Load shedding, czyli planowe przerwy w dostawie prądu

Kiedy piszę do was te słowa, właśnie jestem w planowym bloku w przerwie dostawy prądu i nie mam światła. Mam jednak internet i inne udogodnienia, dzięki naszemu systemowi radzenia sobie z tym zjawiskiem. Dziś dowiecie się co to jest load shedding, na czym polega, skąd się wziął i czy się kiedyś skończy.

Co to jest load shedding?

Load shedding ma miejsce gdy zapotrzebowanie na elektryczność (load), nie może zostać zaspokojone produkowaną liczbą elektryczności. Taka sytuacja jest niebezpieczna dla sytuacji energetycznej kraju i mogłaby doprowadzić do pełnego blackoutu. Naprawienie szkód spowodowanych przez taki blackout trwałoby kilka dni.

Aby uniknąć pełnego blackoutu sztucznie zmniejsza się (shed – zrzurzić, stracić) zapotrzebowanie na elektryczność (load), w planowany sposób wyłączając elektryczność w danych obszarach na określony okres czasu zazwyczaj w dwugodzinnym bloku. W ten sposób osoby korzystające z prądu dalej mogą z niego korzystać przez większość czasu.

Jak load shedding wygląda w praktyce?

Po pierwsze load shedding nie ma miejsca cały czas. Jest ogłaszany w mediach i oczywiście ludzie też się o nim informują. Zdarza on się raz częściej raz rzadziej, czyli bywa kilka tygodni czy miesięcy bez niego, a bywa tak, że jest codziennie. Load shedding ma też różne poziomy (stages) – im wyższy poziom, tym więcej dwugodzinnych bloków bez elektryczności w ciągu doby. Kapsztad ma zawsze jeden poziom niżej niż reszta kraju, bo miasto ma to lepiej ogarnięte.

Dodatkowo miasta i miejscowości są podzielone na strefy. Każdy musi sobie sprawdzić w jakiej znajduje się strefie. Jak już człowiek zna strefę, to może spojrzeć na rozpiskę tego, kiedy w jego strefie nie będzie elektryczności. Dla przykładu, jesteśmy na poziomie 3 load shedding i elektryczność będzie wyłączana trzy razy dziennie, sprawdzamy na rozpisce kiedy stanie się to w naszej strefie i możemy planować sobie życie.

Na szczęście już kilka lat temu pojawiła się aplikacja na telefon o nazwie EskomSePush, która ma wszystko obcykane. Wystarczy wpisać swoją dzielnicę, żeby zobaczyć w jakich godzinach nie będzie elektryczności. Swoją drogą nazwa tej apki to gra słowna na wulgarnym wyrażeniu afrikaans “jou ma se poes”… czyli wagina twojej matki. To wyrażenie używa się, by powiedzieć komuś, że bredzi albo, żeby spadał na drzewo. Samo “se poes” to czyjaś wagina, a w przypadku tej apki wagina Eskomu, czyli firmy odpowiedzialnej za elektryczność w RPA. Co prawda zmienili na “se push”, ale i tak wszyscy wiedzą o co chodzi.

Czy z tym load shedding da się żyć?

Ogólnie, jeśli się ma trochę pieniędzy, żeby zainwestować w ulepszenia to tak. Można sobie nakupować latarek, świateł na baterie, baterii do telefonu czy komputera, UPS podtrzymujący internet przy życiu, kuchenkę gazową itd. My możemy gotować, pracować i mamy rozrywkę na urządzeniach na baterie. W przypadku dużego biznesu ze sporym budżetem ludzie po prostu instalują generatory i całe biuro działa jak ta lala.

Oczywiście jest to jednak upierdliwe. Generatory są drogie, a takie co zaczynają się od dwóch tysięcy złotych wytrzymają jedynie godzinę. Ponieważ load shedding nie dzieje się cały czas, nie znam nikogo “prywatnego”, kto postanowił w nie zainwestować. Trzeba pamiętać, że gdy nie ma elektryczności pada wam więc lodówka czy zamrażarka. Nie można wysuszyć włosów, wydepilować nóg czy oglądać telewizji. Nawet jak się ma latarki czy światła na baterie, to i tak nie to samo, co normalne oświetlenie. No i zawsze trzeba zaplanować ładowanie, bo się można obudzić z ręką w nocniku.

Reels o tym, jak radzimy sobie z load shedding

I to co wyżej napisałam, to są problemy osób uprzywilejowanych, bo jakieś 50% społeczeństwa w ogóle sobie nie może pozwolić na żadny ekwipunek pomocowy. Jak elektryczności nie ma to nic nie mogą z tym zrobić. Do tego wyłączanie i włączanie oczywiście destabilizuje instalacje, tam gdzie są one mniej doglądane, nie wytrzymują. W związku z tym elektryczności często nie ma dłużej, niż wskazywałby na to dwugodzinny blok. Czasem coś się może zepsuć od skoków napięcia, a wiadomo, że im człowiek ma mniej pieniędzy tym bardziej to w niego uderza.

Oczywiście bardzo też cierpią małe biznesy. W czasie load shedding nie działają terminale kart, więc nagle ludzie muszą wyczarować gotówkę albo nie skorzystać z usługi. Bez elektryczności nie działają różne maszyny, komputery i tym podobne. Nie można użyć ekspresu do kawy czy kuchenki elektrycznej… W związku z tym klienci chętniej chodzą w miejsca, które operują także w czasie load shedding. Często są to duże sieci, które było stać na generatory i inne systemy pomocowe.

Dlaczego jest ten cały load shedding i co dalej?

Takie rzeczy nie biorą się znikąd, więc składa się na nie dużo składników – stare elektrownie na węgiel, brak odpowiedniej konserwacji elektrowni, opóźnienia w budowaniu nowych elektrowni, długi Eskomu wynikające z błędów w zarządzaniu i głębokiej korupcji w tej spółce państwowej, agresywna urbanizacja i wzrost potrzeb społeczeństwa. Jest to dość wybuchowa mieszanka, bo potrzeby rosną, a możliwości elektrowni maleją.

Oczywiście są plany wybudowania większej ilości elektrowni czy napraw, ale to wszystko trwa. Ze względu na przestarzały sprzęt co chwila się coś psuje. Jak się psuje to jest load shedding, jak jest load shedding to Eskom zarabia mniej, a musi wydać pieniądze na naprawy. Eskom pieniędzy często nie ma również dlatego, że są kradzione przez jego personel na wysokich szczeblach. Rząd ciągle im pomaga, ale jakoś sytuacja się nie poprawia. W związku z tym zaproponowano podwyżki cen, ale pomyślcie, co o tym myśli społeczeństwo, które na tej elektryczności nie może polegać.

Podobno teraz wymyślili jakieś rozwiązanie, które trochę społeczeństwu ulży… choć nie palą się by tłumaczyć dokładnie jakie. Wiadomo tyle, że problemem trzeba się było zająć dwadzieścia lat temu i to właśnie brak zapobiegania problemowi doprowadzić do takiej, a nie innej sytuacji. Pożyjemy zobaczymy. Load shedding towarzyszył mi przez większość życia w RPA, a po raz pierwszy pojawił się w roku 2008. Kapsztad ogólnie lepiej to ogarnia i już teraz ma plany niezależne od planów państwowych, żeby jeszcze bardziej się uniezależnić.


Wielki RPAński przypał z tłumaczem migowym

Od pewnego czasu RPA przymierza się do przyjęcia języka migowego jako 12 oficjalnego języka. Zabieg ten ma zwiększyć dostęp osób niesłyszących i niedosłyszących do informacji, ale także umożliwić im np. zdawanie testów na prawo jazdy. To świetny pomysł, choć ja pozostanę sceptyczna jak zostanie wprowadzony w praktyce.

RPA ma 11 oficjalnych języków i teoretycznie wszystkie druczki w urzędach czy inne oficjalne komunikaty powinny być w 11 językach. Tajemnicą poliszynela jest jednak to, że w praktyce w urzędach widzi się trzy najpopularniejsze języki prowincji. Czas pokaże więc, czy ta zmiana rzceywiście ułatwi życie osób niesłyszących.

Dzisiaj jednak nie o tym będzie! Ciężko bowiem na tę wiadomość związaną z językiem migowym nie przypomnieć sobie olbrzymiej wpadki RPA na arenie międzynarodowej, gdy osoba najprawdopodobniej podająca się za tłumacza języka migowego wykonywała tę rolę podczas uroczystości związanych ze śmiercią byłego prezydenta RPA, Nelsona Mandeli.

Skrót wydarzeń

Mimo że śmierć Nelsona Mandeli nie była nieoczekiwana, gdy zmarł 5 grudnia 2013 cały kraj pogrążył się w żałobie. Za walkę z apartheidem były prezydent RPA spędził 27 lat w więzieniu na wyspie Robben Island niedaleko Kapsztadu. Gdy w końcu go wypuszczono szybko został liderem partii ANC, a cztery lata później prezydentem kraju. Mandela był międzynarodowym symbolem walki o wolność, ale i wybaczenia dawnych krzywd. W 1993 roku został uhonorowany Nagrodą Nobla.

Po jego śmierci na liczne obchody i uroczystości zapraszano znanych polityków i gwiazdy z całego świata. Mężczyzna najprawdopodobniej podający się za tłumacza języka migowego tłumaczył przez 4 GODZINY podczas jednej z największych uroczystości wiele osób, w tym między innymi ówczesnego prezydenta USA, Baracka Obamę. Szybko stało się jasne, że mężczyzna jedynie udaje tłumaczenie, bo już podczas uroczystości, pierwsza niesłysząca południowoafrykańska posłanka, Wilma Newhoudt-Druchen, napisała na Twitterze, że ta osoba to oszust. Media społecznościowe zapełniły się podobnymi opiniami od oburzonych osób niesłyszących.

Ponieważ uroczystość ta była transmitowana na całym świecie, szybko wybuchnął skandal. Osoby niesłyszące w innych krajach nic nie rozumiały z obchodów, bo wszystko, co przekazywałam im tłumacz było nonsensem. Podobno nie znał najprostszych słów takich jak “dziękuję” i “RPA”, a także na jego twarzy nie było żadnej mimiki, która jest podstawą języka migowego. Myślę, że nawet, gdy osoba nie znająca języka migowego przyjrzy się temu nagraniu zobaczy, że coś jest nie tak:

Niezły przypał, c’nie? Pierwszy poziom tej wpadki to oczywiście to, że tysiące niesłyszących osób na całym świecie nie zrozumiało ceremonii. Pomyślcie jednak o tym, jak wielkie to było zagrożenie pod względem bezpieczeństwa jeśli jakaś osoba podaje się za tłumacza i stoi obok najważniejszych polityków areny narodowej i międzynarodowej. Tylko czy ten mężczyzna rzeczywiście był oszustem?

Co się tam w ogóle stało?

Na to pytanie nie odpowie wam nikt, mimo że mamy rok 2022, a sytuacja miała miejsce w 2013. Poniżej podsumowuję wszystko to, co wykopałam w internecie.

Możnaby założyć, że rząd się będzie kajał i że ktoś weźmie za to wszystko odpowiedzialność. Tak jednak nie było. Początkowo rząd jedynie ogłosił, że jest świadomy całej sytuacji i przyjrzy się temu, co się stało, oczywiście w swoim czasie. Najpierw więc zaczął tłumaczyć się sprawca całego zamieszania, zidentyfikowany jako Thamsanqa Jantjie. Powiedział, że tłumaczem języka migowego jest od wielu lat i nikt nigdy nie miał mu nic do zarzucenia. To nieprawda, bo został uprzednio zwolniony dyscyplinarnie z wykonywania obowiązków. Skarżono się na niego już wcześniej np. podczas tłumaczeń teraz już byłego prezydenta RPA Zumy. Jest nawet nagranie, na którym tłumaczy pytanie: “Nelson Mandela jest w bardzo chory, a prezydent Obama planuje wizytę. Czy powinien ja odwołać?” przetłumaczył jako “Toaleta! Toaleta! Unia! Czoło!”. To, że coś było nie tak z tłumaczeniem podczas ceremonii upamiętniającej Mandelę zwala jednak na atak schizofrenii.

Najpiękniejsze kwiatki w całej aferze pochodzą jednak od ówczesnej wiceminister do spraw kobiet, dzieci i niepełnosprawnych, Hendrietty Bogopane-Zulu. Ta Pani wypowiedziała się dzień po tłumaczu. Przyznała się do jakiegoś tam błędu, mówiąc, że firma SA Interpreters, dla której pracował tłumacz, rzeczywiście nie ma najlepszej reputacji (a do tego zapadła się pod ziemię po tym wydarzeniu), a tłumacz miał dość niską stawkę. Przy tym wszystkim jednak lawirowała w tłumaczeniach tak, że Morawiecki może się przy niej schować. Oto te, które na zawsze zostały w moim sercu:

  • “To było złe. Czy było oszustwem? Nie. Czy on jest przeszkolony? Ma tylko wstęp do szkolenia, jak wielu mieszkańców RPA.”
  • Zapytana czy ktokolwiek zrozumiał tłumacza: “Znajdziemy kogoś, kto go rozumie, kto poprosił go o wykonanie tego zadania, ale nie zrobimy tego teraz.”
  • Twierdząc, że południowoafrykański język migowy ma ponad 100 dialektów i nikt nie jest zrozumiany przez wszystkich dodała: “Jeśli nic nie przegapiłam, nie uważam, że jako kraj powinniśmy mówić, że się wstydzimy. Kwestia języka migowego zawsze zależała od tego, gdzie żyjesz, do jakiej chodzisz szkoły i w jakim języku mówisz.”
  • “Czy zostanie zaproszony do tłumaczenia na dużych imprezach w przyszłości? Nie moją rolą jest tutaj powiedzieć tak lub nie.”

Czyli podsumowując nic się nie stało! Rzeczywiście, jeśli się poczyta o języku migowym, to można się dowiedzieć, ż np. amerykański i brytyjski maja zaledwie 30% takich samych znaków. Oburzenie ludzi niesłyszących na całym świecie, którzy nie zrozumieli niczego i czuli się obrażeni tłumaczeniem, które w ich mniemaniu było oszustwem, chyba jednak o czymś świadczy. Zanim dowiecie się więcej zapraszam na chwilę relaksu.

Ciutka humoru

Wpadka była mocno żenująca, a tłumaczenia mało przekonujące, co oznacza, że dała wielkie pole do popisu memiarzom. Oto kilka z memów produkowanych w tym okresie na potęgę:

Tam poniżej jest karuzela, musicie sobie klikać strzałki!

No i oczywiście każdy szanujący się komik z RPA musiał uwzględnić tę wtopę w swoim materiale, tutaj fragment występu Trevora Noah (temat wałkuje bezpośrednio od początku do 6:16 :D):

Co było dalej?

W sumie nic. Ludzie jeszcze chwilę się burzyli, bo jeśli ten tłumacz trafił na to wydarzenie to być może tłumaczył też w sądzie? Dodatkowo na światło dzienne wyszły różne przestępstwa, o które tłumacz oskarżany był w przeszłości. Niestety nie wiadomo co dalej się stało z zarzutami, bo odpowiednie dokumenty poznikały. Wiadomo za to, że kilka dni po całym wydarzeniu, tłumacz trafił do szpitala psychiatrycznego.

Po wylewie wiadomości na temat tej sprawy, do końca grudnia 2013 wszystko ucichło. Rok Jantjie później pojawił się w izraelskiej reklamie śmiejącej się z całej sytuacji mocno krytykowanej przez osoby ze społeczności osób niesłyszących oraz dalej twierdził, że nie zrobił nic złego. W 2019 podejrzewano, że pojawił się w dziwnym wideo tańczącego oficera marynarki, ale szybko zdementowano te plotki.

Czy dalej pracuje w zawodzie? Czy był oszustem czy chorym człowiekiem? Kto był odpowiedzialny za zatrudnienie go? Niestety nie wiadomo, choć wskazywano na to, że Thamsanqa Jantjie pewne powiązania z partia rządzącą w RPA od 1994 roku, ANC, partia zaprzeczała tym doniesieniom.

8 rzeczy, które irytują imigrantów w życiu w RPA

RPA nie jest najłatwiejszym krajem do życia. Jest więc wiele rzeczy, które irytują przybywających tu imigrantów. Dziś opowiem wam o 8 najważniejszych. Pamiętajcie, że człowiek się do wszystkiego może przyzwyczaić i nie ma miejsc idealnych. Chodzi o to, żeby żyć w takim miejscu, które pasuje nam. A mi RPA pasuje bardziej niż Polska.

Trzeba też pamiętać, że ja opowiadam o perspektywie człowieka z kraju “Zachodniego” (ten cudzysłów jest bardzo potrzebny jak się to piszę będąc z Polski, ale dobra). Dla wielu osób przeprowadzających się do RPA z innych krajów, gdzie żyje się gorzej, poza bezpieczeństwem te kwestie są znane, a nawet w RPA mniej dokuczliwe.

1. Bezpieczeństwo

Jak już mówiłam w poście o bezpieczeństwie dla turystów jest tu spoko na dwa czy trzy tygodnie. Jednak przy mieszkaniu w RPA bezpieczeństwo to kwestia numer jeden. Mieszkając w dużym mieście, gdzie nie ukrywajmy większość imigrantów mieszka, trzeba liczyć się z wieloma ograniczeniami.

Dom powinien być zabezpieczony podobnie jak domy sąsiadów. W zależności od miejsca, zabezpieczenia mogą obejmować kraty w oknach, ogrodzenia elektryczne, kamery, prywatną firmę ochroniarską, wysokie płoty czy nawet altanę z kratami. Mieszkania tak samo. Dodatkowo popularne są grupy sąsiedzkie, gdzie ludzie informują się o najnowszych przestępstwach i wspólnie pracują nad swoją paranoją w tym temacie.

Poza tym trzeba wiedzieć, w jakiej okolicy się znajdujemy. Tam, gdzie jest większa przestępczość należy na siebie dużo bardziej uważać. Ogólnie poza miejscówkami na wyjścia wieczorne raczej nie chodzi się po zmroku. Nawet w ciągu dnia człowiek też dwa razy pomyśli zanim wejdzie w pustą, wąską uliczkę.

Jak żyć? Na autopilocie. W Polsce przyzwyczajamy się np. do tego, żeby szukać kosza na śmieci pod zlewem. Nikt o tym nie myśli, ba, to zwyczaj, od którego za granicą trzeba się długo odzwyczajać. Tak samo człowiek automatyzuje inne zachowania i nawet o tym nie myśli.

2. Loadshedding

Za tą tajemniczą nazwą kryją się planowe cięcia w dostawie prądu. Loadshedding ma różne poziomy, a od poziomu zależy, ile razy w ciągu dnia zostanie wyłączona elektryczność. Okienko na wyłączenie elektryczności to zazwyczaj 1,5 godziny do 2 godzin. Każda strefa wie, kiedy elektryczność zostanie wyłączona, można się przygotować.

Loadshedding jest uciążliwy, bo trzeba pamiętać o ty, żeby zawsze mieć wszystko naładowane. Urządzenia powinno się wyłączyć samemu, zanim loadshedding nadejdzie, ale łatwo zapomnieć. Niestety czasem coś się może zepsuć przez to włączanie i wyłączanie. Nam raz poszedł się j*bać telewizor :/ Loadshedding przychodzi i odchodzi, zmienia poziomy, raz jest lepiej, raz gorzej. Tak średnio jest to kilka dnia na dwa-trzy miesiące.

Czy można to przetrwać? Loadshedding, jak wszystko, najbardziej uderza w osoby bez pieniędzy. Gdy się pieniądze ma (normalne, typu klasa średnia), można się zabezpieczyć. Inwestuje się w powerbanki do telefonu, do laptopa, UPS podłączony do modemu zapewnia internet podczas cięć. Niestety dużo ludzi zamiast szukać rozwiązań woli marudzić i być wiecznie zaskoczonym. Tak już marudzą od 10 lat, bo od tylu loadshedding jest stałym punktem programu życia w RPA.

3. Wizy

Wizy to koszmar każdego imigranta. Nie ma znaczenie czy jesteś ekspatem, który przyjeżdża z super duper umiejętnościami czy kimś zupełnie innym, jeśli nie masz opcji złożenia papierów w ambasadzie ten temat Cię dopadnie. Co za problem składać papiery w ambasadzie? Ambasady nie są obcykane z wieloma typami wiz. Poza tym dochodzi koszt lotu i czas czekania poza granicami RPA, nawet kilka tygodni. Nie każdy może sobie na to pozwolić.

Imigrantom zostaje więc niesławny urząd imigracyjny, czyli Home Affairs. Oczekiwanie na wizy potrafi trwać miesiącami, a nawet latami. Stały pobyt to także prawdziwa odyseja, a obywatelstwo w tej chwili to już w ogóle zapomnij. Na spotkaniach imigrantów ludzie marudzą na wizy i lubują się w opowiadaniu strasznych historii. Tych ostatnich jest sporo, bo urząd często odrzuca podania, w których wszystko gra.

4. Słaby rynek pracy

Kiedy człowiek się gdzieś zadomawia, chciałby się też spełniać zawodowo. Niestety rynek pracy w RPA jest słaby, bo jest olbrzymie bezrobocie. Oczywiście wszystko zależy od branży, bo nie znam żadnego dewelopera, który marudzi. Ogólnie rzecz biorąc czy marketing, czy tłumaczenia czy zasoby ludzkie, ludzie mówią, że mało opcji. Jak się złapie pracę, która opłaca ubezpieczenie medyczne, plan emerytalny i jeszcze daje jakieś inne fajne benefity to ciężko ją zmienić, nawet jeśli jej nienawidzicie. A jak was zwolnią? No to wtedy ciężko znaleźć coś innego sensownego.

Dodatkowo obcokrajowców na wizach (w tym małżonków obywateli) nikt nie chce zatrudniać, bo na wizy czeka się długo i ogólnie sporo zachodu z tym wszystkim. Poza tym rynek lubi osoby z krajów anglojęzycznych do prac innych niż językowe/w turystyce. Nie ma znaczenia jak dobrze mówicie. To moim zdaniem jest większy trend, bo podobne zachowania widzę w stosunku do ludzi z RPA, dla których angielski nie jest pierwszym językiem.

5. Biurokracja

Wizy i problemu okołowizowe wpisują się w większy trend okropnej RPAńskiej biurokracji. RPA ma piękne prawodawstwo, które w teorii sprawia, że wszystko jest cacy, ale w praktyce kreuje masę problemów i opóźnień. Załatwienie czegokolwiek oznacza bardzo długie kolejki i czasami miesiące absurdów.

Obcokrajowcy mają jeszcze gorzej. Wiele urzędów określa warunki uzyskania danego dokumentu np. prawa jazdy czy załatwienia czegoś, dla dwóch najpopularniejszych wiz – studenckiej i pracowniczej. W związku z tym osoby na innych wizach muszą się strasznie gimnastykować, żeby coś załatwić. Nie pomaga ogólny strach przed obcokrajowcem, że coś chachmęci, bo może w kraju jest nielegalnie albo kradnie i potem będą kłopoty? Lepiej odesłać go z kwitkiem.

6. Podejście do zwierząt

Ten temat jest bardzo złożony. Myślę, że łatwo sobie przyjechać z Anglii i oceniać, jak tu wielu ludzi traktuje zwierzęta. Niestety często ludziom żyje się tragicznie i trudno oczekiwać, żeby mieli empatię dla bezdomnych zwierząt. Upadlające warunki życia upadlają człowieka. Łatwo sobie mówić, że my byśmy byli inni, ale sądzę, że to tylko myślenie życzeniowe.

Poza tym w RPA bardzo widać, że gdy ludzie mają pieniądze, niezależnie od czynników kulturowych traktują zwierzęta jak członków rodziny. Z drugiej strony i w największej biedzie widać ludzi, którzy o dobrobyt zwierząt walczą. Ja wiem, że długo owijam w bawełnę, ale chodzi o to by nie stygmatyzować biedy i nie wyciągać np. krzywdzących wniosków kulturowych. A jeśli myślicie, że w Polsce zwierzętom się dobrze żyje to zapraszam na profile społecznościowe Dioz.pl.

Więc co jest nie tak z tym podejściem? Psy w dzielnicach z dużą przestępczością traktuje się tylko i wyłącznie jako maszyny obronne. Takie zwierzęta są często źle traktowane, żyją na łańcuchu, czasem nie mają schronienia czy wody. Jest też masa bezdomnych psów i kotów, które rozmnażają się w błyskawicznym tempie. Sterylizacja kosztuje i w ogóle kogo to interesuje. Walki psów to kolejny problematyczny trend.

7. Podejście do drugiego człowieka

Mimo różnorodności i ogólnej tolerancji w RPA, nazywanego Tęczowym Narodem, ludzie grupują się wedle przynależności kulturowej, religijnej czy językowej. Nie mówię tu o pracy, bo w pracy wszyscy się dogadują i w ogóle wszystko cacy. Poza pracą jednak widać, że kraj nie jest wcale taki otwarty. Małżeństwa mieszane, nawet tyle lat po upadku apartheidu, dalej są raczej wyjątkiem od reguły. Jest dużo stereotypów i krzywdzących przekonań idących w różnych kierunkach.

Dla obcokrajowców nie do końca świadomych tego wszystkiego jest to dziwne. Najbardziej zróżnicowane grupy, które znam, to zawsze grupy z obcokrajowcami. Lokalsi w takich grupach często żyli lub mieszkali za granicą, mają partnera z zagranicy, są otwarci na ludzi bo mają jakąś pasję czy hobby albo po prostu są bardziej przyjaźni niż typowy RPAńczyk, który najlepiej czuje się z kulturowo jednolitą paczką z liceum. Znam też wykładowców, którzy nie pozwalają się studentom grupować do pracy w grupach, żeby ich trochę wyciągnąć z własnych baniek.

8. Bezdomność i bieda

Podczas mieszkania w RPA bieda w oczy kole. Na początku człowiek chce każdemu pomóc, wszystko zmienić, psioczy na miejscowych za znieczulicę. Jednak prędzej czy później i jego ta znieczulica łapie. Inaczej nie da się tu żyć. Myślę, że najlepszym kompromisem jest rozsądne pomaganie i udzielanie się w różnych organizacjach bez jednoczesnego kłócenia się z tym czy innym miejscowym, który nie robi nic.

Oczywiście ze względu na apartheid bogate dzielnice są daleko od tych biedniejszych, ale biedę widać wszędzie na przykład przez bezdomność. Bogaci ludzie dalej chcą odpychać od siebie problem i udawać, że żyją w Szwajcarii, ale prawo jest coraz bardziej pomocne w stosunku do bezdomnych i nie traktuje ich równie strasznie, co kiedyś. Choć dalej zdarzają się przymusowe relokacje.

Mam nadzieję, że ta lista była ciekawa. W następnym poście opowiem wam, co obcokrajowcy w RPA lubią. Macie jakieś pytania? Co z wyżej wymienionych byłoby wam najciężej znieść? Dajcie znać w komentarzach.

Nowy skandal z Die Antwoord

Kiedy prowadziłam weekend o RPA na Instagramie u Polki na Obczyźnie wiele pytań dotyczyło zespołu Die Antwoord, czyli Ninji i Yolandi Visser. Jest to wielki muzyczny hit eksportowy RPA. Tutaj nie jest to jednak specjalnie lubiany zespół, mimo że jest rozpoznawalny. Najpierw opowiem wam o nowym skandalu, który wybuchnął w zeszłym tygodniu, potem o tych nieco starszych, a na koniec wyjaśnię skąd brak ekscytacji tym zespołem w ich rodzinnym kraju.

Doniesienia o Die Antwoord jako dysfunkcyjnej rodzinie zastępczej

Die Antwoord zostało rodziną zastępczą chłopca o imieniu Gabriel “Tokkie” du Preez, gdy ten miał 11 lat. Jak to się stało? Fotograf Ben Jay Crossman zrobił chłopcu i jego rodzinie zdjęcie. Tokkie ma niecodzienny wygląd ponieważ cierpi na hipohydrotyczną dysplazję ektodermalną. W związku z tym ma tylko dwa zęby na górnej szczęce i wydawał się Die Antwoord idealnie do nich pasować ze swoim dziwnym wyglądem. Zaczęli odbierać go ze szkoły, zaprosili do udziału w ich teledysku I Fink You’re Freaky. Ponieważ Tokkie pochodził z bardzo biednej rodziny w Johannerburgu, Die Antwoord zostali jego rodziną zastępczą, oficjalnie, by zapewnić mu lepsze życie.

Niestety jak wynika z wywiadu opublikowanego na YouTubie w zeszłym tygodniu, Die Anwtwoord dopuścili się różnego rodzaju nadużyć. Du Preez nie skończył szkoły mieszkając u nich, zamiast tego korzystali z niego jako z taniej siły roboczej. Ninja i Yolandie wmawiali mu też, że był diabłem i namawiali do robienia złych rzeczy np. do nagrania wideo, gdzie obraża swoją biologiczną rodzinę, bo jest biedna. W wyniku tych psychologicznych gierek, chłopiec dźgnął nożem swojego brata. Ninja rzekomo pogratulował mu tego wyczynu.

Zespół namawiał Tokkiego także do brania udziału w okultystycznych rytuałach i pobierali od niego krew, którą w tych rytuałach wykorzystywali. Podczas rytuałów i nie tylko podawali nieletniemu Tokkiemu narkotyki, w tym marijuanę i grzybki halucynogenne. Chłopiec dużo przebywał też w towarzystwie gangsterów. Nie od dziś wiadomo, że Die Antwoord lubi się obnosić znajomościami w kapsztadzkim półświatku.

Jeszcze bardziej niepokojące są jednak oskarżenie o nadużycia seksualne. Zespół miał zmuszać chłopca i jego siostrę do rozbierania się oraz patrzenia na nich, gdy byli nago. Die Antwoord bowiem również przysposobiło siostrę Tokkiego. To właśnie martwienie się o los 14-latki, sprawiło, że Tokkie postanowił wypowiedzieć się publicznie na temat nadużyć ze strony Die Antwoord. Cały wywiad dostępny jest tutaj:

Die Antwoord w tej chwili zaprzecza doniesieniom i ani policja ani prokuratura nic jeszcze z nimi nie zrobili. To pewnie kwestia czasu, biorąc pod uwagę, że fotograf dzięki któremu Die Antwoord poznało du Preeza już potwierdził część zeznań.

Nie można zapomnieć, że nie jest to pierwszy raz, gdy Die Antwoord oskarża się o nadużycia seksualne. Zarzuty o napaść seksualną padły ze strony australijskiej piosenkarki, Zheani Sparkes. Yolandi także była w sprawę zamieszana, bo najpierw znalazła piosenkarkę na Instagramie, a potem pomogła zwabić ją do RPA. Gdy te oskarżenia ujrzały światło dzienne o molestowaniu seksualnym opowiedziała włosko-amerykańska piosenkarka, Jade Carrol. Tę kobietę Ninja miał dotykać w miejscach intymnych mimo jej wyraźnego sprzeciwu. Obydwu paniom Ninja rzekomo powiedział, że podobają mu się, bo przypominają mu jego córkę.

Inne skandale

Skandale są jednym z powodów dla których Die Antwoord nie jest specjalnie lubiane w RPA. Śpiewają w afrikaans, więc ich grupą docelową mogliby być Afrykanerzy. Są oni jednak konserwatywną grupą społeczną, a zespół często żartuje z religii i epatując seksualnością. Poza Afrykanerami zespół podpadł także innym grupom społecznym za:

blackface, czyli udawanie osoby czarnoskórej w teledysku, ale też za trywializację kultury Xhosa i wrzucanie ważnych symboli od tak, do teledysków bez kontekstu

– inne przywłaszczenia kulturowe – elementów kultury biednych ludzi w townships i innych biednych dzielnicach oraz kultury gangsterskiej

– za przekleństwa i wyzwiska uznawane za obraźliwe dla grup społecznych np. kobiet (wszechobecne słowo poes, czyli c*pa) czy osób czarnoskórych (cz*rn*ch)

homofobia – opublikowano wideo, w którym Die Antwoord wyzywa otwarcie homoseksualnego piosenkarza od p*dał*w. Przypominam, że w RPA jest prawna ochrona przedstawicieli społeczności LGBT przed dyskryminacją.

– zachowanie na planie filmu “Chappie” – Die Antwoord rzekomo zniszczyli atmosferę na planie dla całej ekipy do tego stopnia, że już w czasie trwania zdjęć scenarzysta zmienił część scenariusza tylko po to, by współpraca z nimi trwała krócej.

Czemu w RPA nie lubi się Die Antwoord?

To nie tak, że nikt Die Antwoord w RPA nie lubi. Zwraca się uwagę na ich liczne współprace z lokalnymi artystami czy promowanie ich twórczości. Jednak dla ludzi w RPA niespecjalnie jest w nich cokolwiek niezwykłego. Po pierwsze bardzo dużo ludzi rozumie w jakimś stopniu afrikaans, a ich teksty są głupie. Po drugie dźwięk samego afrikaans czy angielskiego z akcentem afrikaans, tak atrakcyjny dla zagranicznej publiczności, jest tu bardzo powszechny. Po trzecie są te wszystkie kontrowersje i nawet fajna nuta, nie pomoże, jeśli uważasz, że teledysk danego zespołu osobiście Cię obraża.

Myślę, że to trochę tak jak z Rammsteinem, który jest dużo bardziej popularny za granicą niż w Niemczech. W innych krajach podoba się industrialne brzmienie z niemieckim, a tekstu ludzie nie rozumieją. Sama jestem fanką tego zespołu, ale ich angielskiego albumu nigdy nie słucham, bo trochę żenła. Tak samo Die Antwoord, momentami nawet przy moim poziomie afrikaans jest nie do przełknięcia. Dam wam refren jednej z piosenek:

Wat kyk jy? – Na co się patrzysz?

Refren:

Wat kyk jy? (Fokof!) – Na co się patrzysz? (Spierd*laj!)

Wat kyk jy? (Poes!) – Na co się patrzysz? (C*pa!)

Wat kyk jy? (Fok jou!) – Na co się patrzysz? (Pi*erdol się!)

Wat kyk jy? (Jou naai!) – Na co się patrzysz? (J*biesz się!)

I to wszystko x 2 jakby ktoś nie zrozumiał wzniosłego przekazu piosenki 😀

Czy macie prawo lubić Die Antwoord? Jasne, bez kontekstu kulturowego łatwo się zafascynować tych ich popową papką w teledyskach, nuty nie są złe. Tylko szkoda, że nie są bardziej jak Stromae, który głośno mówi o swoich inspiracjach. Die Antwoord sobie bierze, co chce z kultur(y) RPA, ale też nigdy w wywiadach nie mówimy na ten temat niczego ciekawego, tak, żeby ktoś się mógł zainteresować. Nikomu niczego też nie przypisują, jakby sami wszystko wymyślili. Dla mnie to poza wszystkim innym totalnie zmarnowany potencjał ich pozycji.

Nie uważam, że artystę trzeba łączyć z jego zachowaniami w życiu prywatnym. Od oceny przestępstw jest sąd i jeśli Die Antwoord popełnili zbrodnie i faktycznie znęcali się nad tymi dziećmi to mam nadzieję, że poniosą konsekwencje. Sprawa o napaść seksualną ze strony Ninji też nie zniknęła – jeśli pojedzie do Australii to będzie musiał liczyć się z konsekwencjami prawnymi tej wizyty, bo wspomniana wyżej artystka złożyła zawiadomienie na policję.

A wy co myślicie o tej sprawie? Lubicie Die Antwoord? Dajcie znać w komentarzach 🙂

Fajne pomysły z RPA – co tu ułatwia życie

Na każdy kraj można marudzić albo wychwalać go pod niebiosa. Prawda jest taka, że gdziekolwiek byśmy nie mieszkali, coś nam nie będzie pasować. Trzeba po prostu wybrać taki kraj, gdzie w miarę odpowiada nam zestaw plusów i minusów. Oczywiście najłatwiej jest, gdy tym krajem jest nasz rodzinny, ale życie jest jedno, więc jeśli tak nie jest, warto rozważyć opcje.

Okej, nie będę już dziś więcej filozofować 😀 Zamiast tego, opiszę wam fajne RPAńskie pomysły ułatwiające tu życie. Oczywiście fajność też może być subiektywna, ale to jej można oczekiwać od formy takiej jak blog 😉 Post jest zainspirowany filmikiem Joanny Strózik, bo wiele rzeczy, o których wspomina w Australii zgadza się z tym, co mamy tutaj. Podejrzewam, że to wszystko brytyjskie wpływy kolonialne.

1. Kranówka w restauracjach

Może jestem dziwna albo mam jakiś wydyganych rodziców, ale ja w Polsce byłam uczona, żeby wody z kranu nie pić. Jeden rodzic miał w pewnym momencie w domu filtr do wody, inny inwestował w butelkowaną mineralną. Jeśli wybucha wam mózg po poprzednim zdaniu to dwa domy wynikają z tego, że moi starzy są po rozwodzie.

Anyway. Tutaj kranówkę piję się normalnie. Jest też powszechnie dostępna w restauracji w stylu francuskim, czyli można o nią poprosić i jest za darmo. Jeśli macie ochotę ugasić pragnienie darmową kranówką, prosi się o tap water i kelner nam przyniesie. Większe pasożyty cyfrowo-nomadyczne po zamówieniu jednej kawy piją tylko to, pracując z kawiarni i zajmując stolik całymi godzinami.

Co ciekawe, gdy w 2018 moja prowincja borykała się ze straszna susza, przestano podawać wodę z kranu w wielu restauracjach w Kapsztadzie i okolicach. Dostępna była wtedy tylko woda butelkowana, co bardzo oburzało klientów przyzwyczajonych do tej opcji kranówki. Susza była wtedy naprawdę straszna i przewidywano, że Kapsztad w Dniu Zero zostanie pierwszym miastem na świecie, w którym skończy się woda. Nie skończyła się tylko dzięki różnym interwencjom technologicznym i opadom, które w końcu nadeszły.

2. Płatności bezgotówkowe

Karty dotykowe znacie na pewno i z własnego podwórka. W RPA rozwinęły się także inne opcje płatności bezgotówkowych, zwłaszcza płatności apkami takimi jak SnapScan czy Zapper. Jest to bardzo popularne na wszelkiego rodzaju marketach i w bardziej nowoczesnych miejscówkach, ale z tej opcji korzystają też sklepy internetowe i organizacje dobroczynne. Dodatkowo coraz więcej miejsc w miastach decyduje się na całkowite wycofanie gotówki jako formy płatności i informują klientów “We’ve gone cashless!”. Wbrew pozorom jest to mało irytujące, bo człowiek jednak prędzej zapomina portfela niż telefonu.

Taka forma płatności jest bardzo wygodna. Po zeskanowaniu kodu QR danej restauracji na rachunku czy specjalnym stojaku, wpisujecie sumę, dodajecie napiwek i tyle. Można też szpanować i płacić smart zegarkiem, jak mój mąż. Olbrzymim pomocnikiem w rozwoju tej dotykowej technologii była oczywiście pandemia. Nawet przed nią jednak dużo biznesów widziało w niej jej wartość. Miejsca, które nie mają gotówki są naturalnie mniej narażone na napady rabunkowe, które niestety się zdarzają. W miejscach, gdzie wciąż trzymana jest gotówka często widać informację, że kasjer nie ma klucza do sejfu, aby zniechęcić różnych gagatków.

3. Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem

Poświadczanie zgodności kopii z oryginałem, czyli uwierzytelnianie jest tu super łatwe. Potrzebny jest wam commissioner of oaths, a wielu pracowników zaufania publicznego ma ten tytuł. Najłatwiej pójść na policję z oryginałem i kopią i poprosić o takie poświadczenie. Tutaj nazywamy to certified copy.

To uwierzytelnienie jest potrzebne dość często przy załatwianiu spraw urzędowych, tak samo jak oświadczenie pod przysięgą (affidavit). Kiedy coś wyjaśniacie, wiele urzędów prosi was o oświadczenie na piśmie pod przysięgą. To jest tak na wszelki wypadek, żeby było wiadomo, że mówicie prawdę. Może to być np. oświadczenie, że mieszkacie z mężem, bo sam fakt małżeństwa tu nie wystarcza. To też załatwicie na posterunku policji.

4. Zakupy online i prywatne usługi kurierskie

Zastanawiałam się, czy dodać ten punkt, bo to, że prywatne usługi pocztowe działają super wynika z tego, że poczta tradycyjna jest beznadziejna 😀 W każdym razie prywatne usługi pocztowe i kurierskie są ekstra rozwinięte. Można dostać coś z innej części kraju czy od osoby prywatnej czy od biznesu, nawet w ciągu 24 godzin. Oczywiście to zależy kto i co, ale jak wam zależy na czasie to naprawdę bardzo pomaga w życiu.

Świetne usługi kurierskie to też zachęta do wszelkiego rodzaju zakupów online. Nie pamiętam, kiedy ostatnio poszłam do sklepu po coś w stylu czajnik, toster, farba do włosów czy nawet szampon. Najbardziej opłaca się zamówić online i nie trzeba długo czekać. Czasami pobierana jest opłata manipulacyjna, ale zazwyczaj sklepy mają minimalną kwotę zamówienia, przy której wysyłka jest darmowa. Tak kupujemy też jedzenie i bardzo to sobie chwalimy, jeśli chodzi o oszczędzanie czasu.

Jeszcze jedna ciekawostka pocztowa: kody pocztowe przypisywane są do całej dzielnicy lub nawet całego małego miasteczka, a nie do ulic.

5. Pomoc w domu

W RPA tzw. klasa średnia i wyżej jest przyzwyczajona do zatrudniania kogoś, kto pomaga w domu. Najbogatsi mają cały szereg osób, kiedyś np. uczyłam francuskiego dziecko, którego rodzina zatrudniała au pair, korepetytorów, ogrodnika, sprzątaczkę (na stałę) i osobę od obowiązków domowych (np. od planowania i kupowania jedzenia). Pani domu nie pracowała z wyboru i myślę, że miała fajne życie, robiąc to, co lubiła.

I w przypadku kurierów i tutaj, to wszystko jest możliwe dzięki niskim zarobkom osób wykonujących prace nie wymagające specjalnych kwalifikacji. Dlatego moim zdaniem bardzo ważne jest, żeby nie płacić ludziom ustawowej stawki minimalnej w wysokości 23.19 randów (6 PLN) za godzinę, tylko wynagradzać ich godnie. My się zawsze tego trzymamy. Dobra, odrobione sygnalizowanie cnoty na dziś. To był sarkazm. Serio to jest super ważne w każdym kraju pomyśleć o człowieku, a nie tylko o pieniądzach, oczywiście w miarę własnych możliwości!

Mimo przydługiego wstępu, uważam, że społeczne przyzwolenie na pomoc w domu jest mega pozytywne. Często widzę panie w polskim internecie przekrzykujące się tym, która się bardziej poświęca dla domu i rodziny i ośmieszające kobiety, które mają kogoś do pomocy. To samo słyszę tu… ale tylko od kobiet z Europy Wschodniej. Moim zdaniem ludzie pracujący czy rodzice czy nie, powinni mieć taką pomoc, jaka im potrzebna i nie ma w tym żadnego wstydu. W RPA czy zatrudniasz osobę sprzątającą czy niańkę nocną czy babysitter, żeby wyjść na randkę z mężem, nikt Cię nie będzie oceniał. Ba! Raczej w drugą stronę, jeśli Cię stać, nikt nie zrozumie, czemu sam(a) sprzątasz dom.

Podsumowanie

Oczywiście, fajnych pomysłów w RPA jest na pewno więcej, ale akurat te są mojemu sercu najbliższe. A wy co najbardziej lubicie w Polsce albo w kraju, w którym mieszkacie? Co wam najbardziej ułatwia życie? Dajcie znać w komentarzach.

Festiwal Noworoczny Kaapse Klopse w Kapsztadzie

Festiwal Kaapse Klopse, znany również jako Tweede Nuwe Jaar (Drugi Nowy Rok) to parada, która odbywa się w Kapsztadzie co roku 2 stycznia. Niestety z okazji pandemii została odwołana po raz drugi. Dzisiaj opowiem wam trochę o tej tradycji, na którą niektórzy występujący czekają cały rok.

Krótka historia festiwalu

Festiwal Kaapse Klopse wywodzi się z czasów niewolnictwa w tym regionie. Niewolnicy mieli tylko jeden dzień wolnego, co było powodem do świętowania, śpiewów i tańców. Nawet po zniesieniu niewolnictwa, ludzie dalej myśleli pozytywnie o tym dniu. Po pewnym czasie zaczęto organizować w tym dniu występy grup minstrelów, czyli kolorowo poubieranych i często pomalowanych muzyków i tancerzy.

Mówi się, że na rozwój tej tradycji wpłynęły też występu minstrelów amerykańskich odwiedzających RPA. Warto jednak podkreślić, że kulturowo ta rozrywka ma zupełnie inne korzenie. W USA pokazy minstrelów były rasistowską rozrywką, gdzie biali ludzie naśmiewali się z czarnoskórych i kultur afrykańskich. Występującymi były głównie białe osoby, udające czarnoskórych przy użyciu między innymi tzw. blackface, czyli makijażu, gdzie ich twarz była pomalowana na czarno. Te pokazy były obrzydliwe na wielu poziomach i pełne szkodliwych stereotypów.

W RPA jest i był to sposób artystycznego wyrażania się grup uciśnionych. W czasach apartheidu rząd walczył z tą tradycją, ponieważ jednoczyła ona ludność malajską i koloredów. Ówczesny rząd chciał jak najbardziej niszczyć grupowe poczucie jedności. Uderzenie w tą tradycję, było tylko jednym z przykładów tej polityki. Celowo utrudniano próby i same parady i tak już coraz trudniejsze przez masowe przesiedlenia i złamanie ducha społeczności. W pewnym momencie parady całkowicie zabroniono.

Tradycja na szczęście przetrwała i dziś jest wiele trup minstrelów. Piosenki i muzyka pochodzą nawet z czasów niewolnictwa, inne powstały dużo później. Wszystkie, razem z muzyką graną na instrumentach dętych tworzą styl, znany jako ghoema. Ta parada to bardzo ważna i typowo kapsztadzka tradycja, która symbolizuje wolność poprzez ekspresję artystyczną. Trzymam kciuki, że w przyszłym roku znowu się odbędzie.

Festiwal dziś

Zdjęcie z oficjalnego fanpage’u festiwalu

Dziś ten festiwal to przede wszystkim fajna impreza dla wszystkich i konkursy. Dla tej parady zamyka się sporo ulic w centrum, a ludzie przychodzą z całymi rodzinami, żeby podziwiać występy. Występujący mogą otrzymać nagrody w różnych kategoriach np. na najlepszy strój czy najlepiej wykonaną piosenkę miłosną.

Festiwal poza znaczeniem kulturowym chwali się też za kształtowanie umiejętności muzycznych u dzieci i młodzieży. Niektórzy znani artyści zaczynali właśnie jako osoby biorące udział w tym festiwalu. Dodatkowo buduje poczucie tożsamości grupowej i dumy, wspierając społeczności, które często borykają się z dużymi problemami społecznymi takimi jak bieda czy przestępczość.

Festiwal nie jest jednak wolny od problemów. Od lat ma problemy finansowe, dlatego dziś wiele grup godzi się na sponsoring różnych firm, prawie jak sportowcy. Dodatkowo mieszkańcy dzielnicy Bo Kaap, przez którą przechodzi parada, już nie raz skarżyli się na to wydarzenie. Festiwal jest dla nich za głośny, a tłumy sprzyjają drobnej przestępczości takiej jak kradzież kieszonkowa.

Ja sama na festiwalu byłam tylko raz, czego oczywiście teraz bardzo żałuję. Występy są naprawdę i jedyne w swoim rodzaju. Najlepszy jest jednak klimat tej imprezy. Pamiętajcie o tym wydarzeniu, jeśli będziecie w Kapsztadzie w normalniejszych czasach.

Kontrowersyjne badania sejsmiczne Shella na wybrzeżach RPA

Plan na dzisiejszy post był zupełnie inny, ale nie mogłam ominąć gorącego tematu badań sejsmicznych na wybrzeżach RPA w celu znalezienia złóż ropy i innych. W kraju od kilka tygodni mamy z ich powodu protesty aktywistów. Nawołują oni też do bojkotu Shella jako dystrybutora paliw. O co ten krzyk? Już tłumaczę!

Zgoda na badania sejsmiczne

Zgoda na badania sejsmiczne Shella na wybrzeżach RPA została wydana w 2014 roku przez departament surowców mineralnych. Jest to zgodne z przepisami, aczkolwiek niektórzy twierdzą, że ten departament nie ma odpowiedniej wiedzy do wydawania takich decyzji. Zdaniem aktywistów decyzjami, które mogą wpłynąć na środowisko naturalne powinien zajmować się departament leśnictwa, rybołówstwa i środowiska.

Potencjalne zagrożenie dla środowiska

Wbrew pozorom nie ma jasnych badań dotyczących wpływu badań sejsmicznych na środowisko. W najbardziej wyważonym artykule, który czytałam na ten temat, jasno widać, że na dwoje babka wróżyła. Nie ma rzetelnych badań udowadniających ani, że obawy aktywistów są uzasadnione ani że na pewno nie są.

Delfiny i wieloryby to rzeczywiście zwierzęta wrażliwe na dźwięki. Teoretyzuje się, że te badania mogą mieć wpływa na ich ogólne zachowania, również te migracyjne. Badania sejsmiczne Shella przeprowadzane są teoretycznie poza tzw. sezonem na wieloryby, ale te zwierzęta można w mniejszym lub większym stopniu spotkać na wybrzeżach RPA zawsze.

Dodatkowo te wody były do tej pore w znacznej mierze wolne od takich aktywności. Wydobycie ropy, jeśli zostanie znaleziona, może zakłócić homeostazę środowiska naturalnego. Kolejnym powodem do obaw, jest potencjalny rozlew ropy, przy próbach wydobywania jej. RPA jest też krytykowane za pozwolenie na takie działania, w czasach gdy wszyscy powinniśmy skupić się na źródłach energii odnawialnej.

Co mówią aktywiści

Aktywiści martwią się z wyżej wymienionych powodów. Niestety ich retoryka jest często oparta na przekłamaniach. Dla przykładu, wykorzystują zdjęcia wielorybów na plażach, twierdząc, że to efekt badań sejsmicznych. To zjawisko jest łączone z działaniem sonarów morskich, a nie przyrządów używanych do badań sejsmicznych.

Mimo to możliwe jest, że osoby walczące o ochronę środowiska mają rację… niestety nie do końca mają na to dowody. Nie są oni też skorzy do zaakceptowania jakiegokolwiek kompromisu jeśli chodzi o interes kraju w trudnej sytuacji ekonomicznej. Shell będzie przecież stosował się do wytycznych, przeniósł nawet strefę badań od chronionych wód o 3 km dalej niż wymagają tego przepisy. Aktywistów to nie interesuje. Ich zdaniem wód po prostu nie należy dotykać i tyle.

Czy takich aktywistów się lubi czy nie, trzeba pamiętać, że odgrywają oni ważną rolę w walce o środowisko. Firmy takie jak Shell interesują głównie pieniądze. Nie od dziś wiadomo, że wielkie koncerny często ignorują wpływ na ludzi czy środowisko naturalne, a nawet ukrywają to, co wiedzą, że jest szkodliwe. Dobrze jest więc przyjrzeć się argumentom obydwu stron i zdecydować kto ma racje na postawie faktów.

Co zdecydował sąd

Planowo badania sejsmiczne Shella, miały zacząć się pierwszego grudnia. Grupy zajmujące się ochroną środowiska, w tym Greenpeace, pozwały jednak Shella. W związku z tym rozpoczęcie prac przesunięto, czekając na decyzję sądu. Shell podkreślał, że działa w granicach prawa i że te badania są dość standardowe. Aktywiści mówili za to o możliwych strasznych konsekwencjach tych badań dla stworzeń morskich i nie tylko. Sąd najwyższy zdecydował, że nie ma dowodów potwierdzających ich teorie i są to spekulacje. Aktywiści przegrali, ale zapowiadają, że to jeszcze nie koniec walki. Ich zdaniem Shell nie ma odpowiedniej zgody od organów chroniących środowisko.

Pożar magazynu UPL

Podczas gdy ewentualne szkody dla środowiska związane z działaniami Shella stoją pod znakiem zapytania, RPA wciąż nie uprzątnęło bałaganu po jednej z największych katastrof chemicznych w historii RPA. Podczas lipcowych zamieszek podpalono magazyn chemiczny UPL. Przez prawie dwa tygodnie po pożarze ludzie mieszkający w okolicach skarżyli się na toksyczny zapach unoszący się w powietrzu. Toksyczne substancje trafiły też do wody. Pierwsze raporty na ten temat już opublikowano, ale dokładne dane nie są jeszcze potwierdzone. To że mnie ta katastrofa ominęła pokazuje, że nie mówiło się o niej wcale tak dużo. Poinformował mnie o niej Eth, polski YouTuber mieszkający w Durbanie.

Omicron i ban na RPA oraz inne kraje w regionie

24 listopada naukowcy z RPA wykryli nowy wariant koronowirusa nazwany omicronem lub B.1.1.529. W związku z tym odkryciem naukowcy dostali taką piękną nagrodę, że ich kraj, a także ileś innych krajów w regionie (Namibia, Eswatini, Zimbabwe, Bostwana, Angola, Mozambik, Malawi, Zambia i Lesotho) zostały zbanowane przez wiele krajów takich jak UK, USA, Australia, Japonia, Kanada czy cała Unia Europejska. Zakaz dla podróżujących z tych krajów był niemal natychmiastowy, w tym zawracano ludzi na granicach.

Dlaczego to RPA odkryło mutację?

RPA odkrywa już drugą mutację, bo jest dobre w te klocki i ma zaawansowane technologie jeśli chodzi o sekwencjonowanie genomów. Świetni wirusolodzy w kraju to między innymi wynik doświadczenia wielu lat walki z gruźlicą i HIV/AIDS.
Nowa mutacja koronawirusa nie pochodzi z RPA, tylko w RPA została pierwszy raz wykryta. W momencie banów było już wiadomo, że mutacja omicron, nie występowała tylko w RPA, bo jej nosicielem był też Belg, który wrócił z podróży do Egiptu. W stosunku do Egiptu nie zastosowano jednak restrykcji. To samo dotyczyło Hong Kongu, gdzie również znaleziono nosicieli.

Co oznacza zawieszenie lotów do RPA?

W RPA trwa właśnie sezon turystyczny, którego szczyt przypada na grudzień. Jest to olbrzymia strata dla kraju, który do tej pory bardzo ucierpiał przez pandemię. Turystyka jest olbrzymią gałęzią przemysłu tutaj. RPA znajdowało się na czarnych listach wielu krajów, nawet przed wykryciem tej mutacji. Nie miało to nic wspólnego z ilością przypadków, bo gdy w Europie panoszyła się już czwarta fala, RPA miało właśnie czas małej ilości zakażeń między falami. Dla przykładu UK zdjęło RPA z listy krajów, z których nie można było podróżować dopiero w październiku.

Kara za stosowanie się do protokołów?

RPA czuje się ukarane za stosowanie się do protokołów dotyczących informowania o mutacjach. Pamiętajcie, że kraje, o których wspominam nie zwiększyły ostrożności w stosunku do RPA i innych krajów regionu np. narzucając dodatkowe testy czy kwarantannę tylko od razu zakazały lotów. To uderza w turystykę, biznes, ale też ich w zwykłych ludzi, którzy mają rodzinę za granicą albo właśnie stracili pieniądze wydane na wakacje życia. Nie mówię tu nawet o tych, którzy utknęli za granicą czy w podróży.

Przekaz dla innych krajów

Zastanówmy się, jaki ta cała sytuacja daje przekaz innym krajom, zwłaszcza tym biedniejszym, które bardzo polegają na turystyce. Myślicie, że chętnie poinformują inne kraje o odkrytej mutacji patrząc jak z RPA i innych krajów w regionie zrobiono kozła ofiarnego? Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy RPA zostaje w ten sposób ukarane. To tak naprawdę powtórka z rozrywki i wariantu beta z 2020 roku. Wtedy po tyłku za ogłoszenie szczepu dostało się też Brazylii. Podobna sytuacja była z Indiami w kontekście warianta delta.

Szczepionki i mutacje

To prawda, że kraje z niższymi statystykami zaszczepionych osób są bardziej podatnym gruntem na mutacje wirusa. Tu znowu pojawia się problem nierówności na świecie. Bogate kraje miały umowy na szczepionki podpisane już w lipcu 2020, a te biedniejsze pozostały daleko w tyle. Jeśli “pierwszy świat” nie chce mutacji, to musi zacząć myśleć nie tylko o czubku własnego nosa. Karanie krajów za brak dostępu do szczepionek mimo chęci jest nieetyczne. Nikt nie kara aktywnych antyszczepionkowców, którzy są współodpowiedzialni za zwiększanie prawdopodobieństwa mutacji, nie mówiąc już o zabieraniu miejsc w szpitalach.

I co teras?

Zobaczymy. Olbrzymie straty finansowe poniesione przez kraje w regionie to na pewno. Dodatkowo nawet jeśli te bany zostaną zniesione trochę potrwa odzyskanie zaufania społecznego do tych kierunków. Ale kogo to obchodzi? Kraje tzw. pierwszego świata, których bogactwo pochodzi przecież w dużej mierze z eksploatacji krajów afrykańskich, zrobiły zagrywkę polityczną pokazując, że reagują szybko i dla nich wszystko jest cacy.

!Khwa Ttu – Centrum Dziedzictwa Ludu San

!Khwa Ttu znajduje się bardzo blisko Parku Narodowego Zachodniego Wybrzeża, o którym pisałam w zeszłym tygodniu. Jest to miejsce, którego celem jest ochrona dziedzictwa ludu San. Lud San zamieszkuje południe Afryki (m.in Botswanę, Namibię i RPA) od co najmniej 20 tysięcy lat i jest uznawany za pierwszych ludzi w tym kawałku globu.

Kim jest Lud San?

Lud San to jest umowna nazwa grupy, która wcale nie jest jednolita. Tak naprawdę mowa jest o ludach San i sami przedstawiciele wolą, żeby używać nazw poszczególnych grup, kiedy tylko to możliwe. Niektórzy przedstawiciele tych grup wolą wspólny termin Buszmeni, ale ten z kolei przez niektórych uznawanych za obraźliwy i tak samo jest z nazwą San. W mojej prowincji najczęściej słychać termin Khoisan, choć San też jest uznawany za poprawny politycznie w RPA.

Dlaczego to jest wszystko takie skomplikowane? No dlatego, że dopóki nie przyszły granice państw wyznaczone podczas kolonizacji i białego człowieka, który w nosie miał przynależności grupowe, te ludy prowadziły tryb pół osiadły i przemieszczały się po całym terenie południowej Afryki. To umowne nazewnictwo określa grupę, która wyróżniała się od dwóch innych grup rdzennej ludności południowej Afryki, zajmujących się hodowlą bydła (Khoikhoi) i farmerów (BaNtu).

Ludy San miały konflikty z ludnością BaNtu, która nie chciała ich widzieć na swoich terenach. Naturalnie nie dogadywali się też z białymi kolonizatorami, którzy przybyli na te tereny w XVII wieku. W wyniku tych konfliktów i niewolnictwa, te ludy tracił tożsamości kulturowe i na masową skalę swoich przedstawicieli. Relacji z innymi grupami na pewno nie ułatwiało też to, że ludy San nie mają przywódców, ale są rządzone na zasadzie grupowego konsensusu.

Ludy San dziś

Wielu przedstawicieli tych grup “wżeniło się” w inne grupy, osiedliło się gdzieś na stałe, z desperacji próbując innego trybu życia, ale niektóre grupy mimo przeciwności losu wciąż próbują prowadzić koczowniczy tryb życia. Niestety wiele krajów afrykańskich po stuleciach kolonizacji niechętnie daje tereny kiedyś zamieszkiwane przez ludy San do ich dyspozycji. Tradycyjny styl życia San nie pasuje do życia na modłę zachodnią, a wielkie tereny potrzebne do koczownictwa to tereny niewykorzystane pod zabudowę czy inwestycje. Innymi słowy, jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.

W Bostwanie lud San od lat walczy o prawo do życia w Centralnym Rezerwacie Przyrody Kalahari, skąd najpierw zostali wyrzuceni, a dopiero potem sąd zdecydował, że było to nielegalne wysiedlenie. W RPA grupie #Khomani udało się wywalczyć swoje prawa do ziemi. Nie będę jednak RPA za bardzo chwalić, bo u mnie na dzielni Amazon buduje właśnie nowe biuro na ziemiach Khoisan, ale o tym opowiem wam innym razem.

Historia tego ludu jest bardzo przykra i kojarzy mi się z historią Pierwszych Ludzi w Kanadzie, rdzennych Amerykanów w USA czy Aborygenów w Australii. Zwróćcie uwagę, że wszystkie te grupy mają jedną nazwę, a nie mówimy wcale o jednolitych grupach. Wielu przedstawicieli ludu San dziś również cierpi z powodu strasznej biedy, alkoholizmu i innych problemów społecznych. Mówi się, że w tradycyjnej formie mogą nie przetrwać nawet kolejnego pokolenia i najprawdopodobniej całkiem dostosują się do reszty mieszkańców krajów, w których mieszkają.

Centrum Dziedzictwa Ludu San – San Heritage Centre

Wszystkie informacje, które wam podałam powyżej można zdobyć w Centrum Dziedzictwa Ludu San. To wyjątkowe miejsce, które walczy o zachowanie jak największej ilości informacji na temat tych kultur. Przewodnikami są właśnie przedstawiciele ludów San. Wycieczka jest bardzo ciekawa, ale i bardzo smutna. Nasz przewodnik opowiadał nam o grupie, która ma tylko jedną przedstawicielkę mówiącą w jej języku. Gdy umrze razem z nią umrze ten język.

W centrum jest naprawdę masa rzeczy do zrobienia i gdy odwiedzaliśmy centrum do wyboru było aż pięć wycieczek. Zawsze dostępne są minimum trzy. W związku z tym polecę wam zakwaterowanie w tym miejscu, jeśli zostaniecie na weekend, na pewno na wszystko znajdziecie czas. Do wyboru są standardowe domki dla gości albo glamping. Jest tam też bardzo fajna restauracja z zupełnie normalnymi cenami. Bardzo dokładnie wybierają produkty, tak żeby były lokalne. Dla przykładu nie kupicie tam zwykłej Coli, ale lokalny produkt colopodobny bez cukru, Cape Cola.

Trzy główne wycieczki do wyboru to Pierwsi Ludzie, Spotkania i Droga Życia San. Na wycieczce Pierwsi Ludzie dowiecie się sporo na temat historii ludzkości, mitów i wierzeń ludów San, a także znalezisk archeologicznych na temat życia pierwszych ludzi. Wycieczka Spotkania skupia się na kolonizacji i historii ludu San aż do dziś. Droga Życia San pokazuje jak ci ludzie żyją dziś na pustyni Kalahari (btw. wiecie, że ta pustynia ma 4,2/5 gwiazdek wg. Google i recenzje?).

My nie wiedzieliśmy na co się zdecydować, więc poprosiliśmy o rekomendacje i powiedziano nam, że najlepiej zacząć od Pierwszych Ludzi. Gdy odwiedzaliśmy to miejsce, każda wycieczka kosztowała 160 ZAR od osoby (44 PLN).

Wycieczka Pierwsi Ludzie

Wycieczka rozpoczyna się wizytą w budynku, gdzie poznajecie religię ludów San. Obrazy, które widzicie na zdjęciu powyżej zostały namalowane różnych artystów San. Przedstawia różne wersje wierzeń na temat powstania świata. Ludy San zazwyczaj wierzą w jednego głównego boga i pomniejsze bóstwa, w tym w postać trickstera. Przyroda, jej cykle i szacunek dla niej mają także wielkie znaczenie.

Są też interaktywne części muzeum, gdzie można dowiedzieć się więcej na temat wierzeń. Nie ma na to czasu podczas wycieczki z przewodnikiem, ale do budynku można wrócić później. Nasz przewodnik powiedział nam, że opowieści na temat bogów czy inne wierzenia są przekazywane jedynie po zapadnięciu zmroku, żeby nie kusić losu.

Twoi przodkowie pochodzą z Afryki, witaj w domu

Następnie dowiadujecie się dużo na temat odkryć archeologicznych i życia pierwszych ludzi. Wiele ważnych archeologicznych wykopalisk z tego okresu jest na terenie RPA, łącznie z licznymi naskalnymi malowidłami. Jeszcze nie miałam okazji odwiedzić żadnej z tych jaskiń, ale są one na mojej długiej liście miejsc do odwiedzenia.

Nasz przewodnik opowiadał o życiu codziennym, sztuce i sposobach zdobywania jedzenia tamtejszych ludzi. Jak to w archeologii bywa, mamy dalej wiele znaków zapytania w kwestii życia ludzi wiele tysięcy lat temu. W muzeum jest sporo eksponatów takich jak broń, sztuka czy obiekty użytku codziennego. To miejsce promuje też fajne hasło, które widziałam na innych wystawach archeologicznych w RPA: “Twoi przodkowie pochodzą z Afryki, witaj w domu.“.

Następne część wycieczki jest na zewnątrz i skupia się na poznawaniu roślin, na których polegają ludy San. Poznacie między innymi rośliny, z których można robić piwo, wino, a przede wszystkim leki i jedzenie. Dzięki tej wycieczce wiem, jak rozpoznać dziki czosnek i groszek 🙂 Wiem też jak wygląda super popularne tutaj w tej chwili buchu (wymawiajcie: buhu). Mainstream mówi, że to dobre na detoks, ale ludy San używają go na wszelkiego rodzaju zapalanie, zwłaszcza na problemy układu moczowego.

Ostatnim punktem programu jest wizyta w wiosce San, gdzie macie okazję zobaczyć jak wedle tradycji mieszkają ludy San. Głównym punktem programu jest jednak przygotowanie mięsa w tradycyjny sposób, a potem posiłek. My jesteśmy wegetarianami, więc grzecznie podziękowaliśmy. Było nam głupio, bo wszyscy byli przemili i przede wszystkim nie chcieliśmy nikogo urazić. Jakoś wybrnęliśmy i w rezultacie z wielką radością nasze mięso zjedli młodzi stażyści. Pan przewodnik za to czuł, że musi nam pokazać coś jeszcze w ramach rekompensaty i dowiedzieliśmy się, jak się rozpala się ognisko. Bardzo imponujące zdolności!

Ogólnie wycieczka była 10/10, bo centrum jest ektra, a i nasz przewodnik był sympatyczny, miał olbrzymią wiedzę i ciekawie opowiadał. Znał się nie tylko na tym, co praktykuje jego lud, ale także inne ludy San. Ja zawsze zadaję dużo pytań, a on na wszystkie potrafił bez problemu odpowiedzieć. Bardzo chciałabym wrócić do tego centrum na kolejną wycieczkę.

Przemyślenia

Przyznam, że przed odwiedzeniem tego centrum moja wiedza na temat kultury Khoisan była bardzo uboga. Ten temat przewija się, w wiadomościach i w rozmowach od czasu do czasu, ale nie zdałam sobie sprawę jak smutna i przejmująca jest historia ludów San. Od upadku apartheidu w RPA zwraca się wielką uwagę na poszanowanie różnorodności. Jednak w tej narracji wyraźnie brakuje ludów San i dopiero teraz widać ruchy w kierunku szacunku i rozpoznania potrzeb także tej grupy. Niedługo ma mieć premierę dokument “Jestem Khoisanem, nie Koloredem.“, który skupia się na tym temacie.

Jak (mi) się żyje podczas pandemii w RPA

W piątek otrzymałam moją drugą dawkę szczepionki na COVID, Pfizer. W związku z tym postanowiłam napisać podsumowanie tego jak żyje się w RPA od początku pandemii. Pandemia dalej się nie zakończyła, ale żyjemy w niej na tyle długo, że można na pewne rzeczy spojrzeć bardziej obiektywnie. Niektóre aspekty działania rządu były naprawdę fajne, inne niekoniecznie. Zapraszam do lektury!

Z czym to się je? – początki pandemii i drakoński poziom 5

Tu i poniżej – dzieła lokalnych artystów z wystawy na temat pandemii

Pandemia do RPA dotarła później niż do Europy. Pamiętam nawet jak się niektórzy łudzili, że może do nas nie przyjdzie. Ja się nie łudziłam, zamiast tego robiłam zakupy na zapas na wszelki wypadek 😀 W rezultacie nasz pacjent zero został zdiagnozowany 5 marca. Była to osoba wracająca z wakacji z Włoch. Ludzie bardzo panikowali, ja pamiętam, że sama kilka razy założyłam nie tylko maseczkę, ale i rękawiczki na zakupy 😉

Niedługo po zdiagnozowaniu pierwszych przypadków, rząd wprowadził stan klęski i lockdown na poziomie 5. Obiecano nam dwa tygodnie i znowu byli ludzie, którzy w to uwierzyli 😀 Pamiętam nawet jak oznaczali się na Instagramie w stories, że będą imprezować, jak tylko się te dwa tygodnie skończą. No chyba wystarczyło spojrzeć na to, co się działo na świecie, żeby wiedzieć, że te to ściema. No i była ściema bo na dzień przed końcem dodali nam jeszcze dwa tygodnie i trzeci gratis. Lol.

Poziom 5 to był hardkor. Można było pójść do apteki, lekarza, szpitala, weterynarza i sklepu, oczywiście w maseczce obowiązkowej i na zewnątrz i w budynkach. Wszystko inne było zamknięte. Nie można było wyjść na spacer, pobiegać ani wyprowadzić psa. Sporo ludzi aresztowano za to ostatnie, nawet jeśli ktoś był sprytny i np. wyprowadzał psa idąc po zakupy. Do tego dorzucono kontrowersyjną prohibicję alkoholową i równie kontrowersyjny zakaz sprzedaży papierosów.

Zmieniające się przepisy

Po poziomie 5 ogłoszono, że poziomy będą się zmieniać w zależności od ilości zakażeń. Razem z tym ogłoszeniem weszliśmy na poziom czwarty, kiedy niektóre osoby mogły już wrócić do pracy. Kosmetyczki, fryzjerzy i podobne serwisy dalej były niedostępne. Można było wyjść na spacer czy pobiegać, ale tylko w godzinach 6-9. Dla rządu to oznaczało większą kontrolę, ale oczywiście sprawiło, że były olbrzymie tłumy w popularnych rekreacyjnych miejscówkach rano.

Na otwarcie salonów urody i podobnych trzeba było czekać trzy miesiące. Rząd dawał pożyczki i małe zapomogi COVID-owe, niestety nieadekwatne do strat. Na sprzedaż papierosów i alkoholu pozwolono dopiero w sierpniu. Zakaz sprzedaży papierosów to była jednorazowa akcja, ale prohibicja alkoholowa ciągle przychodzi i odchodzi. Zmieniają się godziny i zasady sprzedaży – od wolnej amerykanki na poziomie 1 do kolejnej całkowitej prohibicji, gdy schodzimy na poziom 4. Poziom 5 również się nie powtórzył, odpukać w niemalowane.

Poza prohibicją w RPA cały czas jest godzina policyjna ze zmieniającymi się godzinami. Im więcej przypadków, tym wcześniej trzeba wrócić do domu, a później można wyjść. Największy problem z tym ograniczeniem jest taki, że wszystkie miejsce trzeba zamknąć najpóźniej na godzinę przed godziną policyjną. Jeśli jest ona o 21, teatr czy restauracja musi się zamknąć. W takie miejsca uderzają także ograniczenia osób oraz w przypadku gastro prohibicja.

Przy szczycie fal był dwukrotnie zakaz publicznych i prywatnych zgromadzeń na kilka tygodni. Oznaczało to, że nie można było pójść do kogoś do domu. Poza pracą można jednak było wtedy wyjść ze znajomymi do restauracji, kasyna czy kawiarni. Logika rządu była taka, że jak ktoś już musi się narażać, że złapie COVID i dołączy się do obciążenia szpitali to niech przynajmniej wspiera w tym gospodarkę.

Aktualnie właśnie skończyła się u nas trzecia fala i jesteśmy na poziomie pierwszym, czyli można prawie wszystko z zastosowaniem wymogów sanitarnych i ograniczeniach w liczbie ludzi. Cały czas trzeba jednak nosić maseczki, gdy jesteśmy poza domem, na zewnątrz też. Jedynym wyjątkiem jest kardio. Za niestosowanie się grozi grzywna albo 6 miesięcy więzienia.

Czy ludzie się stosują do obostrzeń?

I tak i nie. Z jednej strony na ulicy widać dużo ludzi bez masek, ale umówmy się do dziś już wiemy, że złapanie wirusa w takich warunkach nie jest łatwe. Policja zwykle przymyka oko, choć nie zawsze. Czasem zdarzy się ktoś, kto nakrzyczy na osobę bez maseczki. Tak samo jednak zdarza się, że ktoś powie coś komuś, kto ma maskę. No, wiadomka, co ci drudzy mówią, że to spisek i pandemii nie ma.

W budynkach ogólnie ludzie się stosują. W wielu miejscach jest zasada – nie masz maski, nie masz wstępu. Lekarze i wszystko co związane z medycyną są wyjątkowo ostrożni. Czasami w kinie widać, że ludzie zdejmują maseczki po wyłączeniu świateł, ale już w teatrze nie. W niektórych miejscach ktoś zrobi opcję na nosacza, ale to rzadkość. W restauracjach teoretycznie trzeba mieć maski, chyba że się je czy pije ale nikt się do tego nie stosuje.

Czasami ludzie łamią zasady, bo po prostu nie wiedzą, że zmienił się poziom lockdownu. Styl na Ramaphosę (nazwisko prezydenta) oznacza, że prezydent mówi około 8, że o północy zmieniają się przepisy. Jego przemówienie również jest ogłaszane tego samego dnia. Jeśli nie czekacie z wypiekami na twarzy każdy komunikat z jego strony, a raczej 1,5 roku od rozpoczęcia tej zabawy nikt tego nie robi, to łatwo przegapić zmiany.

Jeśli chodzi o godzinę policyjną to czasem ktoś trochę nagnie przepisy np. spóźni się z powrotem o pół godziny. Natomiast rzeczywiście przynajmniej w mojej okolicy jest cisza przez całą noc. Nie słychać samochodów, ani ludzi łażących po ulicy. Wiem jednak, że są organizowane nielegalne imprezy w dzielnicach przemysłowych. Jakiś czas temu było głośno o dziewczynie, która została na takiej imprezie zgwałcona. Te miejsca są zamykane na czas trwania godziny policyjnej i nie można z nich wyjść (ani przyjść). Prośbę dziewczyny o wezwanie policji lub wypuszczenie jej spełzły na niczym.

O co chodzi z tą prohibicją?

Jedną z najbardziej kontrowersyjnych decyzji rządu było wprowadzenie prohibicji, zarówno pełnej jak i częściowej. Okrutnie uderza ona w olbrzymi przemysł winiarski i inne przemysły alkoholowe w RPA. Przez jakiś czas, nie można nawet było eksportować alkoholu. Jak już mówiłam to nie tak, że rząd dawał jakieś olbrzymie zapomogi. Dla przykładu znam dwoje ludzi, którzy opuścili kraj bo padł ich biznes w tej branży. Jak już wspominałam ten zakaz sprzedaży alkoholu też mocno uderzał w gastronomię.

Czym więc rząd tłumaczy takie decyzje? Po pierwsze obłożeniem szpitali. Ludzie trafiający do szpitala po bójkach pijackich czy jeździe po pijaku zdarzają się często. Dodatkowo alkohol zwiększa problem przemocy domowej, której ofiarą padają kobiety i dzieci. Jest to olbrzymi problem w RPA. Lekarze pracujący szpitalach i klinikach zgadzali się z tymi działaniami rządu. Zwykli ludzie oczywiście nie. Znajdowali oni swoje sposoby na robienie alkoholu i zaczęły braki drożdzy i…ananasów w sklepach. Mój mąż też w pewnym momencie sam robił sobie ananasowe piwo.

Utrudniony dostęp do alkoholu oczywiście nie oznaczał, że nigdzie nie można go było kupić. Bardzo popularne były ogłoszenia typu “sprzedam szklanki” i za szklankami na zdjęciu było widać butelki wina czy innego alkoholu. Dodatkowo po pierwszej prohibicji, której nikt się nie spodziewał, kolejna prohibicja uderzyła tylko w biednych. Wszystkie pijące osoby, które znam po końcu pierwszej prohibicji obkupiły się w alkohol na kilka miesięcy i na takim poziomie utrzymują swoje zapasy.

Program szczepień i antyszczepionkowcy

Protest antyszczepionkowców

W tej chwili w RPA jest tylko Pfizer i Johnson i Johnson. W niektórych miejscach można wybrać, którą się woli. Do użytku zatwierdzono też Sinovac, ale jeszcze go nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Program szczepień miał tutaj duże opóźnienie z powodów trochę niezależnych od rządu. Rząd zakupił Astra Zanecę, ale w badaniach klinicznych okazała się ona nieskuteczna na naszą lokalną odmianę koronawirusa. W związku z tym rząd ją sprzedał i musiał długo czekać na więcej Pfizera i J&J.

Na początku szczepionki dawano tzw. frontline workers, czyli głównie lekarzom i osobom pracującym w placówkach medycznych. Potem szczepiono także sektor edukacji. Dopiero później zaczęto je rozdawać zgodnie z grupami wiekowymi od najstarszej do coraz młodszych. Ja szczepiłam się jako ostatnia, bo mam mniej niż 35 lat. Do tej pory 30% społeczeństwa otrzymało co najmniej jedną dawką, choć teoretycznie każdy już miał szansę.

Punkty szczepień są ogólnodostępne i rząd naprawdę się postarał, żeby ludzie nie mieli problemu z dostępem do nich. Niestety nie wszyscy chcą się szczepić. Wśród tych osób jest podział na tych, którzy są antyszczepionkowcami, tych, którzy nie ufają tej konkretnej szczepionce albo “nie wierzą” w COVID i tych, którzy chcą poczekać albo im się po prostu nie chce.

Antyszczepionkowcy czasem organizują jakiś protest, ale póki co to nie były duże wydarzenia. Podejrzewam, że zmieni się to, jeśli ludzie będą zmuszeni do szczepienia się. Wątpiliwe jest, że rząd zdecyduje się na całkowicie obowiązkowe szczepienia, ale prawdopodobnie miejsca pracy będą mogły wymagać zaświadczeń o szczepieniu. Dla przykładu Uniwerystet w Kapsztadzie już przegłosował obowiązkowe szczepionki dla studentów i ciała pedagogicznego.

Jak pandemia wpływa na moje życie

W moim domu stres był trochę większy, bo mój mąż jest na lekach obniżających odporność w związku ze schorzeniem, na które cierpi od lat. Kiedyś nawet żartowałam, że on kolekcjonuje wirusy jak Pokemony, bo tak łatwo je łapie. Przez całą pandemię byliśmy dość ostrożni, według wskazań lekarskich. Nie wszyscy znajomi wykazywali zrozumienie i niektóre kontakty wymarły.

Nie udało mi się też polecić do Polski na wesele przyjaciółki, na którym miałam świadkować. To coś, na co czekałam mniej więcej rok, bo ważne wydarzenie i też rzadko jeżdżę do Polski. W RPA granice były zamknięte między marcem i wrześniem i dużo rodzin i par międzynarodowych zostało przez to rozdzielonych. Na pewno to “zamknięcie” nie wpłynęło na mnie dobrze psychicznie, zwłaszcza, że mój mąż wrócił do kraju na kilka dni przed zamknięciem granic.

Jeśli chodzi o pracę to na szczęście i ja i mąż pracowaliśmy zdalnie nawet przed rozpoczęciem pandemii. Niestety pandemia uderzyła w mojego największego klienta, któremu pisałam kontent. Po prostu przestał mi płacić. W związku z tym musiałam znaleźć coś na szybko, żeby nadrobić straty finansowe w wysokości 50% dochodów z dnia na dzień. Zaczęłam więc znowu uczyć języków i w 2020, miałam chyba jeden wolny weekend? Między innym kontentem, a uczeniem pracowałam mniej więcej 6,5 dni w tygodniu. My jednak zaraz przed pandemią zobowiązaliśmy się do kupna domu, który wymagał remontu i kredytu. Nie było zmiłuj!

Na szczęście po kilku miesiącach zaczęłam współpracę z nowym dużym klientem, dla którego piszę i teraz uczę tylko kilka godzin tygodniowo. Muszę jednak przyznać, że uderzyło to w moje morale, bo uczenie to coś, czym dorabiałam sobie na studiach…czyli jakieś 15 lat temu 😀 Nie hejtuje uczenia, lubię to, jestem w tym dobra, ale nie to chcę robić zawodowo. Poza tym słabiej na tym wychodzę finansowo niż na moich innych umiejętnościach.

Z przymusu spędzenia większej ilości czasu w domu znowu zaczęłam grać w gry, uczyć się intensywniej języków, pisać tego bloga i więcej działać na Instagramie. Odkopałam też kilka starych znajomości z zagranicy. No ale ogólnie to miałam dużo doła i w ogóle jakoś wyssało to ze mnie pozytywne patrzenie w przyszłość, w tym także kraju, w którym mieszkam.

Jak pandemia wpłynęła na RPA

Nie będę pisała o turystyce, bo chyba wiadomka, że leży. Turyści jacyś są, ale 70% mniej niż normalnie. RPA trafiło na czarną listę wielu krajów, ze względu na swój szczep. Mimo że teraz już ileś miesięcy u nas jest DELTA, jak wszędzie, inne kraje nie zdjęły nas z tych list. UK zrobi to dopiero w przyszłym tygodniu. W 2018 w turystyce pracowało 4,5% wszystkich zatrudnionych osób w kraju. W kraju z olbrzymim bezrobociem taki cios w ten sektor boli tym bardziej.

Inne sektory, które najbardziej ucierpiały to gastronomia, przemysł alkoholowy, a także kosmetyczki czy fryzjerzy. Ci ostatni mogą pracować, ale ludzie nie tak chętnie wydają teraz pieniądze. Wymogi pracy z domu to dla niektórych firm coś nie do ogarnięcia, często ze względu na branżę, więc po prostu pozwalniali ludzi. Leży też wynajem, bo biura porezygnowały z umów i stwiają na pracę zdalną, ludzie wyprowadzają się do tańszych miejsc, bo nie muszą dojeżdżać do pracy, a niektórzy zamieszkali z rodziną, żeby ciąć koszty.

I tak wolna administracja publiczna teraz w ogóle ledwo zipie. Znam kogoś, kto rozwodził się ponad rok, mimo że było za obupólną zgodą i bez dzieci, więc potrzebowali jedynie jednej rozprawy. Jest masa problemów przy rejestracjach narodzin, zgonów, już nawet nie wspominam o wizach. Wszystkiemu są winne zmiany poziomów i czasowe zamykanie miejsc pracy w związku z zakażeniem w miejscu pracy. Jak próbowaliśmy rejestrować kupno domu, to biuro było zamknięte mniej więcej raz na miesiąc na 10 dni, bo ktoś tam pracujący złapał COVID.

Odczuwalnie wzrosła przestępczość. Mówię o kradzieżach, włamaniach i innych rzeczach tego typu. Statystyki mówią, że wzrost jest mały, ale mam wrażenie, że ludzie jeszcze bardziej zmieniają swoje zachowania, bo czują się mniej bezpieczni. Często teraz jest mniej ludzi na ulicach i zwłaszcza wieczorem. Zamieszek w w lipcu nie da się na to zupełnie zwalić, ale frustracja pandemią była na pewno jednym z powodów. Przed nami wybory, a populistyczny i trochę straszna partia nagle ma dużo większe poparcie niż przed pandemią. Widać też dużo więcej osób bezdomnych 😦

I co teraz?

Kto to wie! Szczepionki są jedynym sposobem na normalność, a ludzie niechętnie się szczepią. Myślę, że czas pokaże. Jeśli macie jakieś pytania to zapraszam w komentarzach.