Load shedding, czyli planowe przerwy w dostawie prądu

Kiedy piszę do was te słowa, właśnie jestem w planowym bloku w przerwie dostawy prądu i nie mam światła. Mam jednak internet i inne udogodnienia, dzięki naszemu systemowi radzenia sobie z tym zjawiskiem. Dziś dowiecie się co to jest load shedding, na czym polega, skąd się wziął i czy się kiedyś skończy.

Co to jest load shedding?

Load shedding ma miejsce gdy zapotrzebowanie na elektryczność (load), nie może zostać zaspokojone produkowaną liczbą elektryczności. Taka sytuacja jest niebezpieczna dla sytuacji energetycznej kraju i mogłaby doprowadzić do pełnego blackoutu. Naprawienie szkód spowodowanych przez taki blackout trwałoby kilka dni.

Aby uniknąć pełnego blackoutu sztucznie zmniejsza się (shed – zrzurzić, stracić) zapotrzebowanie na elektryczność (load), w planowany sposób wyłączając elektryczność w danych obszarach na określony okres czasu zazwyczaj w dwugodzinnym bloku. W ten sposób osoby korzystające z prądu dalej mogą z niego korzystać przez większość czasu.

Jak load shedding wygląda w praktyce?

Po pierwsze load shedding nie ma miejsca cały czas. Jest ogłaszany w mediach i oczywiście ludzie też się o nim informują. Zdarza on się raz częściej raz rzadziej, czyli bywa kilka tygodni czy miesięcy bez niego, a bywa tak, że jest codziennie. Load shedding ma też różne poziomy (stages) – im wyższy poziom, tym więcej dwugodzinnych bloków bez elektryczności w ciągu doby. Kapsztad ma zawsze jeden poziom niżej niż reszta kraju, bo miasto ma to lepiej ogarnięte.

Dodatkowo miasta i miejscowości są podzielone na strefy. Każdy musi sobie sprawdzić w jakiej znajduje się strefie. Jak już człowiek zna strefę, to może spojrzeć na rozpiskę tego, kiedy w jego strefie nie będzie elektryczności. Dla przykładu, jesteśmy na poziomie 3 load shedding i elektryczność będzie wyłączana trzy razy dziennie, sprawdzamy na rozpisce kiedy stanie się to w naszej strefie i możemy planować sobie życie.

Na szczęście już kilka lat temu pojawiła się aplikacja na telefon o nazwie EskomSePush, która ma wszystko obcykane. Wystarczy wpisać swoją dzielnicę, żeby zobaczyć w jakich godzinach nie będzie elektryczności. Swoją drogą nazwa tej apki to gra słowna na wulgarnym wyrażeniu afrikaans “jou ma se poes”… czyli wagina twojej matki. To wyrażenie używa się, by powiedzieć komuś, że bredzi albo, żeby spadał na drzewo. Samo “se poes” to czyjaś wagina, a w przypadku tej apki wagina Eskomu, czyli firmy odpowiedzialnej za elektryczność w RPA. Co prawda zmienili na “se push”, ale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi.

Czy z tym load shedding da się żyć?

Ogólnie, jeśli się ma trochę pieniędzy, żeby zainwestować w ulepszenia to tak. Można sobie nakupować latarek, świateł na baterie, baterii do telefonu czy komputera, UPS podtrzymujący internet przy życiu, kuchenkę gazową itd. My możemy gotować, pracować i mamy rozrywkę na urządzeniach na baterie. W przypadku dużego biznesu ze sporym budżetem ludzie po prostu instalują generatory i całe biuro działa jak ta lala.

Oczywiście jest to jednak upierdliwe. Generatory są drogie, a takie co zaczynają się od dwóch tysięcy złotych wytrzymają jedynie godzinę. Ponieważ load shedding nie dzieje się cały czas, nie znam nikogo “prywatnego”, kto postanowił w nie zainwestować. Trzeba pamiętać, że gdy nie ma elektryczności pada wam więc lodówka czy zamrażarka. Nie można wysuszyć włosów, wydepilować nóg czy oglądać telewizji. Nawet jak się ma latarki czy światła na baterie, to i tak nie to samo, co normalne oświetlenie. No i zawsze trzeba zaplanować ładowanie, bo się można obudzić z ręką w nocniku.

Reels o tym, jak radzimy sobie z load shedding

I to co wyżej napisałam, to są problemy osób uprzywilejowanych, bo jakieś 50% społeczeństwa w ogóle sobie nie może pozwolić na żadny ekwipunek pomocowy. Jak elektryczności nie ma to nic nie mogą z tym zrobić. Do tego wyłączanie i włączanie oczywiście destabilizuje instalacje, tam gdzie są one mniej doglądane, nie wytrzymują. W związku z tym elektryczności często nie ma dłużej, niż wskazywałby na to dwugodzinny blok. Czasem coś się może zepsuć od skoków napięcia, a wiadomo, że im człowiek ma mniej pieniędzy tym bardziej to w niego uderza.

Oczywiście bardzo też cierpią małe biznesy. W czasie load shedding nie działają terminale kart, więc nagle ludzie muszą wyczarować gotówkę albo nie skorzystać z usługi. Bez elektryczności nie działają różne maszyny, komputery i tym podobne. Nie można użyć ekspresu do kawy czy kuchenki elektrycznej… W związku z tym klienci chętniej chodzą w miejsca, które operują także w czasie load shedding. Często są to duże sieci, które było stać na generatory i inne systemy pomocowe.

Dlaczego jest ten cały load shedding i co dalej?

Takie rzeczy nie biorą się znikąd, więc składa się na nie dużo składników – stare elektrownie na węgiel, brak odpowiedniej konserwacji elektrowni, opóźnienia w budowaniu nowych elektrowni, długi Eskomu wynikające z błędów w zarządzaniu i głębokiej korupcji w tej spółce państwowej, agresywna urbanizacja i wzrost potrzeb społeczeństwa. Jest to dość wybuchowa mieszanka, bo potrzeby rosną, a możliwości elektrowni maleją.

Oczywiście są plany wybudowania większej ilości elektrowni czy napraw, ale to wszystko trwa. Ze względu na przestarzały sprzęt co chwila się coś psuje. Jak się psuje to jest load shedding, jak jest load shedding to Eskom zarabia mniej, a musi wydać pieniądze na naprawy. Eskom pieniędzy często nie ma również dlatego, że są kradzione przez jego personel na wysokich szczeblach. Rząd ciągle im pomaga, ale jakoś sytuacja się nie poprawia. W związku z tym zaproponowano podwyżki cen, ale pomyślcie, co o tym myśli społeczeństwo, które na tej elektryczności nie może polegać.

Podobno teraz wymyślili jakieś rozwiązanie, które trochę społeczeństwu ulży… choć nie palą się by tłumaczyć dokładnie jakie. Wiadomo tyle, że problemem trzeba się było zająć dwadzieścia lat temu i to właśnie brak zapobiegania problemowi doprowadzić do takiej, a nie innej sytuacji. Pożyjemy zobaczymy. Load shedding towarzyszył mi przez większość życia w RPA, a po raz pierwszy pojawił się w roku 2008. Kapsztad ogólnie lepiej to ogarnia i już teraz ma plany niezależne od planów państwowych, żeby jeszcze bardziej się uniezależnić.


Praca zdalna w Kapsztadzie

Góry i ocean w jednym mieście, a do tego świetne restauracje w cenach nieporównywalnie niższych niż w krajach zachodnioeuropejskich i umiarkowanie przyjemny klimat cały rok. Nic dziwnego, że Kapsztad to atrakcyjne miasto dla turystów, emerytów i nomadów cyfrowych z różnych krajów europejskich. Czy dla Polaka jest to równie przyjazny kierunek co dla Niemca? Ponieważ coraz częściej dostaje pytania o nomadyzm cyfrowy w Kapsztadzie, postanowiłam sklecić ten oto post.

Wizy, czyli ile możesz siedzieć w RPA

Niby jesteśmy w EU, niby jesteśmy w Schengen… ale obywatel Polski nie ma tak łatwo jak osoby z wielu innych krajów europejskich. Polacy mogą wjechać do RPA bez wizy, ale zamiast typowych 90 dni, Polacy przy wjeździe dostają stempel jedynie na 30 dni. Przy takim wjeździe wymaga się też biletu powrotnego lub na dalszą podróż. Problem przy takiej wizie jest taki, że nie można sobie wyskoczyć do kraju ościennego na chwilę i potem dostać kolejne 30 dni. Wyjazd do krajów ościennych się nie liczy. Aby dostać nowy stempel musicie pojechać dalej.

Aby dostać wizę na dłużej (do 90 dni), można o nią złożyć wniosek w ambasadzie RPA w Warszawie. W tym przypadku trzeba jednak m.in. pokazać, gdzie się będzie mieszkać i fundusze w wysokości 500 dolarów amerykańskich (+/-2400 PLN) na każdy tydzień pobytu od osoby. Taką wizę można przedłużyć raz na kolejne 90 dni już w RPA. Plusem jest to, że urząd często się spóźnia, a jak się złożyło wniosek to w RPA można siedzieć dopóki się nie otrzyma odpowiedzi. Minus jest jednak taki, że jeśli się przed doczekaniem na przedłużenie i wyjedzie z nieważną wizą to czeka na was ban na wjazd do RPA – przy mniej niż 30 dniach na rok, jeśli więcej na 5 lat.

Wiza, o której mówię jest wizą turystyczną, czyli rekreacyjną. Trzeba jednak pamiętać, że wiza turystyczna nie uprawnia do pracy w RPA. Żeby pracować dla firmy z siedzibą w RPA potrzebna jest inna wiza. Wizy dla nomadów cyfrowych jako takiej w RPA jeszcze nie ma, choć są ku temu plany. Miałoby to na celu uregulowanie tej szarej strefy i zachęcenie ludzi do przyjazdu do RPA. Jaki to problem, jeśli ktoś sobie siedzi w jednym kraju i pracuje dla własnego kraju? Z punktu widzenia RPA np. taki, że po 183 dniach pobytu w roku dana osoba staje się rezydentem podatkowym, więc powinna płacić podatki.

Gdzie się zatrzymać?

Jeśli postanowicie na jakiś czas zaznać piękna Kapsztadu jest kilka fajnych dzielnic, gdzie można się zatrzymać. Wybór oczywiście zależy od osobistych preferencji, ale tutaj podaję kilka sugestii:

  • Dla fanów spacerów nad brzegiem oceanu, którzy chętnie mieszkaliby nieco dalej od miasta najlepsze będą dzielnice Noordhoek, Big Bay lub Hout Bay. Dla tych co lubią i ocean i miasto i chcą być blisko atrakcji turystycznych lepsze byłyby okolice Camps Bay, Sea Point, Mouille Point lub Waterfront.
  • Dla osób lubujących się w sportach wodnych takich jak kitesurfing czy surfing polecam Muizenberg i Blouberg.
  • Jeśli dla kogoś najważniejszy jest łatwy dostęp do gór to kłania się Tamboerskloof i Vredehoek.
  • Dla osób lubiących być w centrum najlepiej wybrać dzielnicą Gardens, ewentualnie okolice Kloof Street.

Można też mieszkać w kilku dzielnicach po kolei, aby doświadczyć różnych aspektów tego pięknego miasta. Jedno o czym trzeba pamiętać to, że tanie lokum niekoniecznie jest pozytywnym znakiem. Może być no w dzielnicy, która jest stosunkowo niebezpieczna.

Wynajem krótkoterminowy

Wynajęcie mieszkania na krócej w Kapsztadzie nie należy do zadań najłatwiejszych. Standardowo umowy najmu podpisywane są na rok i przez pierwszy rok często nie ma okresu wypowiedzenia. Nie należy wierzyć ludziom, którzy chcą podpisać z wami umowę na rok, ale mówią, że nie będzie problemu z ewentualną wcześniejszą wyprowadzką. Sama wpadłam w sidła takiej osoby i znam wiele osób, które płaciły za mieszkania, gdzie już nie mieszkały. Jak przychodzi co do czego właściciel wymusza na osobie wyprowadzającej się znalezienie nowej osoby. Nie warto pakować się w ten stres przy krótkich pobytach.

Zamiast tego polecam wynajem długoterminowy na Airbnb. Ceny są wtedy korzystniejsze niż przy wynajmie na tydzień czy dwa, a Airbnb chroni was przed ewentualnymi machlojkami. Innym sposobem jest szukanie lokum na grupach ekspackich typu Internations, forach internetowych czy już na miejscu przez nowe znajomości. Zwłaszcza przy większym budżecie można też skorzystać z usług agencji nieruchomości oferujących wynajem tymczasowy.

Infrastruktura nomadzka

Gdy ja wyprowadzałam się do RPA 11 lat temu Internety jeszcze słabo śmigały. Dziś jednak jest masa hipsterskich i niehipsterskich miejscówek, gdzie możecie pracować. Chyba najfajniejszą jest kafejka na szczycie Góry Stołowej 🙂 Nie będę dawała innych sugestii, bo jest ich dużo i też nie chce pozbawiać pracy wujka Google.

Jeśli chodzi o wynajem to najlepiej szukać na Airbnb miejscówek określonych jako business ready, ewentualnie dokładnie dopytywać o internet w wiadomościach prywatnych. Mówię o tym dla tego, że jeśli kogoś wywieje na farmę to może się okazać, że lokum oznaczone jako “z Internetem” bardzo różni się od oczekiwań (oczekiwanie: chcę robić videocalle kontra rzeczywistość: jak jest dobry wiatr to się załaduje email).

Koszty życia

Polski Business Insider niedawno zaklasyfikował Kapsztad na liście miast, gdzie możesz żyć za 1000 dolarów lub mniej. I rzeczywiście, masa osób żyje za tyle, a nawet dużo, dużo mniej w Kapsztadzie, tylko nie wiem, czy to w jakikolwiek sposób odnosi się do stylu życia na jaki liczy nomad cyfrowy. Wiadomo, że człowiek chce mieszkać w jakiejś fajniejszej dzielnicy, pojeść, popić, wziąć Ubera, pozwiedzać i doświadczyć życia kulturalnego.

17 tysięcy randów, bo na tyle mniej więcej przelicza się 1000 dolarów, to cena samego umeblowanego mieszkania z dwoma sypialniami w dobrym standardzie w okolicach centrum. Za umeblowaną kawalerkę w średnim standardzie zapłacilibyście około 10 tysięcy randów. Dodatkowo życie nie jest łaskawe dla singli, czyli ze względu na ceny wynajmu mieszkania 1000 dolarów na jedną osobę to raczej mało, ale już 2000 dolarów na dwie osoby mogłoby być bardziej okej.

Jeśli chodzi o koszty jedzenia na mieście czy produktów żywnościowych to są bardzo porównywalne do Polski. Ceny ekskluzywnych restauracji w Kapsztadzie są więc znacznie bardziej atrakcyjne dla Niemca czy Włocha, bo w tych krajach jedzenie na mieście jest dużo droższe. Tak samo ceny wydarzeń kulturalnych niewiele różnią się od tych polskich. Byłam w Polsce dwa miesiące temu, więc myślę, że mam dość dobre porównanie 🙂

Kapsztad czy nie Kapsztad?

Kapsztad jest super miastem, gdzie można wybrać się na wodne safari, posurfować, poopalać się, pochodzić po plaży, skoczyć ze spadochronem, polatać na paralotni, pochodzić po górach na niezliczonych szlakach i pojeść w rewelacyjnych restauracjach. Można tu też doświadczyć muzyki i wydarzeń z wielu różnych kultur RPA czy wykorzystać to miejsce jako bazę wypadową do innych atrakcji RPA. Moim zdaniem jest więc świetnym kierunkiem na kilka miesięcy życia.

Z drugiej strony dla Polaka, który zarabia w złotówkach, a nie euro, pod względem tego, co można wycisnąć z każdej złotówki nie przebije niektórych krajów Azji czy Ameryki Południowej. Dodatkowo polityka wizowa i fakt, że bez składania podania Polak może przyjechać tylko na 30 dni nie zachęca, do akurat tego kierunku. Czy o czymś zapomniałam? Co jeszcze chcielibyście wiedzieć? Zapraszam do zadawania pytań w komentarzach.

8 rzeczy, które irytują imigrantów w życiu w RPA

RPA nie jest najłatwiejszym krajem do życia. Jest więc wiele rzeczy, które irytują przybywających tu imigrantów. Dziś opowiem wam o 8 najważniejszych. Pamiętajcie, że człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić i nie ma miejsc idealnych. Chodzi o to, żeby żyć w takim miejscu, które pasuje nam. A mi RPA pasuje bardziej niż Polska.

Trzeba też pamiętać, że ja opowiadam o perspektywie człowieka z kraju “Zachodniego” (ten cudzysłów jest bardzo potrzebny jak się to piszę będąc z Polski, ale dobra). Dla wielu osób przeprowadzających się do RPA z innych krajów, gdzie żyje się gorzej, poza bezpieczeństwem te kwestie są znane, a nawet w RPA mniej dokuczliwe.

1. Bezpieczeństwo

Jak już mówiłam w poście o bezpieczeństwie dla turystów jest tu spoko na dwa czy trzy tygodnie. Jednak przy mieszkaniu w RPA bezpieczeństwo to kwestia numer jeden. Mieszkając w dużym mieście, gdzie nie ukrywajmy większość imigrantów mieszka, trzeba liczyć się z wieloma ograniczeniami.

Dom powinien być zabezpieczony podobnie jak domy sąsiadów. W zależności od miejsca, zabezpieczenia mogą obejmować kraty w oknach, ogrodzenia elektryczne, kamery, prywatną firmę ochroniarską, wysokie płoty czy nawet altanę z kratami. Mieszkania tak samo. Dodatkowo popularne są grupy sąsiedzkie, gdzie ludzie informują się o najnowszych przestępstwach i wspólnie pracują nad swoją paranoją w tym temacie.

Poza tym trzeba wiedzieć, w jakiej okolicy się znajdujemy. Tam, gdzie jest większa przestępczość należy na siebie dużo bardziej uważać. Ogólnie poza miejscówkami na wyjścia wieczorne raczej nie chodzi się po zmroku. Nawet w ciągu dnia człowiek też dwa razy pomyśli zanim wejdzie w pustą, wąską uliczkę.

Jak żyć? Na autopilocie. W Polsce przyzwyczajamy się np. do tego, żeby szukać kosza na śmieci pod zlewem. Nikt o tym nie myśli, ba, to zwyczaj, od którego za granicą trzeba się długo odzwyczajać. Tak samo człowiek automatyzuje inne zachowania i nawet o tym nie myśli.

2. Loadshedding

Za tą tajemniczą nazwą kryją się planowe cięcia w dostawie prądu. Loadshedding ma różne poziomy, a od poziomu zależy, ile razy w ciągu dnia zostanie wyłączona elektryczność. Okienko na wyłączenie elektryczności to zazwyczaj 1,5 godziny do 2 godzin. Każda strefa wie, kiedy elektryczność zostanie wyłączona, można się przygotować.

Loadshedding jest uciążliwy, bo trzeba pamiętać o ty, żeby zawsze mieć wszystko naładowane. Urządzenia powinno się wyłączyć samemu, zanim loadshedding nadejdzie, ale łatwo zapomnieć. Niestety czasem coś się może zepsuć przez to włączanie i wyłączanie. Nam raz poszedł się j*bać telewizor :/ Loadshedding przychodzi i odchodzi, zmienia poziomy, raz jest lepiej, raz gorzej. Tak średnio jest to kilka dnia na dwa-trzy miesiące.

Czy można to przetrwać? Loadshedding, jak wszystko, najbardziej uderza w osoby bez pieniędzy. Gdy się pieniądze ma (normalne, typu klasa średnia), można się zabezpieczyć. Inwestuje się w powerbanki do telefonu, do laptopa, UPS podłączony do modemu zapewnia internet podczas cięć. Niestety dużo ludzi zamiast szukać rozwiązań woli marudzić i być wiecznie zaskoczonym. Tak już marudzą od 10 lat, bo od tylu loadshedding jest stałym punktem programu życia w RPA.

3. Wizy

Wizy to koszmar każdego imigranta. Nie ma znaczenie czy jesteś ekspatem, który przyjeżdża z super duper umiejętnościami czy kimś zupełnie innym, jeśli nie masz opcji złożenia papierów w ambasadzie ten temat Cię dopadnie. Co za problem składać papiery w ambasadzie? Ambasady nie są obcykane z wieloma typami wiz. Poza tym dochodzi koszt lotu i czas czekania poza granicami RPA, nawet kilka tygodni. Nie każdy może sobie na to pozwolić.

Imigrantom zostaje więc niesławny urząd imigracyjny, czyli Home Affairs. Oczekiwanie na wizy potrafi trwać miesiącami, a nawet latami. Stały pobyt to także prawdziwa odyseja, a obywatelstwo w tej chwili to już w ogóle zapomnij. Na spotkaniach imigrantów ludzie marudzą na wizy i lubują się w opowiadaniu strasznych historii. Tych ostatnich jest sporo, bo urząd często odrzuca podania, w których wszystko gra.

4. Słaby rynek pracy

Kiedy człowiek się gdzieś zadomawia, chciałby się też spełniać zawodowo. Niestety rynek pracy w RPA jest słaby, bo jest olbrzymie bezrobocie. Oczywiście wszystko zależy od branży, bo nie znam żadnego dewelopera, który marudzi. Ogólnie rzecz biorąc czy marketing, czy tłumaczenia czy zasoby ludzkie, ludzie mówią, że mało opcji. Jak się złapie pracę, która opłaca ubezpieczenie medyczne, plan emerytalny i jeszcze daje jakieś inne fajne benefity to ciężko ją zmienić, nawet jeśli jej nienawidzicie. A jak was zwolnią? No to wtedy ciężko znaleźć coś innego sensownego.

Dodatkowo obcokrajowców na wizach (w tym małżonków obywateli) nikt nie chce zatrudniać, bo na wizy czeka się długo i ogólnie sporo zachodu z tym wszystkim. Poza tym rynek lubi osoby z krajów anglojęzycznych do prac innych niż językowe/w turystyce. Nie ma znaczenia jak dobrze mówicie. To moim zdaniem jest większy trend, bo podobne zachowania widzę w stosunku do ludzi z RPA, dla których angielski nie jest pierwszym językiem.

5. Biurokracja

Wizy i problemu okołowizowe wpisują się w większy trend okropnej RPAńskiej biurokracji. RPA ma piękne prawodawstwo, które w teorii sprawia, że wszystko jest cacy, ale w praktyce kreuje masę problemów i opóźnień. Załatwienie czegokolwiek oznacza bardzo długie kolejki i czasami miesiące absurdów.

Obcokrajowcy mają jeszcze gorzej. Wiele urzędów określa warunki uzyskania danego dokumentu np. prawa jazdy czy załatwienia czegoś, dla dwóch najpopularniejszych wiz – studenckiej i pracowniczej. W związku z tym osoby na innych wizach muszą się strasznie gimnastykować, żeby coś załatwić. Nie pomaga ogólny strach przed obcokrajowcem, że coś chachmęci, bo może w kraju jest nielegalnie albo kradnie i potem będą kłopoty? Lepiej odesłać go z kwitkiem.

6. Podejście do zwierząt

Ten temat jest bardzo złożony. Myślę, że łatwo sobie przyjechać z Anglii i oceniać, jak tu wielu ludzi traktuje zwierzęta. Niestety często ludziom żyje się tragicznie i trudno oczekiwać, żeby mieli empatię dla bezdomnych zwierząt. Upadlające warunki życia upadlają człowieka. Łatwo sobie mówić, że my byśmy byli inni, ale sądzę, że to tylko myślenie życzeniowe.

Poza tym w RPA bardzo widać, że gdy ludzie mają pieniądze, niezależnie od czynników kulturowych traktują zwierzęta jak członków rodziny. Z drugiej strony i w największej biedzie widać ludzi, którzy o dobrobyt zwierząt walczą. Ja wiem, że długo owijam w bawełnę, ale chodzi o to by nie stygmatyzować biedy i nie wyciągać np. krzywdzących wniosków kulturowych. A jeśli myślicie, że w Polsce zwierzętom się dobrze żyje to zapraszam na profile społecznościowe Dioz.pl.

Więc co jest nie tak z tym podejściem? Psy w dzielnicach z dużą przestępczością traktuje się tylko i wyłącznie jako maszyny obronne. Takie zwierzęta są często źle traktowane, żyją na łańcuchu, czasem nie mają schronienia czy wody. Jest też masa bezdomnych psów i kotów, które rozmnażają się w błyskawicznym tempie. Sterylizacja kosztuje i w ogóle kogo to interesuje. Walki psów to kolejny problematyczny trend.

7. Podejście do drugiego człowieka

Mimo różnorodności i ogólnej tolerancji w RPA, nazywanego Tęczowym Narodem, ludzie grupują się wedle przynależności kulturowej, religijnej czy językowej. Nie mówię tu o pracy, bo w pracy wszyscy się dogadują i w ogóle wszystko cacy. Poza pracą jednak widać, że kraj nie jest wcale taki otwarty. Małżeństwa mieszane, nawet tyle lat po upadku apartheidu, dalej są raczej wyjątkiem od reguły. Jest dużo stereotypów i krzywdzących przekonań idących w różnych kierunkach.

Dla obcokrajowców nie do końca świadomych tego wszystkiego jest to dziwne. Najbardziej zróżnicowane grupy, które znam, to zawsze grupy z obcokrajowcami. Lokalsi w takich grupach często żyli lub mieszkali za granicą, mają partnera z zagranicy, są otwarci na ludzi bo mają jakąś pasję czy hobby albo po prostu są bardziej przyjaźni niż typowy RPAńczyk, który najlepiej czuje się z kulturowo jednolitą paczką z liceum. Znam też wykładowców, którzy nie pozwalają się studentom grupować do pracy w grupach, żeby ich trochę wyciągnąć z własnych baniek.

8. Bezdomność i bieda

Podczas mieszkania w RPA bieda w oczy kole. Na początku człowiek chce każdemu pomóc, wszystko zmienić, psioczy na miejscowych za znieczulicę. Jednak prędzej czy później i jego ta znieczulica łapie. Inaczej nie da się tu żyć. Myślę, że najlepszym kompromisem jest rozsądne pomaganie i udzielanie się w różnych organizacjach bez jednoczesnego kłócenia się z tym czy innym miejscowym, który nie robi nic.

Oczywiście ze względu na apartheid bogate dzielnice są daleko od tych biedniejszych, ale biedę widać wszędzie na przykład przez bezdomność. Bogaci ludzie dalej chcą odpychać od siebie problem i udawać, że żyją w Szwajcarii, ale prawo jest coraz bardziej pomocne w stosunku do bezdomnych i nie traktuje ich równie strasznie, co kiedyś. Choć dalej zdarzają się przymusowe relokacje.

Mam nadzieję, że ta lista była ciekawa. W następnym poście opowiem wam, co obcokrajowcy w RPA lubią. Macie jakieś pytania? Co z wyżej wymienionych byłoby wam najciężej znieść? Dajcie znać w komentarzach.

Wywiady z Polakami: Justyna z Margate w Kwa-Zulu Natal

Przyszła pora na kolejny wywiad. Tym konkretnym jestem podjarana nawet bardziej niż zwykle, bo moja rozmówczyni, Justyna (Justandfamily) opowiedziała mi nieco o kulturze Zulusów. Jej mąż jest w połowie Xhosa, a w połowie Zulusem, ale identyfikuje się jako Zulus. Dodatkowo Justyna mieszka w Kwa-Zulu Natal, czyli w prowincji, z której nie miałam jeszcze gościa ani gościni.

1. Jak to się stało, że zamieszkałaś w RPA?

Mój mąż jest z RPA, ale poznaliśmy się w 2006 w UK. Mieszkaliśmy najpierw w West Sussex, a potem West Yorkshire. W 2008 urodziła się nasza pierwsza córka, Ania. Pod koniec 2011 roku mój mąż musiał wrócić do RPA z powodu rodzinnych interesów. Przez dwa lata byliśmy w związku na odległość i lataliśmy do siebie na dłuższe i krótsze wakacje. Pod koniec 2012 roku okazało się, że znowu byłam w ciąży! Byliśmy bardzo szczęśliwi, choć to była niespodzianka. Na urlopie macierzyńskim, kiedy Oliver miał 2 miesiące, pojechałam z dziećmi dołączyć do męża w RPA. Przedtem byłam tam kilka razy, ale to tylko ma wakacje. Po tej ostatniej wizycie nigdy nie wyjechaliśmy. W październiku tego roku minie nam 9 lat w RPA. Tu urodziło się nasze trzecie dziecko, córka Luna.

2. Czy odczuwasz jakieś różnice kulturowe między Tobą a Twoim mężem? Jeśli tak, jaką one grają rolę w twoim związku?

Jesteśmy małżeństwem od 13 lat i uważam, że najważniejsze w związku mieszanym są równowaga i szacunek dla swoich kultur.
Mój mąż wyznaje wartości tzw. zachodnie i mamy takie same poglądy na życie. Kiedy są jakieś rodzinne uroczystości, podporządkowujemy się tradycjom. Ja robię to, czego oczekuje się od zuluskiej żony „makoti”, czyli muszę nosić „doek” (chustkę) na głowie żeby zakryć włosy i nie mogę nosić spodni. Mężatki nie mogą też nosić bluzek czy sukienek bez rękawów, krótkich, lub z dużymi dekoltami. 

Podczas uroczystości mężczyźni i kobiety siedzą osobno. Tradycyjne rodziny są duże, więc trzeba sporo gotować. Moje miejsce jest w kuchni z innymi makoti. Gdy jedzenie jest gotowe przynoszone jest mężczyznom i podawane w kolejności od najstarszego do najmłodszego.
Takie uroczystości nie zdarzają się często więc nie mam z tym problemu. Rozumiem i szanuję kulturę zuluską, nawet gdy coś do końca nie ma to dla mnie sensu.

W naszym małżeństwie wszystko jest zbalansowane kulturowo – jemy dania typowo polskie czy europejskie, ale i afrykańskie. Jest dla nas ważne, aby nasze dzieci znały swoje polskie i afrykańskie korzenie.  Nasze pociechy mają także imiona Zulu, z których każde ma przypisane znaczenie. Nasza pierwsza córka to Anna Amahle, a Amahle znaczy „piękna”. Imię Zulu Olivera to Siyamthanda, czyli „kochamy go/ją”, a Luna to skrót od Lunathi, co znaczy „Bóg jest z nami”.

3. Czy Twoje dzieci urodziły się w RPA? Jak oceniasz tutejszą opiekę okołoporodową i sam poród pod względem medycznym?

Mąż Justyny z Anią i Oliverem oraz nosorożcem w tle

Ania i Oliver urodzili się w UK, a Luna tutaj. Opiekę w ciąży mogę porównać do tej w UK . W UK opieka zdrowotna jest za darmo, a tutaj musiałam płacić za wszystko – za każdą wizytę, badanie krwii, usg. Nie mamy medical aid, czyli prywatnego ubezpieczenia zdrowotnego. W UK chodziłam do położnej, a tutaj do lekarza położnika. System i jakość opieki są na podobnym poziomie

Przy całej trójce dzieci miałam porody naturalne, choć za każdym razem sztucznie wywoływane, bo byłam po terminie. Jedyna różnica jest taka, że w RPA przy porodzie jest lekarz prowadzący ciąże, a położne grają tutaj drugie skrzypce.

Sam szpital był okej, a jedzenie bardzo dobre. Dziecko po porodzie jest zabierane na oddział pediatryczny bez względu na stan zdrowia. Musi zostać zbadane i być obserwowane przez pielęgniarki. Mama w tym czasie powinna odpoczywać. Ja jednak chciałam szybko Lunę z powrotem i kilkakrotnie dzwoniłam na pielęgniarki z niecierpliwością, by w końcu mi ją dali.

4. Twoje dzieci chodzą w RPA do szkoły. Co myślisz o tutejszym systemie edukacyjnym?

Ania w szkole na Heritage Day, czyli Dniu Dziedzictwa

Ania jest w 9 klasie (odpowiednik polskiego liceum), a Oliver w 3 klasie podstawówki. Ania w zeszłym roku była w innym liceum, w żeńskiej szkole z internatem, która z powodów mieszkaniowych była dla nas jedyną możliwością. Szkoła z internatem to było ciężkie przeżycie, ale nie wiem dla kogo bardziej 😀 Ania była zadowolona – otoczona koleżankami, miała dużo różnych zajęć pozaszkolnych. Teraz mieszkamy na południowym wybrzeżu i mam moje najstarsze dziecko w domu. Jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu. 

Ania i Oliver chodzą do prywatnej szkoły. Z pewnością poziom edukacji w szkołach prywatnych jest wysoki, klasy są małe około 20 uczniów, a nauczyciele zawsze dostępni dla rodziców. Można im wysłać maila z uwagami i w ciągu kilku godzin otrzyma się odpowiedź.

Dzieci tutaj mają lekcje w-fu na dworze. Rok szkolny podzielony jest na 4 kwartały – zaczyna się w styczniu i kończy się na początku grudnia. Pierwszy kwartał to pływanie bo mamy lato, później piłka nożna, hokej na trawie, a 4 kwartał to pływanie i rugby.

Ogólnie jestem bardzo zadowolona z tutejszego systemu edukacyjnego, jest porównywalny z europejskim. Moje dzieci uczą się po angielsku i mają dodatkowy język, afrikaans.

5. Twój mąż jest Zulusem. Opowiedz trochę o tej kulturze.

Ojciec mojego męża był Zulu, a mama Xhosa. Mąż uważa siebie za Zulu. Kultura jest kolorowa, dziewczyny noszą kolorowe korale, wszyscy często śpiewają i tańczą. Moim ulubionym aspektem tej kultury jest taniec. Lubię obserwować tancerzy Zulu. Zazwyczaj grupa tancerzy czyli dziewczyny z chłopakami albo sami chłopcy tańczą do muzyki z bębnów. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz widziałam takich tancerzy byłam pod ogromnym wrażeniem. Dźwięki tych bębnów są bardzo specyficzne i często aż mam od nich gęsią skórkę.

6. Czy są jakieś zuluskie święta czy obchody, o których chciałabyś opowiedzieć?

Z rodziną

Opowiem Wam o Imbeleko. Podczas tej uroczystości żona i dzieci są przedstawione przodkom. Według tradycji powinno to być zrobione jak dziecko ma 10 dni, ale nikt tego już nie przestrzega. Żeby zorganizować taką imprezę potrzeba dużo oszczędności i pracy – obchody trwają 2 dni. Zaczynają się w piątek a kończą w sobotę wieczorem. 

Wszystko odbywa się w okrągłym domu, gdzie po jednej stronie siedzą kobiety a po drugiej mężczyźni. Każda osoba, która jest przestawiana przodkom musi mieć swoje zwierzę, które będzie złożone w ofierze. Mój mąż miał woła i owce, moje dzieci kozy, a ja owcę. Podczas ceremonii jest palona suszona szałwia tak, aby powstał dym. Potem głowa rodziny mówi do przodków. W naszym przypadku był to najstarszy brat mojego męża, który opowiadał przodkom o naszej rodzinie i prosił żeby chronili nas od złego. Ja z dziećmi siedziałam na dywanie z trawy. Małe zwierzęta zostały zabite w środku. Ja i dzieci mogliśmy wyjść, aby tego nie oglądać. 

Zachowuje się żółć i kawałek wątroby z każdego zwierzaka. Na zdjęciach możecie zobaczyć nadmuchany woreczek żółciowy doczepiony do guzika mojej bluzki – oznacza on, że poświęcone zwierzę zostało zaakceptowane. Aby rytuał mógł się dopełnić, trzeba się napić żółci swojego zwierzęcia i zjeść kawałek wątroby. Reszta żółci jest kropiona na ręce i nogi, a tego wieczoru nie można się myć.

Podczas ceremonii serce waliło mi jak młotem, ale musiałam podtrzymać honor białych kobiet. My też jesteśmy waleczne i odważne. Żółć jest naprawdę gorzka! Wątroba nawet nie wiem jak smakuje, bo ten mały kawałek połknęłam. Na drugi dzień dostaliśmy bransoletki ze skóry naszych zwierzaków nazywane isiphandla. One oznaczają, że było się w kontakcie z przodkami. Nie wolno tych bransoletek przecinać albo próbować zdjąć, to one same mają odpaść. Kiedy to się stanie powinny zostać spalone w okrągłym domu. 

Na zdjęciu widać bransoletki isiphandla i woreczek żółciowy na bluzce Justyny

Ja nosiłam swoje bransoletki przez 3 miesiące. W końcu teściowa powiedziała mi, że mogę już je zdjąć, bo noszę je przez długi czas. Kiedy bransoletka była sucha to wcale mi nie przeszkadzała. Najgorsze było, kiedy skóra zaczęła cuchnąć. Lokalne kobiety poradziły mi żeby smarować je octem. Po dwóch dniach już nie było problemów. Muszę wam przyznać, że tymi bransoletkami budziłam zainteresowanie ludzi, którzy mnie nie znali. Nie wierzyli mi, że jestem makoti.

7. Opowiedz nam o Margate, gdzie mieszkasz i o prowincji KwaZulu-Natal

Patrzcie, jak zielono w KZN

Kiedyś mieszkaliśmy na wsi, w Umzimkhulu. Aktualnie żyjemy w Margate. To małe miasteczko na południowym wybrzeżu, często odwiedzane przez turystów. Mieszkamy tutaj od stycznia i już się zadomowiliśmy.

Latem bywało ciężko z powodu upałów (przypis Magdy – styczeń to lato w RPA). Czasami wilgotność była tak wysoka, że pranie nie schło mimo 40 stopni. Musiałam wszystko prać po raz drugi bo zaczynało butwieć.

Prowincja KwaZulu Natal jest znana z plaż, Gór Smoczych i sawanny. Kilka tygodni temu nasza prowincja bardzo ucierpiała z powodu powodzi. Setki domów zniszczonych, setki ludzi straciło życie. Osobiście nie byłam dotknięta powodzią, ale moje dzieci nie chodziły do szkoły, a drogi były zalane. Takiego deszczu nigdy nie widziałam, padało non stop przez 5 dni z różnym natężeniem.

Jednej nocy nie mogłam spać, bo martwiłam się o nasze bezpieczeństwo. Mieszkamy na parterze i już rozmawiałam z sąsiadka czy będziemy mogli się u niej schronić, jeśli nas zaleje. Spakowałam nawet torbę z najważniejszymi rzeczami.

8. Za co najbardziej cenisz RPA?

Wszystkie dzieci Justyny razem

Najbardziej cenię to, że tu w końcu znalazłam swoje miejsce na ziemi u boku mojego męża! Piękno tego kraju zapiera dech w piersiach. Uwielbiam siedzieć na ławce i patrzeć na fale ocean. Prawie każdego dnia idziemy spacerkiem na plażę. Nawet mała Luna reaguje na fale i jest nimi niesamowicie podekscytowana.

9. Co Ci się najmniej tu podoba?

Najmniej podoba mi się biurokracja. Wszystko zajmuje bardzo dużo czasu i muszę mieć ogromne zapasy anielskiej cierpliwości.

Kolejna rzecz to load shedding, czyli planowe przerwy w dostawie elektryczności. RPA nie daje rady wyprodukować wystarczająco dużo prądu w związku z tym wyłączają prąd na 2,5h, czasami nawet po kilka razy dziennie!

Następną rzeczą której nie lubię jest przestępczość. Niedawno chcieli ukraść nasz samochód, gdy jechał nim mój mąż. Jest on dobrym kierowca i udało mu się uciec. (Przypis Magdy – tu chodzi o carjacking, rodzaj przestępczości w RPA, gdzie przestępcy otaczają samochód i wymuszają na kierowcy porzucenie go, często mają broń). Podczas lockdownu napadnięto na nasz sklep z bronią w ręku. Mieliśmy szczęście, bo nikt nie odniósł żadnych obrażeń. Ukradziono jedynie pieniądze i papierosy.

10. Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć polskiemu czytelnikowi na temat RPA? Ten kraj kojarzy się w Polsce raczej negatywnie.

Ludzie mają głupie skojarzenia, kilkakrotnie mnie pytano jak się żyje Afryce. Takie pytanie od razu sprawia, że nie mam ochoty rozmawiać z daną osobą. Mieszkam w państwie RPA, a Afryka to kontynent!

RPA to jedno z najlepiej rozwiniętych państw na tym kontynencie. Każdy może znaleźć co lubi – góry, plaże, duże miasta, festiwale, koncerty, restauracje albo można zabrać namiot i wybrać się na prawdziwa przygodę.

Naprawdę jest w czym wybierać – najlepiej przekonać się samemu i wyrobić sobie własną opinię na temat RPA, a nie powtarzać zasłyszane historie. Podróże kształcą!

Fajne pomysły z RPA – co tu ułatwia życie

Na każdy kraj można marudzić albo wychwalać go pod niebiosa. Prawda jest taka, że gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, coś nam nie będzie pasować. Trzeba po prostu wybrać taki kraj, gdzie w miarę odpowiada nam zestaw plusów i minusów. Oczywiście najłatwiej jest, gdy tym krajem jest nasz rodzinny, ale życie jest jedno, więc jeśli tak nie jest, warto rozważyć opcje.

Okej, nie będę już dziś więcej filozofować 😀 Zamiast tego, opiszę wam fajne RPAńskie pomysły ułatwiające tu życie. Oczywiście fajność też może być subiektywna, ale to jej można oczekiwać od formy takiej jak blog 😉 Post jest zainspirowany filmikiem Joanny Strózik, bo wiele rzeczy, o których wspomina w Australii zgadza się z tym, co mamy tutaj. Podejrzewam, że to wszystko brytyjskie wpływy kolonialne.

1. Kranówka w restauracjach

Może jestem dziwna albo mam jakiś wydyganych rodziców, ale ja w Polsce byłam uczona, żeby wody z kranu nie pić. Jeden rodzic miał w pewnym momencie w domu filtr do wody, inny inwestował w butelkowaną mineralną. Jeśli wybucha wam mózg po poprzednim zdaniu to dwa domy wynikają z tego, że moi starzy są po rozwodzie.

Anyway. Tutaj kranówkę piję się normalnie. Jest też powszechnie dostępna w restauracji w stylu francuskim, czyli można o nią poprosić i jest za darmo. Jeśli macie ochotę ugasić pragnienie darmową kranówką, prosi się o tap water i kelner nam przyniesie. Większe pasożyty cyfrowo-nomadyczne po zamówieniu jednej kawy piją tylko to, pracując z kawiarni i zajmując stolik całymi godzinami.

Co ciekawe, gdy w 2018 moja prowincja borykała się ze straszna susza, przestano podawać wodę z kranu w wielu restauracjach w Kapsztadzie i okolicach. Dostępna była wtedy tylko woda butelkowana, co bardzo oburzało klientów przyzwyczajonych do tej opcji kranówki. Susza była wtedy naprawdę straszna i przewidywano, że Kapsztad w Dniu Zero zostanie pierwszym miastem na świecie, w którym skończy się woda. Nie skończyła się tylko dzięki różnym interwencjom technologicznym i opadom, które w końcu nadeszły.

2. Płatności bezgotówkowe

Karty dotykowe znacie na pewno i z własnego podwórka. W RPA rozwinęły się także inne opcje płatności bezgotówkowych, zwłaszcza płatności apkami takimi jak SnapScan czy Zapper. Jest to bardzo popularne na wszelkiego rodzaju marketach i w bardziej nowoczesnych miejscówkach, ale z tej opcji korzystają też sklepy internetowe i organizacje dobroczynne. Dodatkowo coraz więcej miejsc w miastach decyduje się na całkowite wycofanie gotówki jako formy płatności i informują klientów “We’ve gone cashless!”. Wbrew pozorom jest to mało irytujące, bo człowiek jednak prędzej zapomina portfela niż telefonu.

Taka forma płatności jest bardzo wygodna. Po zeskanowaniu kodu QR danej restauracji na rachunku czy specjalnym stojaku, wpisujecie sumę, dodajecie napiwek i tyle. Można też szpanować i płacić smart zegarkiem, jak mój mąż. Olbrzymim pomocnikiem w rozwoju tej dotykowej technologii była oczywiście pandemia. Nawet przed nią jednak dużo biznesów widziało w niej jej wartość. Miejsca, które nie mają gotówki są naturalnie mniej narażone na napady rabunkowe, które niestety się zdarzają. W miejscach, gdzie wciąż trzymana jest gotówka często widać informację, że kasjer nie ma klucza do sejfu, aby zniechęcić różnych gagatków.

3. Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem

Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem, czyli uwierzytelnianie jest tu super łatwe. Potrzebny jest wam commissioner of oaths, a wielu pracowników zaufania publicznego ma ten tytuł. Najłatwiej pójść na policję z oryginałem i kopią i poprosić o takie poświadczenie. Tutaj nazywamy to certified copy.

To uwierzytelnienie jest potrzebne dość często przy załatwianiu spraw urzędowych, tak samo jak oświadczenie pod przysięgą (affidavit). Kiedy coś wyjaśniacie, wiele urzędów prosi was o oświadczenie na piśmie pod przysięgą. To jest tak na wszelki wypadek, żeby było wiadomo, że mówicie prawdę. Może to być np. oświadczenie, że mieszkacie z mężem, bo sam fakt małżeństwa tu nie wystarcza. To też załatwicie na posterunku policji.

4. Zakupy online i prywatne usługi kurierskie

Zastanawiałam się, czy dodać ten punkt, bo to, że prywatne usługi pocztowe działają super wynika z tego, że poczta tradycyjna jest beznadziejna 😀 W każdym razie prywatne usługi pocztowe i kurierskie są ekstra rozwinięte. Można dostać coś z innej części kraju czy od osoby prywatnej czy od biznesu, nawet w ciągu 24 godzin. Oczywiście to zależy kto i co, ale jak wam zależy na czasie to naprawdę bardzo pomaga w życiu.

Świetne usługi kurierskie to też zachęta do wszelkiego rodzaju zakupów online. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poszłam do sklepu po coś w stylu czajnik, toster, farba do włosów czy nawet szampon. Najbardziej opłaca się zamówić online i nie trzeba długo czekać. Czasami pobierana jest opłata manipulacyjna, ale zazwyczaj sklepy mają minimalną kwotę zamówienia, przy której wysyłka jest darmowa. Tak kupujemy też jedzenie i bardzo to sobie chwalimy, jeśli chodzi o oszczędzanie czasu.

Jeszcze jedna ciekawostka pocztowa: kody pocztowe przypisywane są do całej dzielnicy lub nawet całego małego miasteczka, a nie do ulic.

5. Pomoc w domu

W RPA tzw. klasa średnia i wyżej jest przyzwyczajona do zatrudniania kogoś, kto pomaga w domu. Najbogatsi mają cały szereg osób, kiedyś np. uczyłam francuskiego dziecko, którego rodzina zatrudniała au pair, korepetytorów, ogrodnika, sprzątaczkę (na stałę) i osobę od obowiązków domowych (np. od planowania i kupowania jedzenia). Pani domu nie pracowała z wyboru i myślę, że miała fajne życie, robiąc to, co lubiła.

I w przypadku kurierów i tutaj, to wszystko jest możliwe dzięki niskim zarobkom osób wykonujących prace nie wymagające specjalnych kwalifikacji. Dlatego moim zdaniem bardzo ważne jest, żeby nie płacić ludziom ustawowej stawki minimalnej w wysokości 23.19 randów (6 PLN) za godzinę, tylko wynagradzać ich godnie. My się zawsze tego trzymamy. Dobra, odrobione sygnalizowanie cnoty na dziś. To był sarkazm. Serio to jest super ważne w każdym kraju pomyśleć o człowieku, a nie tylko o pieniądzach, oczywiście w miarę własnych możliwości!

Mimo przydługiego wstępu, uważam, że społeczne przyzwolenie na pomoc w domu jest mega pozytywne. Często widzę panie w polskim internecie przekrzykujące się tym, która się bardziej poświęca dla domu i rodziny i ośmieszające kobiety, które mają kogoś do pomocy. To samo słyszę tu… ale tylko od kobiet z Europy Wschodniej. Moim zdaniem ludzie pracujący czy rodzice czy nie, powinni mieć taką pomoc, jaka im potrzebna i nie ma w tym żadnego wstydu. W RPA czy zatrudniasz osobę sprzątającą czy niańkę nocną czy babysitter, żeby wyjść na randkę z mężem, nikt Cię nie będzie oceniał. Ba! Raczej w drugą stronę, jeśli Cię stać, nikt nie zrozumie, czemu sam(a) sprzątasz dom.

Podsumowanie

Oczywiście, fajnych pomysłów w RPA jest na pewno więcej, ale akurat te są mojemu sercu najbliższe. A wy co najbardziej lubicie w Polsce albo w kraju, w którym mieszkacie? Co wam najbardziej ułatwia życie? Dajcie znać w komentarzach.

Smaki RPA

Jakby ktoś was zapytał o polskie smaki, to co byście wymienili? Ja na pewno twaróg z powodów, które wymieniłam w poście 5 rzeczy, które najbardziej zaskoczyły mnie w RPA. Smaki RPA na pewno są bardzo zróżnicowane, bo jest to kraj wielokulturowy, co podkreślam do znudzenia. W związku z tym lista ta będzie dość subiektywna – rzeczy, które mi kojarzą się z RPA i które najczęściej widzę jedzone w moim środowisku. Nie będę też pisała o specjalnych daniach czy wypiekach, bo o tym myślę, że zrobię osobne posty.

1. Biltong

Czy mi się to, jako wegetariance, podoba czy nie, biltong jest równie ważny w RPA jak w Polsce kiełbasa. Biltong to suszone mięso w specjalnych przyprawach. Znajdziecie go w każdym sklepie osiedlowym, na każdym wydarzeniu i na każdej stacji benzynowej. Taki najpopularniejszy biltong jest z wołowiny, ale robi się go też z wielu innych zwierząt np. kudu, antylopy, strusia czy ryby. Teraz można też dostać wegańskie biltong grzybowy, który jest całkiem dobry.

2. Rosjanie

Russians (Rosjanie) to kolejny rodzaj mięsa, który można kupić w RPA. Te kiełbaski przybyły do RPA z rosyjskimi lub polskimi imigrantami żydowskiego pochodzenia. Wizualnie jest to podobne do kiełbasy z grilla. To danie zrobiło furorę na świecie w zeszłym roku, kiedy rosyjski vlogger sprzedał fake info, że w RPA je się Rosjan. Wśród Rosjan wywołało to spore oburzenie i mimo że niby wszystko wyjaśniono, jak to z fake newsami bywa, niektórzy dalej w to wierzą.

3. Ruski

Ruski (wymawiaj raski, nie ruski :D), czyli spolszczone rusks to takie jakby suche ciastkowe herbatniki czy pieczone kawałki chleba. Znajdziecie je praktycznie w każdym Airbnb w mojej prowincji. Często je się je do kawy albo jako przekąskę. Występują w różnych odmianach, zupełnie bez niczego albo z bakaliami. Trzeba uważać jak się je je, bo można sobie na nich połamać zęby.

4. Słodkie ziemniaki

Słodkie ziemniaki są bardzo popularne. W restauracjach często podaje się z nich frytki. Można je też przygotować na braai czyli grillu. Często je się je bez obierania ze skórki. Nie jestem jakąś wielką fanką.

5. Marula

Drzewo maruli daje owoce, a z owoców robi się różne przysmaki. Jednym z najpopularniejszych jest kremowy likier Amarula, o tym smaku produkuje się też czekoladki i krówki (fudge). Można też je zjeść jako owoce, ale nie są w tej formie popularne w całym kraju.

6. Pap

Pap jest robiony z grubo utartej kukurydzy. To taki typ węglowodanów, który sam w sobie nie ma aż tak mocnego smaku. Bardzo dobrze łączy się on z wieloma potrawami. Ja go lubię z gulaszem z gotowanych warzyw, czyli chakalaka (przypominaj, że na blogu jest na chakalakę przepis).

7. Rooibos

Rooibos to roślina, które rośnie w fynbosie, czyli typie roślinności charakterystycznym dla mojej prowincji, Przylądkowo-Zachodniej. Z rooibos robi się napar potocznie nazywany herbatą, choć po polsku byśmy to raczej nazwali herbatką. Ma on specyficzny ziemisty smak. Rooibos jest mocno lansowanym produktem eksportowym, więc robi się z nim słodycze, kosmetyki i napoje, w tym wysokoprocentowe.

8. Awokado

Awokado można znaleźć na całym świecie. W RPA ma jednak dość znaczący status, bo bardzo często je się je na przykład, na śniadanie. Wtedy często podaje się je z solą z pieprzem i cytryną. O awokado jest dużo żartów o tym jak nigdy nie jest w sam raz, bo jest albo niedojrzałe albo przejrzałe. W sklepach można kupić tańsze awokado, które jeszcze musi dojrzeć albo droższe, dojrzałe i gotowe do spożycia (byle szybko!). Dodaje się je też często jako dodatek do pizzy czy do sushi.

9. Dynia piżmowa

Dynia piżmowa, czyli butternut, często je się jako warzywo na braai, czyli grillu. W restauracjach też jest często podawane jako opcja warzywna. Popularna jest także w postaci zupy. Ja za tym smakiem jakoś super nie przepadam bo ma konsystencję papki dla dziecka, ale zjem od czasu do czasu.

10. Granadilla

Granadilla to nie jest to samo co passiflora czy marakuja. Pochodzą z tej samej rodziny, ale trochę się różnią. Z grenadilli można łatwo znaleźć smoothie, lody czy jogurt. Ma takie specyficzne pestki i słodkawo-kwaskowaty smak. Ja bardzo lubię sam owoc i chętnie jem w sezonie czyli zimą (czerwiec, lipiec, sierpień).

A jakie są wasze ulubione smaki tam, gdzie mieszkacie? Z czym wam się kojarzy to miejsce? Bez czego nie moglibyście żyć? Dajcie znać w komentarzach.

5 rzeczy, które najbardziej mnie zdziwiły w RPA

Zanim przejdę do tematu, w ramach autopromocji polecam mój felieton o byciu Polką i stereotypach za granicą. To mój debiut w Klubie Polski na Obczyźnie, do którego niedawno dołączyłam.

Tymczasem dzisiejszym tematem jest to, co zdziwiło mnie po przyjeździe do RPA. Przed przyjazdem głównie straszono mnie bezpieczeństwem i problemami z wizami, więc byłam przygotowana tylko na problemy związane z tymi kwestiami.

1. Obsesja dowodu zamieszkania (proof of residence)

Z prośbą o dowód zamieszkania spotkałam się niezwykle szybko. Próbowałam kupić lokalną kartę SIM, gdy poproszono mnie o niego po raz pierwszy. Jakoś udało mi się namówić Panią, by ją sprzedała na adres podany bez odpowiednich dokumentów, głównie dzięki lokalnej koleżance, która miała dobrą bajerę.

Co to jest dowód zamieszkania? Dowód tego, gdzie mieszkacie. Niestety są określone zasady tego, co może taki dowód stanowić. Przez lata stawały się one coraz bardziej zawężone. W teorii wszystko jest proste, bo wystarczy na przykład rachunek telefoniczny czy inny z waszym imieniem nazwiskiem oraz adresem… Tyle, że wiele miejsc wymaga dowodu zamieszkania, żeby wprowadzić wasz adres do bazy danych. Trochę zamknięte koło.

Dowodem może być też np. umowa najmu, ale ludzie chętnie wynajmują kątem, więc nie zawsze to będziecie mieli. W tej chwili zdobycie dowodu zamieszkania jest dla mnie znacznie mniejszym problemem, ale były takie czasy, że wyłam do księżyca, bo np. wynajmowałam u kogoś pokój na lewo, a bez dowodu zamieszkania odmawiano mi założenia konta w banku. Bez konta w banku pracodawca nie chciał podpisać umowy i tak w koło Macieju.

Dowód zamieszkania jest potrzebny, gdy podpisujecie jakąkolwiek umowę – najmu czy na telefon, wszelkim urzędom, bankom. Po co? Tak w wielkim skrócie po to, żeby mogli się z wami skontaktować, jeśli coś nabroicie. Na przykład nie można się zapisać bez niego na test na prawo jazdy, żeby mandaty szły tam, gdzie trzeba, jeśli je dostaniecie.

2. Elektryczność na prepaid

Kiedy pierwszy raz skończyła mi się elektryczność nie miałam pojęcia, myślałam, że to awaria. Ta sama koleżanka z bajerą z poprzedniego punktu wyjaśniła mi, że muszę iść kupić elektryczność. Poszłam do sklepu, ale odesłano mnie do domu, bo nie spisałam numeru licznika. Nie wiedziałam wtedy, że elektryczność jest przypisywana do konkretnego licznika i im więcej jej zużywacie tym więcej kosztuje was jednostka elektryczności.

Aby wbić nowe jednostki dostajecie specjalny kod, który trzeba nabić w licznik. Elektryczność można kupić nawet w małych sklepikach osiedlowych, supermarketach, na stacjach benzynowych czy w apce waszego banku. Trochę trwa przyzwyczajenie się do tego systemu i początkowo nagminnie zdarzało mi się, że elektryczność mi się po prostu kończyła. Czasem oczywiście akurat wtedy, kiedy była najbardziej potrzebna.

3. Sprawy bankowe

Dowód zamieszkania to był pierwszy szok w banku, kiedy zakładałam konto poproszono mnie też o potwierdzenie wizy. Musiałam przedstawić zaświadczenie od pracodawcy, że dalej u niego pracuję, mimo że wiza była nówka sztuka. Najbardziej jednak zaskoczyły mnie wysokie opłaty bankowe np. przy wyciąganiu pieniędzy z konta czy przy przelewach. Moje pierwsze konto dawało mi opcję bodajże 10 transakcji miesięcznie za darmo, a potem trzeba było płacić. Tak samo wyciągnięcie pieniędzy z bankomatu nie należącego do waszego banku jest zazwyczaj stosunkowo drogie. To samo dotyczy kart zagranicznych.

Kolejną ciekawostką była opcja tzw. cashbacku w supermarkecie. Jest to tańsza opcja niż wyciągnięcie pieniędzy z bankomatu innego banku. Płacąc za zakupy kartą po prostu prosicie o cashback w pewnej wysokości i dostajecie gotówkę z kasy. Ta suma jest po prostu dodana do waszego rachunku za zakupy. Opcja ta nie jest zbyt lubiana przez kasjerów, bo często potrzebują autoryzacji od menadżera i zajmuje ona sporo czasu.

Ostatni punkt to zdecydowanie wymiana pieniędzy na czy z innej waluty. Jeśli jesteście turystami nie ma z tym żadnego problemu, ale jak macie wizę to zaczynają się schody. Poza paszportem w zależności od wizy należy przynieść do kantoru szereg dokumentów. Dlaczego? No bo chcą wiedzieć skąd te pieniądze macie i czy aby nie kradzione. Podobno jak się nie ma wizy, która pozwala pracować to wam w ogóle nie wymienią.

4. Sprawy serowo-nabiałowe

Dla kogoś, kto mieszka w Polsce albo w Europie i je nabiał, możliwość dostępu do nabiału może wydawać się błaha. Ja jednak po tylu latach deprawacji mam mokre sny na temat kefiru czy twarogu. No dobra, to o co chodzi z tym nabiałem w RPA? Oczywiście jest, ale po pierwsze ser najczęściej kupuje się w kostce i kroi samemu w domu. Nie ma w supermarketach czy sklepach żadnych pań plasterkujących, a sery do kupienia w plasterkach w paczce są mega drogie. To był szok numer jeden.

Potem zdałam sobie sprawę z tego czego brakuje – przede wszystkim twarogu i białego sera. Feta jest. Jest też coś, co się nazywa kefir w sklepach ze zdrową żywnością, ale to smakuje jak gazowane łzy utopione w mleku. Już bliżej kefiru czy mleka zsiadłego jest coś, co się nazywa maas albo amasi, co całkiem lubię. Można znaleźć też serek wiejski, jako cottage cheese, ale to jest drogie i smakuje co najwyżej podobnie.

5. Utrudnianie życia obcokrajowcom

Gdy mówię obcokrajowiec, mam na myśli kogoś kto nie ma stałego pobytu lub nie został naturalizowanym obywatelem RPA. System w RPA jest w 100% nastawiony na osoby z tymi dwoma statusami. Mimo że jest tu stosunkowo dużo obcokrajowców systemy wcale nie są ogarnięte, ani obcokrajowcom przyjazne. Czy chcecie podpisać umowę na internet, kupić samochód czy założyć konto w banku, wszystko jest problemem. Są popularne wizy, z którymi jest nieco łatwiej, są te mniej popularne, gdzie odsyła się was z kwitkiem, niezgodnie z prawdą twierdząc, że dany ułamek normalności wam się nie należy.

Dostanie wizy, a co dopiero stałego pobytu i naturalizacja także stały się nie lada wyzwaniem przez kilka ostatnich lat ciągłych zmian w przepisach. Oczekiwać na cokolwiek można miesiącami, a nawet latami. Ogólnie często żyje się w zawieszeniu w miejscu, które wydaje się domem. Każdy reaguje na to inaczej, ja na przykład jestem zła zanim jeszcze przekroczę próg urzędu. Narzekanie na to wszystko jest jednym z ulubionych tematów spotkań imigrantów, czy jak niektórzy wolą się nazywać ekspatów.

That’s all, Folks

No to tyle z takich najważniejszych rzeczy, które zdziwiły mnie zaraz po przyjeździe i trochę później. Jeśli macie jakieś pytania na ten temat lub inne tematy związane z mieszkaniem w RPA to pytajcie śmiało w komentarzach.

Wywiady z Polakami: Karolina z Życie jak w Afryce

Od dawna chodził mi po głowie pomysł rozmów z Polakami i Polkami, którzy mieszkają w RPA, a kiedyś także szerzej na całym kontynencie afrykańskim. Ten pomysł nie zrodziłby się pewnie w mojej głowie, gdybym nie wpadła nie cykl Ani Błażejewskiej z Polakami mieszkającymi w Azji, “Powiedział mi Ekspata”.

W końcu udało mi się zabrać za ten projekt z czego się bardzo cieszę. Mam już kilku kandydatów do następnych wywiadów. Do pierwszej rozmowy zaprosiłam Karolinę, która razem z mężem w RPA mieszka na pół etatu, a na drugie pół w Wielkiej Brytanii. Zapraszam do lektury i podziwiania ich zdjęć!

W RPA macie drugi dom. Opowiesz jak to się wszystko zaczęło?

Zwierzęta są ciekawskie i przesiadują pod domem

Może zacznę od przedstawienia nas, Karolina i Grzegorz, czyli Życie jak w Afryce. Dom w buszu znaleźliśmy kilka lat temu. Bywaliśmy wcześniej w Afryce, ale nie braliśmy pod uwagę nieruchomości w tak nietypowym miejscu jak rezerwat przyrody.

Od długiego czasu snuliśmy plany jak może wyglądać nasze życie za 20, 30 lat. Co będziemy robić? Myśleliśmy o naszej emeryturze, gdzie i jak ją spędzimy… Może to i niepopularny temat, bo jednak na co dzień człowiek jest uwikłany w gonitwę i zwyczajnie nie ma czasu, możliwości na zastanawianie się. Stwierdziliśmy jednak, że starości nie można traktować pobłażliwie. Trzeba mieć jakiś plan, bo nie wiem jak długo będziemy zdrowi, sprawni itp.

My również żyjemy w pędzie, ale myślenie nasze ukierunkowane było także na to z czego będziemy żyć. Mimo zmian na świecie dotyczących stylu życia, łatwości przemieszczania się, nadal ludzkość skoncentrowana jest na funkcjonowaniu tylko w jednym kraju. My mieliśmy szansę sporo przez lata podróżować, dużo widzieliśmy i to również buduje nową perspektywę, zmienia punkt widzenia.
Dom w buszu stał się dla nas odskocznią od stresu, takim azylem.

Pokochaliśmy to tzw. simple life. Trochę się z tego terminu nabijamy, bo w domu mamy mimo wszystko wszelkie udogodnienia, jak porządne wanny, w których można się zrelaksować, zmywarki, internet itp. No ale musimy się również odrobinę ścierać pomiędzy idealistycznym wyobrażeniem domu a realiami buszu. Czasami brakuje prądu*. Ostatnio mieliśmy awarię i zaczęliśmy myśleć nad alternatywą w postaci energii słonecznej.

Dom jest podzielony na osobne apartamenty i w każdym jest również kuchnia gazowa, na wypadek przerw w dostawie elektryczności. Musimy też uważać, aby nie wpuszczać zwierząt do domu, nie zostawiać uchylonych drzwi. Wczoraj guziec już pakował się nam na taras… bo przecież u siebie jest… Zwierzęta po pewnym czasie stają się zwyczajnie bardzo śmiałe…

*Przypis Magdy: Planowane problemy z dostawą prądu dotykają całe RPA. Jest to tzw. loadshedding, czyli odciążanie przeciążonej sieci, która nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu. Kiedyś napiszę na ten temat więcej.

Wasz pierwszy dom nie jest jednak w Polsce. Jak trafiliście do Wielkiej Brytanii, co tam robicie i jak wam się tam żyje?

Motocyklem i promem przez świat… wracamy z Turcji do Grecji. Lubimy to wspomnienie, bo cudem udało nam się ten prom znaleźć…

Mamy podwójne obywatelstwa polskie i brytyjskie. Mieszkamy w Wielkiej Brytanii. Dziadek mojego męża był tu pilotem dywizjonu bombowego 301 w czasie wojny.

Grzesiek jest lekarzem myślę, że z powołania. Mówi z dużą pasją, że zawsze chciał nim być. Ja zaczynałam swoją pracę zawodową w obszarze pomocy społecznej również z ogromnej pasji do pracy z ludźmi. Głównie skoncentrowałam się na tych, którzy żyją bez dachu nad głową, ofiarach handlu ludźmi, generalnie ludziach w ogromnym kryzysie życiowym.

Hobbystycznie lubimy podróżować, fotografować… żagle, motocykle, klasyczne samochody, nurkowanie… mamy sporo pasji… nie nudzimy się… potrafimy zorganizować sobie czas. Oczywiście nie chodzi o przesiadanie się z jednego pojazdu na drugi i gnanie gdzieś przed siebie. Lubimy usiąść gdzieś z książką, popatrzeć na zachód słońca, docenić świat.

Kilka lat temu pojawił się, właśnie po latach podróży, pomysł na dom w buszu. Poznaliśmy kawał globu i zawsze szukaliśmy ciekawych miejsc. Afrykę również wielokrotnie odwiedzaliśmy. Mówiąc szczerze już kilka lat wcześniej rozglądaliśmy się za domem gdzieś… w jakimś naszym raju. Początkowo miała być to Turcja, w której spędzaliśmy dużo czasu żeglując, jeżdżąc motocyklem. Prowadzimy bardzo aktywne życie.

Dom w buszu pojawił się w zasadzie przypadkiem, gdy wpadliśmy na to specjalne miejsce na ziemi. Znaleźliśmy też taką starą bidulkę i zaczęliśmy go remontować, rozbudowywać. Większość robiliśmy sami aby zredukować koszty, no i przyznam, że mój mąż potrafi i lubi budować, remontować. Nauczył go tata i ta umiejętność bardzo się w życiu przydaje. Ja przyznaję, wcześniej nie robiłam remontów samodzielnie w domu. Kiedy się poznaliśmy siłą rzeczy, potrzebą życiową pewnych czynności również się nauczyłam. Zresztą mówiąc o domu w buszu trzeba być realistą i zwyczajnie w wielu kwestiach lepiej jest wiedzieć jak coś naprawić, zrobić samodzielnie. Zresztą w Anglii również dużo w domu robimy sami.

Mieszkacie w dość niecodziennym miejscu w RPA. Możesz trochę opowiedzieć czytelnikom o Marloth Park?

Zwierzęce nazwy ulic w naszym Marloth Parku

Marloth Park to taka nietypowa forma rezerwatu przyrody. Często tłumaczę tą kwestię w mediach społecznościowych. Wiele lat temu obszar ten był farmą przy Narodowym Parku Krugera. Zwyczajnie w świecie pozwolono aby busz to miejsce naturalnie przejął dla siebie, zaadoptował, rozszerzył obszar parku narodowego. Dzisiaj mamy tu busz i zwierzęta jak w Parku Krugera. Jedyna różnica polega na tym, że my, ludzie mamy tu też swoje domy.

Jakie zwierzęta widzicie na co dzień?

Przychodzą pod dom i już… zwyczajnie tak nam stoją pod tarasem...

One tu zwyczajnie wszystkie mieszkają od żyraf, po zebry, wszelkiej maści antylopy, hipopotamy nad rzeką… co tylko w afrykańskim buszu jest, żyje wszędzie wokoło.

Czy mieliście jakieś niebezpieczne sytuacje w buszu albo przygody, o których chciałabyś opowiedzieć?

To logiczne, że nie możesz wyłączyć drapieżników z obszaru, który z założenia ma być rezerwatem. Zaburzysz wtedy cały system.

Podstawową zasadą jest zdrowy rozsądek. Przede wszystkim ludzie tu żyją. Jest też drugi efekt, czyli odrobinę przesiąknięci jesteśmy filmowo-medialnym obrazem dzikich zwierząt atakujących ludzi. To jest ich naturalne środowisko i należy być ostrożnym, aby komuś przez przypadek na ogon nie nadepnąć. Bądźmy tu realistami, nikt nie lubi być zaskakiwany i deptany.

Możemy tu normalnie chodzić. Z racji powyższego, zalecamy chadzanie po drogach, ścieżkach, nie wchodzenie w wysokie trawy czy krzaki. Od naszego domu ścieżka zwierzęca prowadzi jakieś 200 metrów nad rzekę. Sami jednak jesteśmy ostrożni i raczej się tam nie pakujemy bez potrzeby. Jeżeli już to w okresie zimowym, kiedy jest mało liści i wszystko w buszu widać. Zbytnią odwagą można zrobić sobie krzywdę. Uważamy na węże. Kiedyś Grzesiek spotkał się oko w oko z kobrą plującą w garażu, robiąc porządek. Teraz porządek jest, kobra się wyniosła.

Jakie zwierzęta uznawane za niebezpieczne tam mieszkają?

Przy kontaktach z guźcami uważać szalenie należy na dolne kły, które ostrzone są przy każdym ruchu pyska o charakterystycznie zawinięte kły górne.

No i tutaj dochodzimy właśnie do sedna… co to znaczy niebezpieczne? Bo my zawsze powtarzamy, że szalenie należy uważać na komary, z uwagi na malarię* i tu nie ma żartów.

Ponownie wracam do przejaskrawionego filmowo obrazu dzikich zwierząt rzucających się ludziom do gardeł. Tylko jaki miały by w tym cel? Człowiek i zwierzę żyli od dawien dawna na tym globie. Na pewnym etapie cywilizacyjnym zaczęliśmy się od siebie odsuwać. Ludzie z prostej konstrukcji wiosek, prostych sposobów codziennego funkcjonowania, zaczęli przenosić się do coraz większych skupisk i odsuwać od natury, przyrody.

Mimo wszystko żyjemy na tym świecie wspólnie, tylko jako ludzie sporo w tych relacjach namieszaliśmy. Trochę uprościłam ten wielowiekowy proces, ale zmierzam do zdefiniowania NIEBEZPIECZNOŚCI… W naszych ludzkich głowach zakorzenione jest wyobrażenie dzikich kotów, które na nas zewsząd czyhają. Z

awsze powtarzamy, że sami możemy sobie to niebezpieczeństwo wygenerować z każdym najsłodszym stworzonkiem w okolicy i nie potrzeba do tego lwa. Wystraszone antylopy też stratują albo uderzą porożem. Paradoksalnie należy być bardzo uważnym na ruchy małych antylop z krótkimi rogami, bo są niezwykle płochliwe i mają lepsze pole manewru takim krótkim „narzędziem”. Może być to dla nas bardzo niebezpieczne.

Strusie walczą środkowym, silnym pazurem, który również działa jak rozpruwające ostrze. Potrafią również uderzyć skrzydłem. Jako, że przyjeżdżają do nas turyści, mieliśmy kiedyś wypadek, w którym mężczyzna miał przez uderzenie strusia złamany obojczyk… bo zaczął go gonić… nie struś… turysta gonił strusia… i struś się zirytował, bo zwyczajnie nie miał ochoty na gonitwę jak z kreskówki…

*Przypis Magdy: W RPA zagrożenie malarią jest tylko w niewielkiej części kraju, ale na przykład tam, gdzie mieszkają Karolina i Grzegorz. Mówimy głównie o terenach przy granicy z Mozambikiem, Zimbabwe i Królestwem Eswatini, w tym o Parku Krugera.

Założę się jednak, że nie spotykacie ich codziennie. Ludzie często kojarzą nie tylko RPA, ale i cały kontynent z niebezpiecznymi zwierzęta. Czy takie skojarzenia i związany z nim strach są twoim zdaniem uzasadnione?

Fotografia to  pasja! Często robimy zdjęcia zwierzętom. Busz to raj dla fotografa. Nie zdradzamy miejsc, w których widuje się dzikie koty, aby miały spokój. Może dlatego lubią tu spędzać czas.

Kurczę szkoda, że się nie założyliśmy o coś kosztownego hihihi… Żarty żartami, ale mamy tu wszystko co w buszu żyje. Wiele lat temu przesunęliśmy słonie do Parku Krugera, z którym mamy płot, w sumie siatkę. Powód, to oczywiście duża liczba przyjezdnych i nie zawsze idąca za tym umiejętność obcowania z dzikimi zwierzętami. Słonie są niezwykle wrażliwe. Przechodzą jednak przez tą cholerną siatkę, bo nie wiedzą, że nie wolno, czy jakoś tak… Ostatnio jeden przemaszerował przez główną ulicę.

Systematycznie uciekają hipopotamy znad rzeki. W zbiornikach wodnych są krokodyle. Jak wszędzie są węże. Kotom ciężko wytłumaczyć, że mają nie przechodzić po gałęziach drzew nad siatką. Mamy dwa rezydujące lwy, w wyznaczonym obszarze Marloth Parku. Zdarza się, że przychodzą lwy z zewnątrz np. te które chcą przejąć teren po naszych lwach. Lamparty łażą gdzie chcą i też nie kumają, że niby gdzieś nie wolno, że są jakieś zakazy.

Mamy wewnętrzną policję i strażników, którzy na bieżąco informuje nas mieszkańców, jeżeli na jakichś ulicach widziane były koty (pozytywna magia Facebooka). Uprasza się wtedy o ostrożność i nie spacerowanie o zmroku. Tak jak jednak pisałam na początku. My tu żyjemy, chodzimy do sklepu, jeździmy na rowerach, chodzimy na basen, bo też mamy tu niezłe zaplecze rekreacyjne. Nazywamy to miejsce BUSHTOWN.

Opowiedz, jak wygląda wasz zwykły dzień w waszym południowoafrykańskim domu.

Kończymy właśnie drugi, przestronny apartament. Będzie dostępny od grudnia. Taki sobie wymarzyliśmy. Mamy trochę opóźnienia z racji kryzysu zdrowia na świecie, przez ostatnie 1,5 roku.

Zwykły niezwykły, bo otwierasz drzwi domu i spotykasz wpatrzone w Ciebie zebry, skubiące liście żyrafy… To jest ten rajski, disneyowski obraz, który najczęściej prezentujemy. Mimo wszystko jak mamy jakiś problem do rozwiązania, to nie mamy czasu tego filmować i pokazywać na fejsbuku.

Prawda jest taka, że żyjąc blisko natury trzeba również zdawać sobie sprawę z np. jej prób przejęcia Twojego domu… Zwierzęta próbują się pakować do środka i przejmować nasz teren hihihi. My od 2019r. próbujemy wyremontować dom do końca. Na drodze ludzkości stanął COVID i utrudnił i opóźnił wszystko. Ten trudny czas spędziliśmy w Wielkiej Brytanii.

Dlatego teraz ponownie wróciliśmy do domu w buszu i każdego dnia tak naprawdę pracujemy przy porządkowaniu i budowaniu, przerabianiu. Relaks tutaj to siedzenie przed domem po całym dniu pracy. Przychodzą zwierzęta, słuchamy dźwięków buszu, jeździmy nad rzekę poobserwować kto tam chodzi, fotografujemy. Mamy w planach dwie rozpoczęte książki. Dla mnie personalnie to raj introwertyka. Mój mąż też tak mówi, ale nie chcę za niego odpowiadać. W każdym razie jesteśmy wielkimi indywidualistami.

Jakie udogodnienia są dla Was dostępne. Czegoś wam brakuje, gdy tam jesteście?

Taras, z którego głównie pokazujemy filmy ze zwierzętami…

Tu jest wszystko, czego do życia potrzebujesz, od sklepu po fryzjera. W okolicy za bramą naszego miasteczka są standardowe duże markety. U nas wewnątrz jak nie chce Ci się jechać do miasta to mamy dwa centra sklepowe, gdzie też wszystko załatwisz. Mamy baseny, ludzie przyjeżdżają tu na wakacje. Świat się kręci.

Czasami zabieramy coś ze sobą z Wielkiej Brytanii, albo Polski, bo zwyczajnie niektóre rzeczy człowiek już ma w domu i nie musi kupować nowych, niektóre zwyczajnie lubisz i chcesz je przywieźć. Bywa, że są to bardzo prozaiczne kwestie. Ostatnio się okazało, że większość rzeczy najlepiej przechowuje się w metalowych skrzyniach, które kupiliśmy w Anglii. Codzienność uczy rozwiązań.

Co zwiedziliście w RPA?

A to my, a w tle nasz Land Rover. To bardzo afrykański samochód, wręcz symbol Afryki.

Przygodę z RPA zaczęliśmy od wizyty w Johannesburgu i się nie polubiliśmy, bo jest nieprzyjazny. Generalnie z natury nie jesteśmy zbyt miastowi i unikamy dużych zbiorowisk. W Wielkiej Brytanii też mieszkamy na wsi. Także jeżeli duże miasto to na weekendowy wyjazd. Lubimy Paryż, Nowy York, bo mają swój klimat, warto je odwiedzić jeżeli masz taką chęć i możliwość, ale potem z radością wrócimy w nasz cichy świat.

RPA to tak wielki kraj, że ciężko go szybko przemierzyć wzdłuż i wszerz. Byliśmy raz w Kapsztadzie, w Durbanie, w okolicy Johanesburga uwielbiamy Cradle of Humankind. To były nasze pierwsze przyjazdy tutaj i wtedy więcej jeździliśmy po kraju żeby go poznać. Potem jednak szybko odwiedziliśmy Mozambik, na granicy z którym obecnie mieszkamy, bo interesowały nas wieloryby i delfiny.

Ktoś zapyta… a ludzie? Co z nimi? Na naszych stronach rzadko dotykamy tematu ludzi, bo po pierwsze z racji kryzysu zdrowia na świecie w ostatnim czasie, piętrzących się problemów ekonomicznych gospodarek, zajęci prowadzeniem własnej firmy i rozwiązywania jej problemów, z remontami na głowie również w tym samym czasie… zwyczajnie nie mieliśmy jak siedzieć i pisać artykułów o problemach ludzi tutaj.

Wiele sytuacji zapada nam w głowach, o wielu jeszcze wkrótce napiszemy… bo nie wolno problemów świata tego traktować po łebkach. Zwyczajnie nie ładnie. Przyzwyczailiśmy nasze ludzkie mózgi do scrolowania, szybkiego przechodzenia z tematu na temat. Tu ludzie umierają, tam ładne zdjęcie kota, potem czyjeś problemy zdrowotne, znowu zdjęcia kota… Tracimy przy tym wszystkim zdrowy rozsądek. Afryka uczy też cierpliwości. W buszu czas płynie też trochę wolniej… Spokojnie wszystko Wam opowiemy w swoim czasie.

Czy jest coś, co chcielibyście powiedzieć Polakom o RPA? O tym kraju mało się pisze po polsku, a jeśli już to raczej negatywnie?

Busz buszem, ale mieszkamy na granicy z Mozambikiem i do wody od nas niedaleko. Fotografowanie migrujących wielorybów…

Magda ja myślę, że Ty to zawsze na swojej stronie tak fajnie zbierasz informacyjnie do kupy, że trudno mi coś dodać. Bardzo mile nas zaskoczyła reakcja RPA na COVID, szybka i jednoznaczna, kiedy my w Europie dopiero się rozciągaliśmy po przebudzeniu. Ludzie tutaj chodzą w maskach, przed wejściem do sklepu mierzona jest temperatura.

RPA pamięta ebolę, HIV* i to sądzić można trzeźwi reakcje. Grzesiek jest lekarzem i z racji zawodu nie jest w stanie traktować tematu pobłażliwie. Przez wiele lat obydwoje pracowaliśmy z ludźmi z dużymi problemami. Ja zaczynałam swoją pracę w obszarze pomocy społecznej, współpracowałam z policją. Obydwoje mieliśmy zawodowe kontakty z osobami w zakładach karnych, lub po ich opuszczeniu, z osobami, które w kryzysowej sytuacji tracą dach nad głową, z tymi, którzy od lat żyją na ulicy, z ofiarami handlu ludźmi, z chorymi w tylu obszarach, że aż trudno to wymieniać. Generalnie widzieliśmy jak życie potrafi smagać. Dlatego też może staramy się o ludzkich problemach pisać na zasadzie… zasiadam do tematu i staram się go wyjaśnić, bo oby nikt z nas nie musiał się tak w życiu męczyć.

Na świecie i w RPA widzimy i widzieliśmy mnóstwo problemów na co dzień. Afryka jest piękna, natura jest niezwykle pierwotna, człowiek czuje tą dzikość gdzieś z tyłu głowy i to niesamowicie fascynuje. Jak wszędzie jednak jest ta ciemna strona mocy. Lubimy zawsze małe miasteczka, wioski, bo tam człowiek ma możliwość spotkania kogoś, ludzie są ciekawi, my jesteśmy ciekawi ich.

Przypis Magdy: W RPA były tylko dwa przypadki eboli, w tym jeden śmiertelny, bo kraj szybko zareagował restrykcjami na granicach. Epidemia HIV/AIDS dalej trwa i z tym wirusem żyje około 14% społeczeństwa. RPA ma jednak świetne programy prewencyjne, dzięki czemu dzieci matek zarażonych HIV rodzą się bez wirusa, a dzięki lekom leki antyretrowirusowym osoby zarażone HIV prowadzą praktycznie normalne i długie życie.

Czy proces kupna domu i przeprowadzki był skomplikowany? Jakie rady dałabyś sobie teraz po przejściu całego procesu?

Dom w buszu pokryty strzechą, ale wewnątrz wszystko czego potrzebujesz do życia od pralki, po zmywarkę.

Zdecydowanie nie jest trudny. Wszystko załatwia agent i obsługa prawna. Formalność jak zawsze i trochę papierków. Potem najmniej przyjemna kwestia czyli płatność, ale to wszędzie na świecie.

Jeśli ktoś chciałby was odwiedzić to można wynająć u was lokum. Kiedy można do was przyjechać, ile to kosztuje i co oferujecie gościom?

Sypialnie połączone z łazienkami…

Mamy dwa apartamenty. Jak wspominałam wcześniej drugi dwuosobowy (plus dostawka na dziecko) właśnie kończymy. Jeden pięcioosobowy skończony.

Na naszej stronie www.zyciejakwafryce.pl starałam się wszystko skrupulatnie opisać. Z racji takiej, że dopiero zaczynamy mamy promocję na rezerwacje dokonane do końca roku. W skrócie 5-osobowy apartament kosztuje 500 funtów brytyjskich/ok. 2700 zł za tydzień. Apartament 2+1- 350 gbp/ok1800 zł za tydzień.

Po więcej informacji prosimy o kontakt z nami bezpośredni albo mailem zyciejakwafryce@gmail.com albo przez formularz kontaktowy na stronie powyżej, albo piszcie do nas na mesendżerze.

Z wygodną wanną…

Gdzie czytelnicy mogą się dowiedzieć więcej o waszym życiu w Marloth Parku? Prowadzicie jakieś media społecznościowe?

Z przymrużeniem oka-mówię im, ustawcie się do zdjęcia na Insta… Grzesiek i Landrover od razu zrozumieli o co chodzi…

Facebook i Instagram głównie. Mamy też w planach rozwinięcie naszego kanału na YouTube, bo gdzieś tam został w tyle. Wszystko jest strasznie czasochłonne, ale staramy się to opanowywać krok po kroku. Tym bardziej, że wszystkie zdjęcia i filmy są nasze. Nie szerujemy czyichś materiałów. Tu nie chodzi o nasz kaprys. Spędzamy bardzo dużo czasu i wkładamy ogrom pracy w przygotowanie zdjęć.

Na naszej stronie internetowej również mamy sporo materiałów, opisujemy jak wygląda życie w buszu. Jest tam mnóstwo zdjęć, filmów i tekstów jak to wszystko wygląda u nas na co dzień.

Nie jesteśmy profesjonalnymi fotografami, ale robienie zdjęć wymaga czasu. Cały proces to nie tylko wstawanie o świcie i szukanie światła idealnego, ale też panowanie nad sprzętem. Piękna pasja, pierwotnie mojego męża. Zaraził mnie „zdjęciologią”.

Śmieszne jest jednak to i zarazem fascynujące, że każdy z nas ma inne spojrzenie na tą samą sytuację. My obydwoje z racji indywidualizmu potrafimy się przy tym posprzeczać, ale ciekawostką jest, że każdemu może wyjść coś innego, inny obraz spod każdego pędzla…

Nowa seria

Mam nadzieję, że wywiad was zaciekawił. Jak już wiecie, możecie śledzić Karolinę i Grzegorza na różnych mediach społecznościowych, a nawet ich odwiedzić. Jeśli macie do nich jakieś pytania, możecie zadać je w komentarzach, obiecuję przekazać 🙂

Jesteś Polakiem lub Polką mieszkającym w RPA lub innym afrykańskim kraju? A może znasz kogoś, z kim mogłabym zrobić ciekawy wywiad? Dajcie znać, jestem otwarta na propozycję 🙂

Niebezpieczne i/albo straszne stwory RPA

Tak, tak, jestem wegetarianką i kocham zwierzaczki. Ogólnie nie zabiję nic poza komarem i nawet pająki wyganiam. Mimo to, moje uczucia w stosunku do pewnych istot są nie takie wcale ciepłe! W RPA spotykam ich więcej niż w Polsce, ale w mieście wcale nie widać ich na szczęście często. Niektóre z nich są niebezpieczne, a inne tylko straszne. Zapraszam do lektury, akturat na Halloween 😉

Pająki

Całe życie bardzo boję się pająków choć od wielu lat nad tą fobią pracuję. Praca, pracą, jednak jak wam przyjdzie Aragog albo inna Szeloba na ganek, tak jak mi się zdarzyło kilka dni temu to mam bardzo silną reakcję lękową, nad którą nie umiem zapanować. Powiem wam bowiem sekret na temat dużych pająków (ten z mojego ganku był wielkości ręki! ;() – one walczą. Tak walczą! Jak chcecie je uprzejmie wyprosić to się denerwują i zaczynają biegać dookoła w amoku ewentualnie atakować was swoimi wielkimi włochatymi nożyskami. Ziomek albo ziomalka, z mojego ganku to pająk w wyglądzie podobny do tarantuli. Nazywa się wolf spider (wałęsak zwyczajny) i jest pierwszy raz się z nim spotkałam. Ten gatunek pająka gryzie niechętnie i niegroźnie, ale kogo to obchodzi, skoro wygląda jak wygląda.

Kilkakrotnie już wpadłam na rain spider, czyli pająka łowcę. To jest ten sam typ pająka co australijskie huntsmany i potrafią być OLBRZYMIE. Jak pierwszy raz zobaczyłam to COŚ w rzeczywistości to aż się musiałam uszczypnąć, że to nie sen czy raczej koszmar. Tak jak poprzednie strasznie wyglądające ziomki, te pająki są niegroźne, choć jeśli was ugryzą ugryzienie może zaboleć. Mówi się, że zawsze chodzą parami i jak znajdziecie jednego to będzie i drugi. Tak samo mówi się, że częściej znajduje się je po deszczu stąd popularna nazwa rain spider, czyli pająk deszczowy.

Jak widzicie te dwa pająki się sporo różnią. Ten pierwszy ma sporą dupkę, a ten drugi długie nogi. Jak już mówimy o długich nogach, to opowiem wam o takim pająku, z rodziny nasosznikowatych, co się często widzi w polskich domach. Tu się na nie mówi daddy long legs i nawet ja się nauczyłam je olewać, bo jak się wyjeżdża za miasto to zawsze jakieś są w zakwaterowaniu. Nie gryzą i zwykle siedzą, gdzie siedzą.

No i ostatni z niegroźnych, ale strasznie wyglądających pająków to golden orb spider. To jest pająk z rodziny prządkowatych, ale nie mogę znaleźć polskiej nazwy. Znowu gryzie boleśnie, acz niechętnie. Widziałam go kilkakrotnie w mojej prowincji, a także w prowincji KwaZulu-Natal. Ten na zdjęciu poniżej był w wynajmowanym domku na wakacjach rodzinnych. Moja teściowa je powynosiła z dala ode mnie! Jak się przypatrzycie to ma włoski na tych olbrzymich nogach…

Z niebezpiecznych pająków dwa wyglądają zupełnie niegroźnie. Nazywają się black button spiders i brown button spiders (niestety nie znalazłam polskiej nazwy). Są małe, ale gryzą bardzo boleśnie, a jak ukąsi wasz czarny kuzyn to trzeba natychmiast jechać do szpitala, bo mogą być nawet problemy z oddychaniem.

Do tego dochodzi jeszcze pustelnik brunatny (violin spider). Nie wygląda groźnie, ale może spowodować rozległą martwicę tkanek. Jest to jednak rzadki pająk, ucieka od ludzi i nie ma pajęczyn. Jak nie będziecie zaglądać pod kamienie to raczej go nie spotkacie, a i o ugryzienie trzeba się postarać. ALE znajoma znajomej olała ugryzienie i od iluś lat ma niegojącą się i śmierdzącą ranę na nodze…

Jest jeszcze baboon spider, czyli typ ptasznika. Odpukać w niemalowane, nie widziałam go i mam nadzieję, że go nigdy nie zobaczę. Ukąszenie jest śmiertelne dla 20% psów, ale u ludzi powoduje tylko od 10 do 40 godzin potwornego bólu.

Ogólnie naprawdę pająków nie spotyka się bardzo często chyba, że naprawdę pojedziecie na jakieś pustkowie. Jeśli was coś ukąsi zgłoście się jednak do lekarza. Nawet ugryzienia niegroźnych pająków mogą się paprać, puchnąć czy powodować np. zawroty głowy. Wszystko zależy od reakcji waszego organizmu.

Węże

O wężach nie będę się rozpisywać, bo spotyka się je jeszcze rzadziej niż pająki. Widziałam na wolności 3 czy 4 i zdecydowaną większość na pokazach czy w terrarium. Pamiętajcie, że piszę to jako osoba, która sporo wyjeżdża poza miasto i lubi chodzić po górach.

Jeśli tu przyjedziecie standardem jest w ulotkach informacyjnych mówić o tym, jakie węże występują w danym regionie. Z kolei zatrzymując się na safari możecie liczyć na pomoc obsługi hotelowej, jeśli coś wam się przypałęta do pokoju. Rocznie w całym RPA od ukąszeń węży ginie zaledwie 11 osób.

Złota zasada z wężami jest taka, żeby nie zbaczać ze ścieżki na trasach wspinaczkowych i uważać, gdzie się wsadza ręce, na skałkach, zwłaszcza, kiedy jest gorąco. Węże lubią się wygrzewać na słońcu, ale ogólnie nie przepadają za ludźmi. Jeśli jakiegoś spotkacie poczekajcie, aż sobie pójdzie. Nie szturchajcie go i nie prowokujcie.

Jednym z najniebezpieczniejszych węży jest żmija sykliwa. Zabija ona około 15% osób, które ugryzie, jeśli nie otrzymają one pomocy lekarskiej. Ja miałam nieprzyjemną sytuację z tą żmiją, bo zaczepił ją nasz pies. Pies zapłakał, żmija uciekła, a my do dziś nie wiemy czy go ugryzła tzw. suchym ugryzieniem czy wcale nie trafiła, a pies się po prostu przestraszył. Zwierzętom niestety nie podaje się surowicy, więc czekaliśmy u weterynarza na to czy będą efekty ugryzienia czy nie.

O kobrach słyszałam tylko historie od kilku znajomych, ale tak, mamy kobry. W mojej prowincji jest na przykład kobra przylądkowa (Cape Cobra). Jej jad może zabić w ciągu godziny, ale może też nie. Wszystko zależy od wielu czynników jak przy każdym ugryzieniu węża – czy wąż wbił zęby prosto w skórę czy była jakaś ochrona skóry, czy wbiły się obydwa zęby, czy to może było suche ugryzienie…

Więc zanim się zaczniecie bać trzeba pamiętać, że najpierw węża musicie spotkać, potem mieć tego pecha, że was zaatakuje, potem, że trafi w miejsce, które nie jest zakryte w żaden sposób, no a nawet potem dochodzą różne czynniki, takie jak ile weszło w was jadu i jak sami na to zareagujecie. Ogólnie, nie bójcie żaby.

Następny wąż to dysfolid albo boomslang. Bardzo uroczy typek, który mieszka na drzewach. Jest nieśmiały, więc rzadko gryzie, chyba że ktoś probuje go złapać albo zabić. Nie próbujcie!

No i na koniec chciałam wam powiedzieć, że mamy mamby. Mamy też najniebezpieczniejszego i najszybszego węża w Afryce, czarną mambę. Tutaj nie mam nic fajnego do powiedzenia, jest masa strasznych historii o ludziach umierających od jej ugryzienia albo prawie umierających. Najważniejsza jest szybka reakcja i szukanie pomocy lekarskiej.

W RPA standardem jest też podawanie numerów do odpowiednich służb w zakwaterowaniu w głuszy. Jeśli widzicie węża należy do takich służb zadzwonić, zwłaszcza jeśli rozpoznacie któryś z niebezpiecznych gatunków.

Jeszcze raz przypominam, że na wakacjach raczej ich nie spotkacie. Moja teściowa przeżyła 18 lat na afrykańskiej farmie pośród niczego i między innymi wyciągnęła swojego małego psa z gardła węża. Można? Można!

Karaluchy

Karaluchy w RPA są duże i do tego potrafią latać. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. To czy się je często spotyka to zależy od tego, gdzie mieszkacie. Ja niestety miałam wielokrotnie przyjemność się z nimi spotkać. Zabić takiego szkoda, bo to jest zwierzę, ale jak człowiek wygania, to potrafi na nas polecieć… Straszne one są, nie wiem co mam wam powiedzieć! Za to nieszkodliwe. Te duże karaluchy przychodzą z dworu i nie mają nic wspólnego z waszą higieną czy czystością kuchni.

Moim zdecydowanie najgorszym wspomnienie było nadepnięcie na jednego z rano. O, co to mnie tak łaskocze? A kiedy podniosłam stopę miałam pod nią olbrzymiego karalucha. Największego widziałam jednak w restauracji i słowo honoru, odwłok był długości palca wskazującego a grubość na dwa palce. I te długaśne czułki… Ratunku!

Jeśli mieszkacie nad restauracją bardziej możecie się spodziewać mniejszych karaluchów, których bez dezynsekcji się nie pozbędziecie. Ja miałam raz straszny problem z karaluchami w dzielnicy Sea Point. Nie wiem czemu, bo naczynia zmywałyśmy, restauracji żadnej w pobliżu nie było, a latem w najgorszych upałach miałam tyle karaluchów, że spałam po znajomych ze strachu. No cóż, przynajmniej te nie latają!

Świerszcze

W Johannesburgu miałam przyjemność spotkać tzw. parktown prawn, czyli olbrzymie świerszcze czy raczej świerszczowate. Nie dość, że są duże to jeszcze skaczą wysoko i potafią wystrzelić na człowieka taką czarną maź… Do tego mogą podgryzać ubrania. Te stwory są tylko straszne i nic wam nie zrobią. I tak wam nie życzę spotkania!

Słówko na do widzenia

Nie będę wam pisać jakiś farmazonów, jak to wszystkie te obrzydlistwa są ważne dla ekosystemu, a pająki to w ogóle jedzą muchy. Ja mam takie podejście to rzeczy tego typu jak do toksycznych ludzi – życzę im jak najlepiej byle z dala ode mnie! Dajcie znać w komentarzach, jakie mieliście straszne przeżycia związane ze stworzeniami tego typu. Ja dalej mam fleshbacki od tego ostatniego pająka…

Jak (mi) się żyje podczas pandemii w RPA

W piątek otrzymałam moją drugą dawkę szczepionki na COVID, Pfizer. W związku z tym postanowiłam napisać podsumowanie tego jak żyje się w RPA od początku pandemii. Pandemia dalej się nie zakończyła, ale żyjemy w niej na tyle długo, że można na pewne rzeczy spojrzeć bardziej obiektywnie. Niektóre aspekty działania rządu były naprawdę fajne, inne niekoniecznie. Zapraszam do lektury!

Z czym to się je? – początki pandemii i drakoński poziom 5

Tu i poniżej – dzieła lokalnych artystów z wystawy na temat pandemii

Pandemia do RPA dotarła później niż do Europy. Pamiętam nawet jak się niektórzy łudzili, że może do nas nie przyjdzie. Ja się nie łudziłam, zamiast tego robiłam zakupy na zapas na wszelki wypadek 😀 W rezultacie nasz pacjent zero został zdiagnozowany 5 marca. Była to osoba wracająca z wakacji z Włoch. Ludzie bardzo panikowali, ja pamiętam, że sama kilka razy założyłam nie tylko maseczkę, ale i rękawiczki na zakupy 😉

Niedługo po zdiagnozowaniu pierwszych przypadków, rząd wprowadził stan klęski i lockdown na poziomie 5. Obiecano nam dwa tygodnie i znowu byli ludzie, którzy w to uwierzyli 😀 Pamiętam nawet jak oznaczali się na Instagramie w stories, że będą imprezować, jak tylko się te dwa tygodnie skończą. No chyba wystarczyło spojrzeć na to, co się działo na świecie, żeby wiedzieć, że te to ściema. No i była ściema bo na dzień przed końcem dodali nam jeszcze dwa tygodnie i trzeci gratis. Lol.

Poziom 5 to był hardkor. Można było pójść do apteki, lekarza, szpitala, weterynarza i sklepu, oczywiście w maseczce obowiązkowej i na zewnątrz i w budynkach. Wszystko inne było zamknięte. Nie można było wyjść na spacer, pobiegać ani wyprowadzić psa. Sporo ludzi aresztowano za to ostatnie, nawet jeśli ktoś był sprytny i np. wyprowadzał psa idąc po zakupy. Do tego dorzucono kontrowersyjną prohibicję alkoholową i równie kontrowersyjny zakaz sprzedaży papierosów.

Zmieniające się przepisy

Po poziomie 5 ogłoszono, że poziomy będą się zmieniać w zależności od ilości zakażeń. Razem z tym ogłoszeniem weszliśmy na poziom czwarty, kiedy niektóre osoby mogły już wrócić do pracy. Kosmetyczki, fryzjerzy i podobne serwisy dalej były niedostępne. Można było wyjść na spacer czy pobiegać, ale tylko w godzinach 6-9. Dla rządu to oznaczało większą kontrolę, ale oczywiście sprawiło, że były olbrzymie tłumy w popularnych rekreacyjnych miejscówkach rano.

Na otwarcie salonów urody i podobnych trzeba było czekać trzy miesiące. Rząd dawał pożyczki i małe zapomogi COVID-owe, niestety nieadekwatne do strat. Na sprzedaż papierosów i alkoholu pozwolono dopiero w sierpniu. Zakaz sprzedaży papierosów to była jednorazowa akcja, ale prohibicja alkoholowa ciągle przychodzi i odchodzi. Zmieniają się godziny i zasady sprzedaży – od wolnej amerykanki na poziomie 1 do kolejnej całkowitej prohibicji, gdy schodzimy na poziom 4. Poziom 5 również się nie powtórzył, odpukać w niemalowane.

Poza prohibicją w RPA cały czas jest godzina policyjna ze zmieniającymi się godzinami. Im więcej przypadków, tym wcześniej trzeba wrócić do domu, a później można wyjść. Największy problem z tym ograniczeniem jest taki, że wszystkie miejsce trzeba zamknąć najpóźniej na godzinę przed godziną policyjną. Jeśli jest ona o 21, teatr czy restauracja musi się zamknąć. W takie miejsca uderzają także ograniczenia osób oraz w przypadku gastro prohibicja.

Przy szczycie fal był dwukrotnie zakaz publicznych i prywatnych zgromadzeń na kilka tygodni. Oznaczało to, że nie można było pójść do kogoś do domu. Poza pracą można jednak było wtedy wyjść ze znajomymi do restauracji, kasyna czy kawiarni. Logika rządu była taka, że jak ktoś już musi się narażać, że złapie COVID i dołączy się do obciążenia szpitali to niech przynajmniej wspiera w tym gospodarkę.

Aktualnie właśnie skończyła się u nas trzecia fala i jesteśmy na poziomie pierwszym, czyli można prawie wszystko z zastosowaniem wymogów sanitarnych i ograniczeniach w liczbie ludzi. Cały czas trzeba jednak nosić maseczki, gdy jesteśmy poza domem, na zewnątrz też. Jedynym wyjątkiem jest kardio. Za niestosowanie się grozi grzywna albo 6 miesięcy więzienia.

Czy ludzie się stosują do obostrzeń?

I tak i nie. Z jednej strony na ulicy widać dużo ludzi bez masek, ale umówmy się do dziś już wiemy, że złapanie wirusa w takich warunkach nie jest łatwe. Policja zwykle przymyka oko, choć nie zawsze. Czasem zdarzy się ktoś, kto nakrzyczy na osobę bez maseczki. Tak samo jednak zdarza się, że ktoś powie coś komuś, kto ma maskę. No, wiadomka, co ci drudzy mówią, że to spisek i pandemii nie ma.

W budynkach ogólnie ludzie się stosują. W wielu miejscach jest zasada – nie masz maski, nie masz wstępu. Lekarze i wszystko co związane z medycyną są wyjątkowo ostrożni. Czasami w kinie widać, że ludzie zdejmują maseczki po wyłączeniu świateł, ale już w teatrze nie. W niektórych miejscach ktoś zrobi opcję na nosacza, ale to rzadkość. W restauracjach teoretycznie trzeba mieć maski, chyba że się je czy pije ale nikt się do tego nie stosuje.

Czasami ludzie łamią zasady, bo po prostu nie wiedzą, że zmienił się poziom lockdownu. Styl na Ramaphosę (nazwisko prezydenta) oznacza, że prezydent mówi około 8, że o północy zmieniają się przepisy. Jego przemówienie również jest ogłaszane tego samego dnia. Jeśli nie czekacie z wypiekami na twarzy każdy komunikat z jego strony, a raczej 1,5 roku od rozpoczęcia tej zabawy nikt tego nie robi, to łatwo przegapić zmiany.

Jeśli chodzi o godzinę policyjną to czasem ktoś trochę nagnie przepisy np. spóźni się z powrotem o pół godziny. Natomiast rzeczywiście przynajmniej w mojej okolicy jest cisza przez całą noc. Nie słychać samochodów, ani ludzi łażących po ulicy. Wiem jednak, że są organizowane nielegalne imprezy w dzielnicach przemysłowych. Jakiś czas temu było głośno o dziewczynie, która została na takiej imprezie zgwałcona. Te miejsca są zamykane na czas trwania godziny policyjnej i nie można z nich wyjść (ani przyjść). Prośbę dziewczyny o wezwanie policji lub wypuszczenie jej spełzły na niczym.

O co chodzi z tą prohibicją?

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji rządu było wprowadzenie prohibicji, zarówno pełnej jak i częściowej. Okrutnie uderza ona w olbrzymi przemysł winiarski i inne przemysły alkoholowe w RPA. Przez jakiś czas, nie można nawet było eksportować alkoholu. Jak już mówiłam to nie tak, że rząd dawał jakieś olbrzymie zapomogi. Dla przykładu znam dwoje ludzi, którzy opuścili kraj bo padł ich biznes w tej branży. Jak już wspominałam ten zakaz sprzedaży alkoholu też mocno uderzał w gastronomię.

Czym więc rząd tłumaczy takie decyzje? Po pierwsze obłożeniem szpitali. Ludzie trafiający do szpitala po bójkach pijackich czy jeździe po pijaku zdarzają się często. Dodatkowo alkohol zwiększa problem przemocy domowej, której ofiarą padają kobiety i dzieci. Jest to olbrzymi problem w RPA. Lekarze pracujący szpitalach i klinikach zgadzali się z tymi działaniami rządu. Zwykli ludzie oczywiście nie. Znajdowali oni swoje sposoby na robienie alkoholu i zaczęły braki drożdzy i…ananasów w sklepach. Mój mąż też w pewnym momencie sam robił sobie ananasowe piwo.

Utrudniony dostęp do alkoholu oczywiście nie oznaczał, że nigdzie nie można go było kupić. Bardzo popularne były ogłoszenia typu “sprzedam szklanki” i za szklankami na zdjęciu było widać butelki wina czy innego alkoholu. Dodatkowo po pierwszej prohibicji, której nikt się nie spodziewał, kolejna prohibicja uderzyła tylko w biednych. Wszystkie pijące osoby, które znam po końcu pierwszej prohibicji obkupiły się w alkohol na kilka miesięcy i na takim poziomie utrzymują swoje zapasy.

Program szczepień i antyszczepionkowcy

Protest antyszczepionkowców

W tej chwili w RPA jest tylko Pfizer i Johnson i Johnson. W niektórych miejscach można wybrać, którą się woli. Do użytku zatwierdzono też Sinovac, ale jeszcze go nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Program szczepień miał tutaj duże opóźnienie z powodów trochę niezależnych od rządu. Rząd zakupił Astra Zanecę, ale w badaniach klinicznych okazała się ona nieskuteczna na naszą lokalną odmianę koronawirusa. W związku z tym rząd ją sprzedał i musiał długo czekać na więcej Pfizera i J&J.

Na początku szczepionki dawano tzw. frontline workers, czyli głównie lekarzom i osobom pracującym w placówkach medycznych. Potem szczepiono także sektor edukacji. Dopiero później zaczęto je rozdawać zgodnie z grupami wiekowymi od najstarszej do coraz młodszych. Ja szczepiłam się jako ostatnia, bo mam mniej niż 35 lat. Do tej pory 30% społeczeństwa otrzymało co najmniej jedną dawką, choć teoretycznie każdy już miał szansę.

Punkty szczepień są ogólnodostępne i rząd naprawdę się postarał, żeby ludzie nie mieli problemu z dostępem do nich. Niestety nie wszyscy chcą się szczepić. Wśród tych osób jest podział na tych, którzy są antyszczepionkowcami, tych, którzy nie ufają tej konkretnej szczepionce albo “nie wierzą” w COVID i tych, którzy chcą poczekać albo im się po prostu nie chce.

Antyszczepionkowcy czasem organizują jakiś protest, ale póki co to nie były duże wydarzenia. Podejrzewam, że zmieni się to, jeśli ludzie będą zmuszeni do szczepienia się. Wątpiliwe jest, że rząd zdecyduje się na całkowicie obowiązkowe szczepienia, ale prawdopodobnie miejsca pracy będą mogły wymagać zaświadczeń o szczepieniu. Dla przykładu Uniwerystet w Kapsztadzie już przegłosował obowiązkowe szczepionki dla studentów i ciała pedagogicznego.

Jak pandemia wpływa na moje życie

W moim domu stres był trochę większy, bo mój mąż jest na lekach obniżających odporność w związku ze schorzeniem, na które cierpi od lat. Kiedyś nawet żartowałam, że on kolekcjonuje wirusy jak Pokemony, bo tak łatwo je łapie. Przez całą pandemię byliśmy dość ostrożni, według wskazań lekarskich. Nie wszyscy znajomi wykazywali zrozumienie i niektóre kontakty wymarły.

Nie udało mi się też polecić do Polski na wesele przyjaciółki, na którym miałam świadkować. To coś, na co czekałam mniej więcej rok, bo ważne wydarzenie i też rzadko jeżdżę do Polski. W RPA granice były zamknięte między marcem i wrześniem i dużo rodzin i par międzynarodowych zostało przez to rozdzielonych. Na pewno to “zamknięcie” nie wpłynęło na mnie dobrze psychicznie, zwłaszcza, że mój mąż wrócił do kraju na kilka dni przed zamknięciem granic.

Jeśli chodzi o pracę to na szczęście i ja i mąż pracowaliśmy zdalnie nawet przed rozpoczęciem pandemii. Niestety pandemia uderzyła w mojego największego klienta, któremu pisałam kontent. Po prostu przestał mi płacić. W związku z tym musiałam znaleźć coś na szybko, żeby nadrobić straty finansowe w wysokości 50% dochodów z dnia na dzień. Zaczęłam więc znowu uczyć języków i w 2020, miałam chyba jeden wolny weekend? Między innym kontentem, a uczeniem pracowałam mniej więcej 6,5 dni w tygodniu. My jednak zaraz przed pandemią zobowiązaliśmy się do kupna domu, który wymagał remontu i kredytu. Nie było zmiłuj!

Na szczęście po kilku miesiącach zaczęłam współpracę z nowym dużym klientem, dla którego piszę i teraz uczę tylko kilka godzin tygodniowo. Muszę jednak przyznać, że uderzyło to w moje morale, bo uczenie to coś, czym dorabiałam sobie na studiach…czyli jakieś 15 lat temu 😀 Nie hejtuje uczenia, lubię to, jestem w tym dobra, ale nie to chcę robić zawodowo. Poza tym słabiej na tym wychodzę finansowo niż na moich innych umiejętnościach.

Z przymusu spędzenia większej ilości czasu w domu znowu zaczęłam grać w gry, uczyć się intensywniej języków, pisać tego bloga i więcej działać na Instagramie. Odkopałam też kilka starych znajomości z zagranicy. No ale ogólnie to miałam dużo doła i w ogóle jakoś wyssało to ze mnie pozytywne patrzenie w przyszłość, w tym także kraju, w którym mieszkam.

Jak pandemia wpłynęła na RPA

Nie będę pisała o turystyce, bo chyba wiadomka, że leży. Turyści jacyś są, ale 70% mniej niż normalnie. RPA trafiło na czarną listę wielu krajów, ze względu na swój szczep. Mimo że teraz już ileś miesięcy u nas jest DELTA, jak wszędzie, inne kraje nie zdjęły nas z tych list. UK zrobi to dopiero w przyszłym tygodniu. W 2018 w turystyce pracowało 4,5% wszystkich zatrudnionych osób w kraju. W kraju z olbrzymim bezrobociem taki cios w ten sektor boli tym bardziej.

Inne sektory, które najbardziej ucierpiały to gastronomia, przemysł alkoholowy, a także kosmetyczki czy fryzjerzy. Ci ostatni mogą pracować, ale ludzie nie tak chętnie wydają teraz pieniądze. Wymogi pracy z domu to dla niektórych firm coś nie do ogarnięcia, często ze względu na branżę, więc po prostu pozwalniali ludzi. Leży też wynajem, bo biura porezygnowały z umów i stwiają na pracę zdalną, ludzie wyprowadzają się do tańszych miejsc, bo nie muszą dojeżdżać do pracy, a niektórzy zamieszkali z rodziną, żeby ciąć koszty.

I tak wolna administracja publiczna teraz w ogóle ledwo zipie. Znam kogoś, kto rozwodził się ponad rok, mimo że było za obupólną zgodą i bez dzieci, więc potrzebowali jedynie jednej rozprawy. Jest masa problemów przy rejestracjach narodzin, zgonów, już nawet nie wspominam o wizach. Wszystkiemu są winne zmiany poziomów i czasowe zamykanie miejsc pracy w związku z zakażeniem w miejscu pracy. Jak próbowaliśmy rejestrować kupno domu, to biuro było zamknięte mniej więcej raz na miesiąc na 10 dni, bo ktoś tam pracujący złapał COVID.

Odczuwalnie wzrosła przestępczość. Mówię o kradzieżach, włamaniach i innych rzeczach tego typu. Statystyki mówią, że wzrost jest mały, ale mam wrażenie, że ludzie jeszcze bardziej zmieniają swoje zachowania, bo czują się mniej bezpieczni. Często teraz jest mniej ludzi na ulicach i zwłaszcza wieczorem. Zamieszek w w lipcu nie da się na to zupełnie zwalić, ale frustracja pandemią była na pewno jednym z powodów. Przed nami wybory, a populistyczny i trochę straszna partia nagle ma dużo większe poparcie niż przed pandemią. Widać też dużo więcej osób bezdomnych 😦

I co teraz?

Kto to wie! Szczepionki są jedynym sposobem na normalność, a ludzie niechętnie się szczepią. Myślę, że czas pokaże. Jeśli macie jakieś pytania to zapraszam w komentarzach.