trzeba też brać pod uwagę przy wynajmie czy kupnie, gdy wybiera się dzielnice. Dodatkowo dom czy mieszkanie trzeba zabezpieczyć tak, jak zabezpieczają go sąsiedzi. Np. jeśli wszyscy wokół Ciebie mają ogrodzenie elektryczne, należy w nie zainwestować. Czemu? Bo inaczej twój dom będzie się rzucał w oczy włamywaczowi. Przy wyjeździe na wakacje, ludzie często opłacają osobę, która po prostu mieszka w ich domu. Dom pozostawiony bez opieki to też coś, czego wyczekują włamywacze.

Sprawy społeczne

Biedę widać prawie wszędzie, przemieszaną z bogactwem i nowoczesnością. Każdy ma inną wrażliwość, ale mi na to bardzo ciężko patrzeć. Mimo że pomagam zawsze czuję, że pomagam za mało. O biedzie w RPA jednak wie każdy więc opowiem o czymś innym, czyli o różnorodności. Ze względu na wiele mniejszości naprawdę fajnie się tu żyje. To, że ktoś może być inny niż ty, jest po prostu normą. W pracy masz zazwyczaj ludzi o wszystkich kolorach skóry i wielu wyznań. Życzenia w firmach często wysyła się na wszystkie święta religijne np. firma życzy udanego Ramadanu wszystkim świętującym. Nie ma zakładania, że na pewno obchodzisz takie czy inne święta.

RPA jest też krajem liberalnym społecznie. Dużo ludzi jest wierzących, jak wszędzie, ale każdy sobie wyznaje co chce albo nic i w ogóle tego nie widać w debacie publicznej. Podstawowa antykoncepcja jest refundowana przez rząd, aborcja jest na żądanie. Mniejszość LGBTQ+ jest chroniona przed dyskryminacją, są małżeństwa homoseksualne i związki partnerskie hetero i homoseksualne. Oczywiście kraj ma wiele problemów, ale podstawy prawne umożliwiają ludziom walkę o swoje prawa.

Życie na wizie

Nie będę się o tym rozpisywać, ale jest to koszmar, który od lat staje się coraz bardziej koszmarny. Bezrobocie i związane z nim nastroje ksenofobiczne, sprawiają że prawodawstwo jest coraz ostrzejsze. Poza tym urząd imigracyjny nagminnie łamie prawa obcokrajowców.

Życie bez stałego pobytu jest upierdliwe, gdy macie do czynienia z jakąkolwiek administracją. Urzędnicy często po prostu mówią wam, że coś wam się tam nie należy, bo nie jesteście z RPA/nie macie stałego pobytu. Nowy przykład to szczepionki. Mimo że należą się obcokrajowcom, mojej znajomej udało się zaszczepić dopiero za trzecim razem, bo przedtem odsyłano ją z kwitkiem.

Zdobycie pobytu stałego jest coraz bardziej skomplikowane i zazwyczaj jest to po 5 latach czegoś tam, z masą absurdalnych wykluczeń. Mi się należy w tym miesiącu, ale od ponad roku nie można składać podań. Po złożeniu podania czeka się na przyznanie statusu od kilku miesięcy do kilku lat.

Jest tu pięknie

Jednym z powodów dlaczego w RPA mieszka mi się lepiej niż gorzej jest piękno i różnorodność tego kraju. Naprawdę nie trzeba wyjechać daleko za miasto, żeby znaleźć zupełnie inne widoki. W mojej prowincji znajdziecie lasy, które wyglądają jak polskie, ale i tereny pustynne. Kraj jest wielki i jest masa rzeczy do zobaczenia. Ja zwiedziłam po 10 latach tylko połowę prowincji i mam jeszcze baaaardzo dużo do zobaczenia.

Poza pięknymi krajobrazami są tu też różne zwierzęta i rezerwaty przyrody. Kiedyś mnie to zupełnie nie kręciło, a teraz bardzo lubię wypad na takie czy inne interakcje ze zwierzętami w weekend. Samo zwiedzanie miast też jest fajne, bo są bardzo różnorodne. Każde z nich ma inną mieszankę etniczną, architekturę i historię. A jak już mi się to znudzi, to mamy jeszcze dwa niezależne kraje na terenie RPA do obskoczenia 😉

Koszt życia

No i na koniec najmniej przyjemny temat 😀 Ogólnie koszt życia typu wynajem, jedzenie czy kosmetyki jest dość porównywalny do Polski. Powiedziałabym, że wynajem jest droższy, a kupno nieruchomości tańsze niż w polskich dużych miastach. Trzeba jednak pamiętać, że dla typowego mieszkańca RPA to są ekstremalnie wysokie ceny, dla wielu bez szansy na otrzymanie kredytu.

To jednak nie koniec kosztów życia w RPA. Po pierwsze, jest prywatne ubezpieczenie zdrowotne, często zabierane bezpośrednio z wynagrodzenia. Koszt najniższej opcji to około 500 PLN miesięcznie. Do tego ubezpieczenie mało pokrywa, więc za wiele rzeczy trzeba płacić z własnej kieszeni i to dość dużo. System publiczny jest dobry, ale bardzo obciążony i niedofinansowany. Wiadomo, że w niektórych sytuacjach nie pomoże. Na przykład kiedy rodzisz i chciałabyś znieczulenie to go nie dostaniesz, chyba że to cesarka. Kliknijcie sobie na ten link, co dałam powyżej, bo już pisałam szczegółowo o tym temacie.

Potem dochodzą wszystkie inne ubezpieczenia. Jak masz dom trzeba go ubezpieczyć, z zawartością, no bo jest duża przestępczość. Nie zapominajmy o prywatnej firmie ochroniarskiej i obsłudze alarmu przeciwwłamaniowego. Jak masz laptopa to też lepiej go ubezpieczyć, bo wynosisz go z domu i nie podchodzi pod ubezpieczenie mieszkalne. To samo z biżuterią czy z inną elektroniką, typu aparat, przecież to dość prawdopodobne, że ktoś cię skroi. Samochód koniecznie trzeba ubezpieczyć od kradzieży, no i tak normalnie od wypadków.

Zwierzęta to jest kolejny szalony koszt. Każda wizyta u weterynarza z jakąś tam drobną interwencją to koszt 200-300 złotych. Jak zwierzę się bardziej zepsuje to już w ogóle. No chyba, że wolicie, żeby i tu was doili miesięcznie – ubezpieczenie zdrowotne dla zwierzęcia też, oczywiście, istnieje :D.

O dzieciach nawet nie będę pisać, bo wszystko kosztuje bardzo drogo. System szkolnictwa sprawia, że tzw. klasa średnia najczęściej wysyła dzieci do szkół tylko częściowo finansowanych przez rząd. Wiadomo, że rodzice jeszcze bardziej dbają o edukację w kraju, gdzie jest olbrzymie bezrobocie. Studia też są płatne.

No i punkt ostatni – odkładanie na emeryturę. Ponieważ najwyższa emerytura tutaj to trochę poniżej 500 PLN nie możecie na to liczyć. Dlatego ludzie w bardzo młodym wieku zakładają sobie tzw. pension fund. To już od każdego zależy ile sobie wpłaci miesięcznie… no chyba, że akurat pracujesz dla takiej firmy, która ci to też utnie z pensji 😀

W skrócie życie tu kosztuje od ch*ja i ciut ciut.

Podsumowanie

Mimo wszystko lubię żyć w RPA, bardziej niż nie lubię. Czy tu zostaniemy na długie lata zależy od różnych czynników. Przyznam szczerze, że wszystko inne mogę zaakceptować, ale jestem wykończona sytuacją i ograniczeniami wizowo-pracowniczymi. Jako plan awaryjny mamy na oku dwa inne państwa, gdzie moglibyśmy się stosunkowo łatwo przeprowadzić. Nie powiem gdzie, ale nie w Europie.

Jeśli macie jakieś pytania, zapraszam do komentowania!

Sytuacja osób LGBTQ+ w RPA

Na kontynencie afrykańskim osoby LGBTQ+ borykają się z wieloma problemami. Prawo wielu krajów nie rozpoznaje związków homoseksualnych, a więc również w żaden sposób nie chroni przed dyskryminacją. W innych krajach homoseksualizm kara się więzieniem, a nawet karą śmierci. Jedyne kraje afrykańskie, gdzie osoby LGBTQ+ są aktywnie chronione prawnie to RPA i Republika Zielonego Przylądka.

Pod względem prawnym RPA wyróżnia się pozytywnie nie tylko na kontynencie, ale i na całym świecie. Jako pierwszy kraj wprowadziło ochronę przed dyskryminacją ze względu na orientację seksualną do Konstytucji. W 2006 zalegalizowano za to związki małżeńskie i partnerskie osób tej samej płci. Oczywiście oznacza to również, że mają prawo do adopcji dzieci.

Sytuacja prawna wskazuje na to, że w RPA panuje pełne równouprawnienie, co niestety nie jest prawdą. Przyjazne LGBTQ+ prawo nie zawsze jest przestrzegane, a jego łamanie nie zawsze karane. Dodatkowo przestępstwa na tle dyskryminacji ze względu na orientację seksualną to niestety wciąż bardzo duży problem.

Jeszcze tylko słowo wstępu: W tekście używam skrótu LGBTQ+, bo taki (lub samo LGBT) widzę w polskich mediach. W RPA używa się w tej chwili terminu LGBTIQA+.

Kapsztad – gejowska stolica Afryki

Za najbardziej przyjazne miejsce dla społeczności LGBTQ+ uznaje się Kapsztad. Nazywa się go nie tylko gejowską stolicą RPA, ale i całej Afryki. Dzielnica De Waterkant jest w szczególności znana ze sporej ilości miejscówek przyjaznej tej społeczności. Wiele takich miejsc jest wręcz kultowych i bardzo lubianych na wszelkiego rodzaju wieczory panieńskie, urodziny i inne okazje.

Jedno z takich miejsc to Beefcakes, które bardzo polecam, jeśli wylądujecie kiedyś w Kapsztadzie. Organizowane są tam świetne występy drag queens. Atmosfera jest bardzo rozluźniona i naprawdę można zapomnieć o całym świecie. Podobna miejscówka to Gate 69, choć tak naprawdę znajduje się już w centrum, a nie w samym De Waterkant.

W Kapsztadzie od 1994 organizowana jest też bardzo fajne wydarzenie, Mother City Queer Project (MCQP). Jest to impreza, która co roku zmienia miejscówkę i temat. Przebierają się wszyscy, niektórzy planują stroje całymi miesiącami. Jest to przede wszystkim bardzo pozytywne wydarzenie, a zabawa trwa do rana. Każdy jest tam mile widziany, choć trzeba wspomnieć, że stosunkowo wysokie ceny biletów nie każdemu dają możliwość udziału w tym wydarzeniu.

Kolejnym ważnym wydarzeniem jest festiwal filmowy Out in Africa. Festiwal odbywa się w Kapsztadzie i Johannesburgu. Wyświetlane są filmy na temat społeczności LGBTQ+. Odbywa się on we wrześniu, osobno od reszty “sezonu festiwalowego” w Kapsztadzie w listopadzie. Dzięki temu łatwiej obejrzeć wszystko, co się chce.

Jak to wygląda na co dzień

Oczywiście bycie przedstawicielem LGBTQ+ to przede wszystkim codziennie życie przedstawiciela mniejszości, a nie imprezy czy wydarzenia kulturalne. Porównując do Polski… to w ogóle nie można tego porównać. Bycie osobą homoseksualną czy transseksualną jest częścią rzeczywistości, tak samo jak bycie z danej etniczności. Oznacza to np. że koleżanka z pracy mówi ci o swojej żonie albo może powiedzieć ci o tym, że kiedyś była chłopcem.

W restauracjach widać pary homoseksualne na randkach tak samo jak pary heteroseksualne. Wiadomo, że nie każdy lubi trzymać się za ręce czy okazywać uczucia w miejscu publicznym, ale jest to równie widoczne dla wszystkich par. Tak samo nie każdy ma ochotę na przygodne pocałunki na imprezach, ale takowe widać na imprezach i ze strony heteroseksualistów i homoseksualistów.

Nie znaczy to jednak, że wszystkim się to podoba. Nie będę ściemniać i przedstawiać RPA jako jakiegoś raju, którym nie jest. Przede wszystkim niektóre społeczności są konserwatywne i osobom LGBTQ+ jest ciężko zrobić coming out. Często chodzi nie tylko o kulturę, ale i o religię. Nie można też oczywiście porównać Kapsztadu czy Johannesburga do małej miejscowości. Nawet w Kapsztadzie wszystko zależy jednak od otwartości konkretnej rodziny czy społeczności.

Znam celebrytę ze społeczności Afrikaans, który nigdy otwarcie nie mówi o swojej orientacji w mediach. W induskiej rodzinie partnera przyjaciółki dopiero próba samobójcza sprawiła, że rodzina wsparła osobę chcącą zmienić płeć. Bardzo bliska znajoma Żydówka ukrywała przede mną (i przed innymi), że jest lesbijką do czterdziestki. Przykłady tego typu mogłabym mnożyć, a o przynależności kulturowej wspominam, bo ma ona znaczenie. Niezależnie od ogólnej akceptacji społecznej oraz tolerancji i braku dyskryminacji na papierze, ludzie wciąż czują, że dla ich rodziny czy społeczności ich prawdziwa tożsamość będzie problemem.

Ogólnie bycie przedstawicielem mniejszości LGBTQ+ w RPA jest najbardziej widoczne, a więc wydawałoby się akceptowalne z krajów, które obserwowałam. Natomiast jest też wiele problemów z jakimi zmaga się ta społeczność. Nie można też zapomnieć, że ze względów historycznych, życie przedstawiciela tej mniejszości często zależy od koloru skóry. Nie można porównać uprzywilejowanej zamożnej białej osoby z dzielnicy De Waterkant, której życie przypomina życie w San Francisco, a osoby czarnoskórej z biednej dzielnicy, której codzienność mimo fajnego prawa, to ciągły strach przed prześladowaniem.

Dyskryminacja pomimo praw

Jak wspomniałam powyżej, przedstawiciele mniejszości LGBTQ+ mają pewne obawy związane z coming outem i często boją się dyskryminacji. Zacznijmy od sytuacji na rynku pracy, gdzie w teorii nie powinno być problemu.

Przede wszystkim podczas rozmowy o pracę wcale nie tak łatwo udowodnić dyskryminację. W RPA nie można o stan cywilny pytać wprost, ale to wychodzi, tak samo jak posiadanie dzieci, w pytaniu “Co lubisz robić w wolnym czasie?” i podobnych. Komuś może nie spodobać się, że wspomnisz męża jako mężczyzna. Oczywiście ludzie znają prawo i nikt nie powie głośno “Nie chcę tego Pana zatrudnić, bo jest homoseksualistą”. Mogą za to wybrać innego kandydata z podobnymi kwalifikacjami i podać wiele innych “akceptowalnych” powodów dlaczego woleli kogoś innego.

Poza dyskryminacją, bo ktoś jest po prostu homofobem, jest jeszcze bardziej dyskretna dyskryminacja. Dla przykładu człowiek uważa, że ma otwarty umysł, ale ma jakieś tam idee na temat przedstawicieli społeczności LGBTQ+, często wynikające ze stereotypów. Podświadomie np. nie wyobraża sobie danej osoby na jakimś stanowisku. W pewnych zawodach, jest to też motywowane “troską” o takie osoby, zakładając, że w danym środowisku by się nie odnalazły. Mowa tu głównie o zawodach, gdzie promuje się tradycyjny, patriarchalny model męskości.

Kolejnym problemem była możliwość zawierania małżeństw homoseksualnych. Niektórzy urzędnicy stanu cywilnego bronili się swoim sumieniem czy religią i nie chcieli udzielać ślubu parom homoseksualnym. Przez wiele lat był to akceptowalny powód nie wykonywania swoich obowiązków. Pozbyto się go nowym prawem w 2020 roku. Rozumowanie jest tu proste – urzędnik nie może odmawiać czegoś dozwolonego prawnie, bo ma takie widzi mi się. W podobny sposób uporano się z urzędnikami, którzy zmieniali kobietom nazwiska na nazwiska ich mężów po ślubie bez ich zgody, bo im się wydawało, że każda kobieta powinna tak robić.

Przestępstwa na tle dyskryminacji ze względu na orientację seksualną

Przestępstwa na tle dyskryminacji ze względu na orientację seksualną to niestety wielki problem w RPA. Nie ma dokładnych statystyk dotyczących morderstw, pobić i gwałtów na tym tle. Problem jest znowu taki, że często ciężko to udowodnić. Jeśli ofiara przeżyje może zeznać na temat homofobicznych czy transfobicznych komentarzy oprawcy. Jeśli to morderstwo znaczenie udowodnić czemu je popełniono. Dodatkowo w RPA wiele przestępstw po prostu nie jest zgłaszanych.

Na początku tego roku przestępczość przeciw przedstawicielom LGBTQ+ wzrosła i od tamtej pory aktywiści starają się, aby rząd dokonał dodatkowych zmian w prawie. Chodzi przede wszystkim o projekt ustawy przeciwko przestępstwom na tle dyskryminacji i mowie nienawiści. Jest to dość problematyczna ustawa, ponieważ musi ona być skonstruowana tak, aby jednocześnie nie ograniczać wolności słowa czy religii. Prace nad nią trwają od 2016 roku.

Ofiarami przestępczości są wszyscy przedstawiciele mniejszości LGBTQ+. Najbardziej jednak dotknięte są osoby mieszkające w biednych dzielnicach tzw. townships. To tam dokonuje się wielu przestępstw na takim tle, jak i innych. W RPA status finansowy dalej często wiąże się z rasą. Według badań z 2008 roku 86% procent czarnoskórych kobiet z mojej prowincji bało się gwałtu. Dla porównania tak czuło się tylko 44% białych kobiet. Gwałty zdarzają się bardzo często – jeden na czterech mężczyzn w 2009 roku w RPA przyznał, że uprawiał seks z kobietą bez jej zgody.

Wspominam o tym konkretnym problemie nie bez powodu. Jednym z bardzo rozpowszechnionych przestępstw w RPA jest tzw. “gwałt naprawczy”. Jego ofiarami są najczęściej lesbijki, które ktoś postanawia “naprawić”. Podejście jest więc takie, że jeśli kobieta nie chce mężczyzn(y) to znaczy, że po prostu “nie spotkała jeszcze takiego, co by jej zrobił dobrze”. Poza mocno patriarchalną kulturą do takich poglądów przyczynia się też przekonanie, że bycie hetero to jedyna “normalna” opcja (heteronormatywność) i ogólny brak zrozumienia społeczności LGBTQ+.

Efekt jest taki, że kobiety, zwłaszcza w townships, w związkach lesbijskich boją się okazywać sobie uczucia publicznie, mieszkać ze sobą czy przyznawać się do innej orientacji seksualnej. Tak jak mówiłam wcześniej ofiarami przestępstw są również inni przedstawiciele społeczności LGBTQ+, ale zdecydowanie najwięcej w mediach słychać na temat przestępstw dokonywanych na lesbijkach. Jest to część większego trendu rozpowszechnionej przemocy przeciwko kobietom.

Podsumowanie

RPA to kraj z prawodawstwem, które w teorii powinno zapewniać równość i brak dyskryminacji. Podczas krótkiego pobytu w RPA można odnieść wrażenie, że społeczność LGBTQ+ nie ma problemów, jakie widzi się w innych częściach świata. Niestety jest to bardzo dalekie od prawdy. Wielu przedstawicieli tej społeczności ma spokojne życie, ale wielu wciąż żyje w strachu. Niestety rasa i status społeczny, które są tu wciąż mocno połączone, mają wielki wpływ na to, jak danemu przedstawicielowi społeczności się tu żyje.

Jest to szeroki temat i o wielu kwestiach nie opowiedziałam, ale myślę, że jest to dobre podsumowanie najważniejszych punktów.

Black tax, czyli czarny podatek

Słyszeliście kiedyś o takim pojęciu jak black tax, czyli czarny podatek? Jeśli nie interesujecie się specjalnie sprawami na kontynencie afrykańskim, to pewnie nie. W kontekście RPA, prędzej dotarł do was bardzo nieprawdziwy i niezwiązany z rzeczywistością termin „odwrócony rasizm” niż to, z czym większość ludności w tym kraju naprawdę się boryka.

Dzisiaj opowiem wam w skróconej wersji o tym, czym jest ten tzw. czarny podatek, z czego on wynika i dlaczego ludność czarnoskóra niestety jeszcze długo będzie odczuwać skutki apartheidu. Bo tak, niby już tu jest wolność i równość, ale jak sami zobaczycie to bardziej teoria niż praktyka. Krzywdzący system może zniknąć na papierze, ale rzeczywistość potrzebuje więcej czasu, żeby za zmianami nadążyć.

Opowieści o tym, jak to wygląda w praktyce to powtarzające się wątki ze zbioru esejów na ten temat pt. „Black Tax” pod redakcją Niq Mhlongo oraz od bliskiej znajomej. To właśnie od niej pierwszy raz usłyszałam o tym zjawisku, kiedy wspomniała mi, że niby dużo zarabia, ale mało jej zostaje, bo dalej „wysyła pieniądze do domu”.

Co to jest „czarny podatek”?

Czarny podatek to nie jest żaden oficjalny podatek płacony przez osoby czarnoskóre. To koszty, które osoby czarnoskóre ponoszą, pomagając swojej rodzinie. Chodzi tu głównie o zatrudnione już dorosłe dzieci, które na przykład opłacają rachunki rodziców, szkołę rodzeństwa czy kupują jedzenie dla bezrobotnych kuzynów. Takie koszty są zazwyczaj ogromne i oczywiście ograniczają to, gdzie dana osoba może dotrzeć pod względem stabilności finansowej.

W krajach, gdzie socjal jest słaby ludzie jeszcze bardziej polegają na sobie i na swoich bliskich. Nikt nie musi polegać na nich bardziej niż osoby czarnoskóre w RPA, którym rasistowski system „apartheid” przez lata nie pozwalał zadbać o siebie, ograniczając im możliwości wykształcenia i zatrudnienia. Na rząd nie można liczyć i wielu autorów tych esejów powtarza, że jeśli oni nie pomogą swojej rodzinie to nie zrobi tego nikt.

Termin „czarny podatek” używany jest też w stosunku do tutejszych imigrantów i uchodźców z innych krajów afrykańskich. Wiele ludzi wysyła pieniądze swojej rodzinie, której często nie widzą całymi latami. W RPA też się nie przelewa i jest bezrobocie, ale zarobki są tu porównywalnie wyższe. W tym poście skupię się jednak na tym problemie w kontekście RPA, bo nawet w takiej okrojonej formie i tak musi on zawierać wiele uproszczeń.

Kilka słów o historii

„Apartheid” był systemem segregacji rasowej w RPA, gdzie biała mniejszość ograniczała prawa osób, które białe nie były. Wśród osób nie białych, wyróżniano jednak kilka poziomów dyskryminacji. Najgorzej traktowane i najbardziej ograniczane były osoby czarnoskóre. Lepiej traktowane była ludność o jaśniejszym kolorze skóry czyli tzw. koloredzi, a najlepiej niektórzy Azjaci ze statusem tzw. honorowych białych (honorary white).

Podobnie jak w USA podczas segregacji rasowej, w RPA osoby czarnoskóre nie mogły korzystać z tych samych szkół czy miejsc w autobusie. Dodatkowo, czarnoskórzy powyżej 16 roku życia musieli nosić przy sobie „paszporty”. Takie dokumenty zawierały informacje na temat ich zatrudnienia, a także pozwolenia przemieszczania się w danej części kraju. Na wszystko, w tym na odwiedzenie rodziny czy szukanie pracy, musieli mieć pozwolenie.

Pod koniec apartheidu zaczęto rozluźniać nieco prawa, ale i tak gdy system padł w 1994 większość czarnoskórych osób była biedna, pozbawiona własności, miała bardzo ograniczone kwalifikacje czy wykształcenie. Wtedy oficjalnie zaczęła się wolność i równość, choć naprawdę to trochę tak jakby do wyścigu właśnie dołączył ktoś w 10 minut po przeciwnikach i jeszcze z kulą u nogi. Prawie 30 lat później zmiany już widać, ale nie takie, na jakie liczono.

Stąd właśnie, jeśli komuś czarnoskóremu uda się zdobyć pracę czy wykształcenie, jest wiele osób, którym ta osoba musi pomóc zanim pomyśli o sobie. To pokolenie/a nazywa się „sandwich generation” (pokolenie kanapkowe), bo właśnie jak coś pomiędzy dwiema kromkami chleba łączy pokolenia bez możliwości i te, które prawdziwe możliwości bez większych obciążeń będą dopiero miały.

Jak „czarny podatek” wpływa dziś na życie

Nie wiem na pewno w jakim wieku są moi czytelnicy (ani czy w ogóle jacyś są :D), ale podejrzewam, że jesteście osobami po pierwszych doświadczeniach zawodowych. Myślę, że nie muszę tłumaczyć, jak słabe potrafią być zarobki na początku kariery. Młode osoby obciążone „czarnym podatkiem” mają takie same potrzeby jak każdy inny. Chcą wyjść ze znajomymi na piwo, pójść do klubu, kupić sobie jakiś fajny ciuch. Nie robią tego jednak, bo jak kupić sobie coś fajnego skoro te pieniądze mają nakarmić twoją rodzinę w tym czworo rodzeństwa?

Ktoś może pomyśleć, że patologia, że po co mieć tyle dzieci, skoro taka bieda. Trzeba jednak pamiętać, że możliwość planowania rodziny i pomoc rządu w tym kierunku to jest nowość. To są możliwości z których wszystkie kobiety (niezależnie od etniczności) mogły korzystać w ramach normalnej opieki zdrowotnej dopiero pod koniec lat 80-tych/na początku lat 90-tych. Potrzeba było czasu, zanim wzrosła świadomość na temat planowania rodziny czy nawet zaufanie do rządu, który przecież nic dobrego dla ciebie jako osoby czarnoskórej nie zrobił.

Dodatkowo, dochodzą różnice kulturowe. Sukoluhle Nyathi tłumaczy je w swoim eseju tak „(…)Nasi rodzice, tak jak ich rodzice, wierzą, że dzieci ich planem emerytalnym (…). Nierozsądnym jest posiadanie tylko jednego dziecka, bo może ono umrzeć albo „inwestycja” się nie zwróci, bo dziecko nie osiągnie sukcesu.”

Dzisiejsi ludzie 30+ to to pokolenie. Moi znajomi z innych grup etnicznych tutaj czy z innych krajów, w tym wieku spłacają kredyty i zakładają rodziny. Nie znam jednak nikogo, kto jakoś specjalnie się do tego czasu dorobił. Teraz wyobraźcie sobie dalej pomagać w sporym wymiarze rodzicom i rodzeństwu. Nawet związek małżeński może okazać się dodatkowym obciążeniem. No bo co, jeśli twój partner ma jeszcze więcej rodzeństwa niż ty?

„Czarny podatek” naturalnie ogranicza możliwości zawodowe. Już jako dziecko, nie myśli się o tym, co chciałoby się robić w przyszłości, tylko raczej z czego będzie hajs. Studia ludzie często ograniczają do minimum, bo w kolejce po edukacje czeka już kolejny członek rodziny. W samej pracy ludzie więcej tolerują i przemilczają różne rzeczy, no bo najważniejsze jest, żeby ją mieć. Przebranżowienie czy zmiana robo też staje pod znakiem zapytania, gdy najważniejszy jest stały przypływ gotówki.

Wiele osób w ogóle nie może marzyć o studiach czy o jakimś dokształcaniu, bo jak najszybciej musi pójść do pracy. Robią więc to, co można robić bez kwalifikacji. Zostają sprzątaczkami, opiekunkami do dzieci czy ogrodnikami. Pracują za dużo i za za mało pieniędzy, żeby odłożyć na dokształcanie czy mieć na nie czas. Jak większość osób, chcą też założyć rodzinę, co znowu utrudnia ewentualne wyrwanie się z biedy.

Właśnie dlatego osoby, którym „się udało” wyjeżdżając do dużego miasta za pracą czy idąc na studia, są pod dużą presją. Po pierwsze, nie dotarły tam same. Często na takie koszty zrzuca się jakaś społeczność, członkowie Kościoła czy cała rodzina. Czasami ktoś ze zdolnością kredytową bierze dla takiej osoby kredyt. Wynajęcie pokoju czy mieszkania w mieście przecież dużo kosztuje, a studia są w RPA płatne i w porównaniu do zarobków drogie.

Pomagający oczekują, żeby kiedyś im się odwdzięczono. Ich podejście jest takie, że jeśli ktoś ma pracę to na wszystko go stać. Niestety nie mają do końca pojęcia, ile kosztuje życie w mieście. Czyjeś zarobki mogą wydawać się olbrzymie na warunki małej miejscowości czy wsi, ale w mieście wszystko kosztuje więcej. W pracy trzeba wyglądać, w niektórych zawodach networking to konieczność, a kosztuje. Poruszanie się bez samochodu też nie jest łatwe w wielu miejscach w RPA. Poza tym każdy po prostu chce od czasu do czasu na coś sobie pozwolić.

Dodatkowo, z punktu widzenia tych, którym się udało, zobowiązania nie mają końca. Jedną rzeczą jest pomaganie rodzicom czy rodzeństwu z podstawowymi potrzebami czy też spłacenie zaciągniętego długu na studia. Zupełnie inną kwestią pomoc w sponsorowaniu wesela kuzyna. Prośby od dalszej rodziny czy sąsiadów są częste i obejmują również różnego rodzaju ceremonie czy obchody.
Można się postawić, ale ludzie obrabiają potem dupę i utrudniają życie rodzinie danej osoby. Oni dalej mieszkają w tej samej społeczności, więc nie mają jak się zdystansować.

Czy „czarny podatek” to tylko ciężar?

Z pewnego punktu widzenia, „czarny podatek” może wydawać się czymś okropnym. Wiele osób, które go płacą również czują, że to brzemię. Nie jest to jednak jedyny punkt widzenia na tę kwestie. Sam „czarny podatek” to termin używany w badaniach społecznych czy w pracach magisterskich na socjologii. Nie znaczy to jednak, że każdemu ta nazwa się podoba.

W książce „Black Tax” kilku autorów wspomina, że nie lubią tego terminu. Pomaganie rodzinie i społeczności jest dla niektórych osób częścią kultury osób czarnoskórych. Wspominają one termin „ubuntu”, pochodzące z aforyzmu w języku isiZulu: „Umuntu Ngumuntu Ngabantu”, który można przetłumaczyć jako „osoba jest osobą dzięki lub przez innych”.

Ich zdaniem sam termin i idea „czarnego podatku” pochodzi z kultury kapitalistycznej i z zachodniego sposobu myślenia. Niektórzy zarzucają egoizm, tym, którzy marudzą na tego typu odpowiedzialność finansową. Takie osoby nawet, jeśli wspominają o nadużyciu ich dobroci zbędnymi prośbami, mówią, że nadużycie systemu nie czyni samego systemu złym. Widzą one piękno i dojrzałość w tym, że czarnoskórzy mieszkańcy RPA tak sobie pomagają.

Ocena tego systemu to kwestia osobista. Najważniejsze jest jednak to, że osoby czarnoskóre zmuszone są do pomagania rodzinom w taki sposób ze względów historycznych. Nikt nie powinien wybierać między założeniem rodziny, a nakarmieniem swoich rodziców. Takie podstawowe rzeczy powinny być zapewnione przez rząd.

Starałam się przybliżyć wam ten temat, ale oczywiście nie da się przedstawić go w pełni w poście na blogu. Jeśli was zainteresował to polecam lekturę książki „Black Tax. Burden or Ubuntu?”, z której pochodzą wszystkie cytaty. Można ją dostać w formie ebooka na Amazonie (nie, to nie jest post sponsorowany!). Ta pozycja jest trochę nierówna pod względem warsztatu, ale zawiera bardzo wiele ciekawych opinii na ten temat i osobistych historii.